Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 czerwca 2013

Co łączy ZDF i Szczygła z Baumanem?

W pamiętnym filmie Machulskiego "Seksmisja" jest pod koniec filmu scena, gdy Albercik niosąc przyduszoną funkcjonariuszkę niezbyt przekonująco zarzeka się, że on "tylko niesie pomoc". Zarówno widz, jak i Maks wiedzą do czego to zmierza i jak się skończy, ale Albercik twardo powtarza, nie wiadomo, bardziej sobie czy parterowi, że on "tylko niesie pomoc".

Podobne wrażenie mam czytając zapewnienia niemieckich twórców filmu "Nazi matki, nazi ojcowie", że oni nie mieli zamiaru nikogo obrażać. Trudno powiedzieć cokolwiek o ich zamiarach, natomiast mniej trudno przewidzieć konsekwencje tego filmu rozpowszechnionego już w tej chwili do 60 krajów.

Pusty śmiech człowieka ogarnia także, gdy czyta zapewnienia Mariusza Szczygła, autora głośnego reportażu o nauczycielce, która 30 lat temu zakatowała własne dziecko na śmierć, że "ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzył, aby ktokolwiek mścił się na mojej bohaterce. [...] jeśli ktokolwiek miałby chęć wytropić Ewę T., żeby zadać jej fizyczny ból lub poniżyć, niewiele będzie się od niej różnił." Już w dzieciństwie słyszymy setki przypowieści o bawieniu się zapałkami, o tym, że kto wiatr sieje ten burzę zbiera, a pan Mariusz Szczygieł pisząc reportaż o osobie która pracuje dzisiaj w miejscu w którym absolutnie nie powinna pracować, stwierdza po wydrukowaniu, że "ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzył to...."

Mariusz Szczygieł deklaruje także na swoim blogu iż napisał "ten tekst po to, żeby po raz kolejny pokazać, co wpływa na tworzenie się osobowości autorytarnej. Ponieważ my Polacy często mamy tendencje do autorytaryzmu, ale sami przed sobą to ukrywamy. Nowy Hitler może pojawić się zawsze." Tak, to poniekąd wyjaśnia skąd, użyta oczywiście w celu zatarcia ścieżek odnalezienia bohaterki, zamiana jej specjalizacji z nauczycielki fizyki na katechetkę.W końcu Polska to kraj, którego pokłosiem jest Dzierżyński, stodoła z Jedwabnego, pogrom kielecki czy antysemickie czystki po 1968 roku. Trzeba dbać, by jakiś nowy Hitler się nad tą przeklętą Wisłą nie pojawił. Tym bardziej że znowu faszyzm podnosi głowę pod białoczerwonymi banderami.

O swoich czystych intencjach z przeszłości zapewnia nas także inny bohater ostatnich dni, uznany na świecie intelektualista, profesor Zygmunt Bauman. Twierdzi on, że w KBW zajmował się głównie pisaniem ulotek i pewnie ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzył było przyczynienie się do zabicia jakiegokolwiek polskiego żołnierza. Niestety, jego dowódcy zostawili inne informacje na temat jego działalności, zaświadczając, że jako Szef Wydziału Pol-Wych operacji brał udział w walce z bandami, przez 20 dni dowodził grupą, która wyróżniła się schwytaniem wielkiej ilości bandytów, za co został odznaczony Krzyżem Walecznych. Cóż, nie można mieć przecież pretensji do 88-letniego profesora, że jego ulotki okazały się tak skuteczne.

Po wrocławskim wystąpieniu profesora Baumana (który jednak w przeciwieństwie do pana Bartoszewskiego profesorem jednak jest) karierę w sieci robi także przypomnienie jego słów z wywiadu dla Guardiana z 2007 roku, w którym porównał on działania bolszewickich służb bezpieczeństwa w latach 40-tych i 50-tych XX wieku na terenach Polski do do tego, co współcześnie nazywa się wojną z terroryzmem.

Mało kto zwrócił uwagę, że bardzo dużo mówi to o charakterze współczesnej tzw. wojny z terroryzmem. Znając historię bolszewickich zbrodni i prowokacji oraz następujących po nich propagandowych kłamstw, można dzięki tej deklaracji szanowanego na całym świecie socjologa, znaleźć potwierdzenie nie wprost, teorii o wspomaganiu przez zaniechanie, różnych akcji terrorystycznych.

O ile znana jest powszechnie bolszewicka narracja dotycząca zbrodni katyńskiej, która obowiązywała do momentu tzw. upadku komunizmu, o tyle mniej powszechnie znana jest historia przygotowania, przeprowadzenia i celowości prowokacji kieleckiej z 1946 roku, której celem było spacyfikowanie polskich dążeń do prawdy o Katyniu w trakcie norymberskich rozpraw poprzez skompromitowanie Polski rzekomym faszystowskim antysemityzmem jej mieszkańców. Antysemicka czystka po 1968 była wewnętrzną partyjną rozgrywką, lecz antysemityzm bolszewików, którzy pozbyli się wykorzystanych i wyciśniętych jak cytryna towarzyszy, miał - widać to dzisiaj wyraźnie - konsekwencje idące dużo dalej niż tylko zrobienie miejsca nowym aparatczykom.

Oprócz potwierdzenia przypiętej Polakom w 1946 roku łatki antysemitów, w roku 1968 roku spora grupa ideowych komunistów została desygnowana na systemowych dysydentów i wyeksportowana na Zachód. Część pozostała w kraju utworzyła opozycyjne struktury, z którymi po latach, jako z realnymi przedstawicielami ludu, establishment podzielił się władzą. Część wyeksportowana na Zachód wsparła wysłużoną agenturę wpływu i zastępy ciągle aktywnych pożytecznych idiotów. Major Zygmunt Bauman, sprawdzony w boju komunista, przesunięty w połowie lat 50-tych z działań operacyjnych na działania akademickie, wykładał marksizm na wydziale filozofii, by po październiku 1956 zostać prekursorem socjologii w Polsce.

Jego predyspozycje intelektualne można było lepiej wykorzystać dla propagowania właściwej wizji nowego świata w roli powszechnie szanowanego naukowca, niż w roli oficjalnego propagandowego funkcjonariusza. Wypadki 1968 roku dały mu niezbędne dysydenckie uwiarygodnienie, co przy niewątpliwych intelektualnych zaletach i dużym talencie pisarskim dało mu dzisiejszą pozycję wśród światowych intelektualistów.

Dlatego nie warto lekceważyć tego co mówi człowiek, który od początku swojego życia zajmuje się układaniem słów dokładnie w taki sposób, w jaki zamierza. Po tzw. upadku komunizmu mamy szereg wydarzeń, na temat których przy odpowiedniej wiedzy trudno mieć jednoznaczną opinię. Pytania o zamachy bombowe w Rosji, po których wybuchały kolejne wojny w Czeczenii, czy pytania o niektóre okoliczności zamachów na WTC i Pentagon w 2001 roku znajdują w słowach profesora Baumana potwierdzenie zasadności ich stawiania.

Istnieje jednak także inna możliwość. Być może subtelnym celem tak sformułowanych słów, było zdyskredytowanie amerykańskiej samoobrony przed światowym terroryzmem, poprzez zestawienie tej walki z komunistycznymi zbrodniami?

Narracyjne montaże mogą mieć bardzo skomplikowane i misterne konstrukcje. Przykłady można znaleźć nie tylko w literaturze (polecam zwłaszcza powieść "Montaż" Vladimira Volkoffa), ale także w historii. Zabójstwo Kirowa było przemyślaną i starannie zaplanowaną przez Stalina akcją, która stała się pretekstem i początkiem wielkiego terroru. Prowokacja kielecka w 1946 także była klasycznym agenturalnym montażem o międzynarodowym znaczeniu. Rok 1968 był montażem mającym na celu zmianę ekipy trzymającej władzę, ale na ile był to także pretekst do zalania zachodnich społeczeństw kolejną falą fałszywych dysydentów, mających do wypełnienia ważne misje wpływania na tzw. opinię publiczną? To pytanie do historyków i na razie pozostaje ono otwarte.

W tej perspektywie dzisiejsze wypalenie ekipy Tuska niesie ze sobą duże niebezpieczeństwo kolejnym narracyjnym zwrotem akcji, w którym ktoś musi odegrać klasyczną rolę iskry zapalnej i kozła ofiarnego. Zwraca na to uwagę coraz więcej komentatorów, zaś niewątpliwie idealnym kandydatem na środowiska, które będą celem kolejnych bolszewickich prowokacji są wszelkie tzw. środowiska patriotyczne. Rozhuśtanie emocji to faza pierwsza, po której osobników autentycznie przejętych bezczelnością władzy nikt nie będzie w stanie odróżnić od osobników pokroju Andrzeja Hadacza, który dość skutecznie kompromitował całe środowisko obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu.

Niewątpliwie należy protestować przeciwko zapraszaniu na Uniwersytety ludzi umoczonych w zbrodnicze systemy. Trzeba jednak przy tym uważać, by nie stać się mimowolnym narzędziem sił, które szukają tylko pretekstu do poszerzenia sfery kontroli kosztem naszej wolności, pod pozorem zapewnienia bezpieczeństwa.

sobota, 21 lipca 2012

Wajda i nienawiść

Kultura współczesna jest kulturą młodości. Otaczana w społeczeństwach tradycyjnych szacunkiem starość jest obecnie wyszydzana i poniżana jako źródło niedopasowania, zacofania i intelektualnej degradacji. Szybkość cywilizacyjnych zmian nie jest wystarczającym wytłumaczeniem tego zjawiska. Przyczyny tkwią w podstawach zwycięskiej idei kształtowania nowego człowieka przyszłości. Trzeba to sobie powiedzieć otwarcie: przyczyny tkwią w zwycięskiej ideologii socjalizmu.

Socjalizm panuje od początku XX wieku pod różnymi postaciami. Wiele wskazuje na to, że brunatna wersja narodowa miała na celu przygotowanie gruntu pod kosmopolityczną unifikację, dzięki destrukcji idei narodowych wspólnot, która to idea została okrzyknięta przyczyną kataklizmu II wojny światowej. Jak niewiele różniła się wersja brunatna od czerwonej wystarczy uświadomić sobie naczelne hasło sowieckiego okupanta, pod którym została dokonana kradzież własności wielkiej liczby ludzi: nacjonalizacja. Eksterminacja zaś przywiązanych do tradycji jednostek następowała często w tych samych miejscach: Oświęcim, Majdanek, KL Warschau. Dziś kontynuowane są tradycje powojennych okupantów i osoby mające odwagę wspominac o polskim interesie narodowym tak samo jak tuż po drugiej wojnie światowej nazywane są faszystami. Bolszewicka metoda odwracania znaczeń nie przestaje się rozwijać, co pozwala dzisiaj stosować wobec partii postulującej solidaryzm społeczny zarzut "programowego socjalizmu". Zarzut taki w ustach polityków, którzy otwarcie wprowadzają socjalizm w życie w tzw. Parlamencie Europejskim nie powinien dziwić, bo jest naturalną konsekwencją przyjętej ideologii. Europa obecnie już całkiem realnie podlega niemieckiemu przewodnictwu, a jak pamiętamy naród ten, w przeciwieństwie do Rosji albo Polski, w demokratyczny sposób wybrał narodowo-socjalistyczną partię pod przewodnictwem Hitlera.

Pomysł wyrywania dzieci z ich naturalnego środowiska i kształtowania zgodnego z potrzebami władcy nie jest nowy. Jednak historie tureckich janczarów i wiele innych historii tego typu stanowiło margines tradycyjnych społeczeństw, wykorzystywany do specjalistycznych celów. Dopiero wiek XX przyniósł masową inżynierię społeczną, gdzie na szerszą skalę wykorzystywano kształtowanie od podstaw większych grup wyrwanej ze swoich środowisk młodzieży. Socjalistyczne organizacje takie jak hitlerjugend, komsomolcy, ale także kibucowe programy młodzieżowe w rodzaju Alijat ha-Noar, w założeniach stanowiły narzędzia pozyskiwania ludzi dla nowej idei. Jednak przejmowanie kontroli nad procesem wychowawczym nie było i nie jest jedynym elementem całego skomplikowanego systemu. Innym nie mniej ważnym czynnikiem jest niszczenie autorytetu wieku i wynikającego z niego doświadczenia. Obok fizycznej izolacji młodzieży w kolektywistycznych obozach system zabezpiecza się w ten sposób przed niekontrolowaną dyfuzją tradycji między pokoleniami.

Obok trzymania emerytów w prywatnych domowych aresztach strachu drugą metodą jest promowanie staruszków pozornie "durniejących" na starość, którzy swoim absurdalnym zachowaniem mają za zadanie niszczyć tlący się ostatkiem sił autorytet wieku. Przykładem jest całkiem nieźle funkcjonujący w mediach przypadek Bartoszewskiego, który nie dość że posługuje się profesorską tytulaturą w sposób odbiegający od przyjętych standardów (ale jak się okazuje jak najbardziej uprawniony), to wysyła polityków do psychiatry, robiąc to w formie ewidentnie kwalifikującej się do psychiatrycznej interwencji. Jego budowany przez lata autorytet został w teatralny sposób zneutralizowany pokazując młodym ludziom, że starość i mądrość wcale nie muszą iść ze sobą w parze.

Podobnie interpretuję ostatni wybryk innego dyżurnego staruszka, który był niekwestionowanym autorytetem dla całych rzesz Polaków. Andrzej Wajda, dożywszy wieku, w którym nie trzeba już dbać o dwuznaczne aluzje, mówi wprost: krzyż stał się symbolem haniebnej nienawiści, a osobą odpowiedzialną za to jest Jarosław Kaczyński. Robi to w Moskwie, lecz mało komu przychodzi do głowy skojarzenie z pisaniem adresów do Cara. Ludzie zastanawiają się, co też biednemu człowiekowi odbiło na stare lata, a młodzi zaczynają patrzeć z obawą we własną przyszłość: "trzeba zalegalizować eutanazję, bo w ten sposób się zestarzeć nie byłoby fajnie." Fajność jest bowiem najwyższą wartością, zaś określenie “niefajne” oznacza bardzo serio potraktowane zjawisko, które niegdyś opisywano wyświechtanym i anachronicznym pojęciem: "skandalicznie niedopuszczalna niegodziwość".

Izraelski dziennikarz Chaim Jachil pisał w 1945 roku: "Ostatecznie nie możemy zapomnieć, że wojna z Żydami posłużyła narodowym socjalistom za ważną odskocznię do przejęcia i zachowania władzy." Sugerował, że gdyby Żydzi przyjechali przed wojna do Syjonu, hitlerowcy nie zdobyliby władzy w Niemczech. Artykuł, który Ha-Arec zamieścił niecałe cztery tygodnie po kapitulacji Niemiec, stawiał pytanie: "Czy Żydzi także przyczynili się do straszliwego rozlewu krwi naszego narodu?" Jak pisze Tom Segev w swojej książce “Siódmy milion” takimi uczuciami rdzenni Izraelczycy bronili się przed oskarżeniami ocalałych i uspokajali swoje sumienia dręczone niemożnością pomocy w czasie wojny.

Oskarżanie Kaczyńskich o spowodowanie katastrofy smoleńskiej i wszelkiego zła później, zwerbalizowane przez Palikota, a następnie przez jego naśladowców, do którym dzisiaj dołączył Andrzej Wajda, nie jest postawą wyjątkową. Często bywa, że ofiara gwałtu bywa oskarżana o jego sprowokowanie. W niektórych krajach arabskich jeśli taksówkarz zgwałci kobietę, do więzienia idzie kobieta, bo wsiadając samotnie do taksówki sprowokowała mężczyznę do nierządu. Idąc tym tokiem rozumowania, można dojść do opinii, że Gwiazda Dawida jest symbolem bestialstwa, a odpowiedzialnym za wymordowanie w czasie wojny warszawskich Żydów jest Mordechaj Anielewicz.

Warto jednak pamiętać, że to nie demencja starcza jest przyczyną rozprzestrzeniania się absurdów, mających na celu zniszczenie nie tylko autorytetów, ale jakiegokolwiek związku opisu z rzeczywistością. To jest konsekwentna polityka socjalistów, którzy muszą wykorzenić wszystkie pozostałości tradycyjnej kultury aby móc zbudować nowe społeczeństwo. Nie udało się różnokolorową przemocą w pierwszej połowie XX wieku. Strategia uległa zatem korekcie i teraz metodą małych kroczków konsekwentnie realizowany jest powolny proces destrukcji przygotowującej nadejście Nowego, nadejście Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. Mimo wszystko mocno wierzę, że Rozum i Człowieczeństwo, jak wiele razy w przeszłości, także dzisiaj okażą się silniejsze od intelektualnych dewiacji społecznych inżynierów. Być może coraz bardziej agresywne oskarżanie wolnych ludzi o własne wady jest efektem postępującej frustracji spowodowanej brakiem skuteczności różnych metod destrukcji życia społecznego?

Warto też zdawać sobie sprawę, że pozornie stetryczali staruszkowie, zaczynający pod koniec życia gadać bzdury, tak naprawdę w końcu są sobą i ujawniają prawdziwe idee, które przyświecały im od początku ich publicznej działalności. Andrzej Wajda studia reżyserskie ukończył w 1953 roku, ale dyplom obronił dopiero w roku 1960. W podaniu o przyjęcie na studia z sierpnia 1949 roku, a więc rok po utworzeniu szkoły będącej w założeniu tubą propagandową nowych porządków, napisał że należy „do podstawowej organizacji PZPR przy ZPAP ( Związek Polskich Artystów Plastyków) w Krakowie, a w ZAMP (Związek Akademicki Młodzieży Polskiej) na ASP jest kierownikiem wydziału kadr ZU”. W czasach późniejszych będzie dementował każdą sugestię, że kiedykolwiek należał do partii, a fakt skreślenia Wajdy z listy członków jest przemilczany także przez PZPR, co nie jest typowym zjawiskiem w przypadku innych ludzi kultury. Od samego początku często był chwalony za twórczość i postawę światopoglądową.

Kilka lat temu na spotkaniu w jednym z Dyskusyjnych Klubów Filmowych Andrzej Wajda opowiadając o swoich walkach z cenzurą wspomniał końcową scenę z filmu “Kanał”. Przez kraty widać praski brzeg Wisły. Na ekranie nie widać co jest na tym brzegu, ale przecież widz wie, co jest na tym brzegu... Widz doskonale wiedział, co chcemy powiedzieć pokazując ten brzeg - zawiesił filmowo głos reżyser, pozwalając słuchaczom dopowiedzieć sobie konkret. Ja w swojej wielkiej naiwności podzielałem przekonanie wielu osób, że Andrzej Wajda, tak jak ja, widział na tym brzegu bezczynność sowieckiej armii, która cierpliwie czekała, aż Warszawa się wykrwawi i gdy Niemcy dokończą dzieła pacyfikacji polskich patriotów, wejdzie do zniszczonego miasta i dobijając polskich generałów zacznie budować totalitarne socjalistyczne społeczeństwo.

Dziś w Moskwie Andrzej Wajda ujawnił, że on na praskim brzegu Wisły widział jutrzenkę nowego społeczeństwa, cierpliwie czekającą chwili odpowiedniej do rozpoczęcia wielkiego socjalistycznego dzieła. Andrzej Wajda konsekwentnie budując swoimi niedopowiedzeniami wizerunek niezależnego artysty zasłużył na pomnik w znakomicie skonstruowanym systemie mediokracji, w której nie trzeba stosować przymusu bezpośredniego, bo człowiek, którego opinie różnią się od wytyczonych przez ogólnoludzkie kierownictwo celów, pozbawiony głosu przez co i możliwości obrony, po prostu nie ma żadnego znaczenia.



Poniżej świetne podsumowanie z bloga Niewolnika:



Jako uzupełnienie filmiki:



piątek, 17 lutego 2012

Ochrona przed rozpowszechnianiem wiedzy

Wspominałem już, że w całej sprawie ACTA najsmutniejszy nie jest sam skandaliczny akt prawny, czy sposób jego uchwalania, ale całe podejście do kwestii praw autorskich. Prawa te, stworzone w celu ochrony autorów, są obecnie wykorzystywane do bardzo wielu różnych rzeczy, pośród których ochrona autora wydaje się być na ostatnim miejscu. Warto przy tym przypomnieć, że prawa autorskie składają się z dwu elementów: zbywalnych praw majątkowych oraz niezbywalnych praw autorskich. W powszechnej świadomości jedno i drugie zlewa się i miesza, tworząc setki nieporozumień, które otwierają drogę do manipulacji podmiotom zainteresowanym nie tyle samym dziełem, ile jego otoczeniem – finansowym czy ideologicznym.

Takie akty prawne jak ACTA, SOPA, czy PIPA i wiele następnych, które w ogóle nie powinny być pomyślane nawet, są dziś rozważane i negocjowane dlatego, że ograniczająca funkcja praw autorskich, wprowadzana w przeszłości metodą małych kroczków, odniosła wielki sukces, przejawiający się traktowaniem chorych ograniczeń jako całkowicie naturalnych, zrozumiałych i akceptowalnych dla znakomitej większości uczestników naszej cywilizacji. Tak jak w przeszłości całkowicie naturalne było dobre sprawowanie niewolnika, który w ten sposób próbował zapracować na swoją wolność i dobre traktowanie, tak dzisiaj jako zupełnie oczywiste traktujemy kajdany, które są założone na kulturę i są systematycznie pogrubiane, zaledwie od kilkudziesięciu lat.

Natknąłem się ostatnio na przypadek świetnie pasujący jako ilustracja powyższych dość ogólnikowych tez. Na początku trzeba zastrzec, że nie dotykamy w najmniejszym stopniu majątkowych praw autorskich, jako że oba podmioty, między którymi pojawił się pewien spór działają społecznie, non-profit i pro publico bono. Wydawać by się mogło, że autorom publikowanych na obu internetowych witrynach treści, zależeć będzie na jak najszerszym rozpowszechnianiu prezentowanych idei i pomysłów nie tylko pośród odbiorców swojego zamkniętego kręgu odbiorców.

Autorom może i na tym zależy. Gorzej z właścicielami, którzy zatrudniają „tropicieli” naruszeń prawa autorskiego udowadniających, że kompletnie nie rozumieją na czym polega ochrona autorów. Spróbuję pokazać to na konkretnym przykładzie, który naprawdę miał miejsce w internetowej rzeczywistości. Jednak w celu uniknięcia niepotrzebnych personalnych przepychanek nie będę posługiwał się linkami i nazwiskami.

Na pewnym portalu o lewicującym charakterze został opublikowany tekst opisujący dzieje mało znanego polskiego przedsiębiorcy społecznego, któremu bardziej niż na zyskach zależało na rozwoju regionu w którym mieszkał. Tekst został zauważony przez właściciela innego portalu, o charakterze niepodległościowym, który zbiera różne informacje o godnych popularyzacji zjawiskach związanych z Polską. Został zatem dodany do działu Historia jako opowieść o wybitnym Polaku. Redakcja dopisała cytaty z pism przedsiębiorcy i kilka faktów z jego życia. W niczym na pewno nie zaszkodziła autorowi. Pojawił się jednak pewien problem.

Portal lewicujący na swojej stronie informuje bardzo wyraźnie, iż jakikolwiek przedruk lub nawet części publikowanych materiałów wymaga wcześniejszej zgody. Jeśli taka zgoda zostanie wydana, to wykorzystanie obwarowane jest dodatkowymi warunkami:
- brak komercyjnego charakteru wykorzystania.
- brak jakiejkolwiek redakcji, skrótu czy zmiany bez zgody redakcji
- opisanie fragmentu nazwiskiem autora i linkiem do portalu źródłowego.

Zaznaczone jest także wyraźnie, że jakakolwiek publikacja nawet fragmentu materiałów jest złamaniem obowiązującego prawa.

Zasady te, na pierwszy rzut oka, wydają się być sprzeczne z polskim prawem autorskim, w którym prawo cytatu zostało opisane w artykule 29 ust. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Zgodnie z nim „Wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość urywki rozpowszechnionych utworów lub drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym wyjaśnieniem, analizą krytyczną, nauczaniem, prawami gatunku twórczości.” (Szersze omówienie kategorii cytatu opracowane jest tutaj, albo choćby w wikipedii.) Zatem witryna internetowa o społecznym charakterze zawartym w swojej nazwie, zamieszcza zapisy o prawnym charakterze, które jako sprzeczne z polskim prawem nie są wiążące. Nie przeszkadza to jednak autorom tych zapisów grozić sądem (czymże innym bowiem jest przypomnienie o łamaniu polskiego prawa?) każdemu, kto się nie dostosuje do tych nieważnych zapisów. Skrócenie bowiem (czymże innym jest cytat?) artykułu, czy wykorzystanie jego fragmentu (czy to nie jest cytat?) w celu wklejenia fragmentu do własnego tekstu jest zabronione bez zezwolenia właścicieli portalu.

To jednak jest tylko dygresja. Nie chcę wchodzić w skomplikowane rozważania natury prawnej, dotyczącej rozmiarów cytatu, definicji dzieła zależnego i tym podobnych niedookreślonych prawem rzeczy, bo przecież nie chodzi o to, by ustalić od ilu słów kończy się cytat a zaczyna dzieło zależne, czy od ilu słów artykuł przestaje być „drobnym utworem”, o którym wspomina ustawa. Sprowadzanie kwestii praw autorskich do tego rodzaju absurdów mogłoby być rozrywką dla prawników, ale jest zdecydowanie stratą czasu dla normalnych, zdrowo myślących ludzi. Zatem zostawmy te granice i wróćmy do naszego przykładu.

Właściciel portalu lewicującego, gdy tylko zorientował się, że jeden z artykułów zamieszczony jest bez jego wiedzy na portalu niepodległościowym zwrócił uwagę, że zostały naruszone prawa autorskie. Faktycznie, umieszczenie całego artykułu (nawet jeśli zostało podane nazwisko autora oraz link do źródła) i poszerzenie go, jeśli nastąpiło bez niczyjej zgody jest naruszeniem prawa autorskiego. Można by się oczywiście spierać czy jest to utwór drobny, który można zacytować w całości, czy też nie, ale ponieważ nie było dodatkowego komentarza, niewątpliwe nie był to cytat. Po krótkiej wymianie zdań właściciel portalu niepodległościowego napisał od nowa sporny tekst, w którym wykorzystał cytaty z oryginalnego, oczywiście z podaniem źródła.

I tu dochodzimy do istoty absurdu, na który chcę zwrócić uwagę. Właściciel portalu lewicującego (czy też osoba odpowiedzialna za ściganie naruszeń praw autorskich) argumentuje bowiem swoją gorliwość w ściganiu tego typu przypadków obroną przed nadużyciami, gdy ktoś tak dobiera cytat, by zmanipulować oryginalny tekst.

Kiedy natomiast najłatwiej dokonać, nawet niezamierzonej, manipulacji? Ano wtedy, gdy wyrywamy z kontekstu jakiś fragment i wstawiamy go w inny. Faktycznie, warto uzgodnić wykorzystanie fragmentu z autorem. Sam często zżymałem się na różne redakcje, które drukując fragment, całkowicie wypaczały sens tekstu. Często wolałbym, aby nie drukowano jakiegoś tekstu czy listu wcale, od drukowania wybranego przez redakcję wcale nie najistotniejszego fragmentu, który traktował o pobocznej czy nawet zupełnie innej sprawie niż intencje autora. Jak najlepiej chronić integralność myśli utworu? Czy nie przedrukowując całość jego wywodu? Zwłaszcza jak ta całość to zaledwie sześć krótkich akapitów?

Mawiają, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Nadmierna troska o prawa autorskie nie tyle chroni twórcę, ile stawia sztuczne bariery dla rozpowszechniania twórczej myśli. Uzależnianie przedruku jakiegoś internetowego tekstu – który nie ma żadnego komercyjnego charakteru, a jego celem jest jedynie popularyzacja społecznie istotnej wiedzy – od każdorazowej zgody właściciela praw autorskich, jest niczym innym, jak stawianiem zupełnie niepotrzebnych barier. To tak, jakby żądać, aby wycinanie artykułu z gazety i pokazanie go kolegom na podwórku także było uzależnione od zgody redakcji. To jakieś absurdalne nieporozumienie i kompletny brak zrozumienia dla kwestii krążenia kultury i form zabezpieczania interesów twórcy. To strzelanie z armaty do wróbla.

Sam autor tekstu, nigdy nie miał nic przeciwko przedrukom swoich tekstów, bo jak większości autorów, zależy mu na jak największej liczbie czytelników. Uważa też, że nie ma sensu zamykać się na odmiennych światopoglądowo odbiorców, bo zamyka się w ten sposób dialog i krążenie kultury. Doskonale rozumie to również właściciel niepodległościowego portalu, dla którego światopogląd autora nie ma znaczenia, jeśli tekst popularyzuje godną naśladowania społeczną i patriotyczną postawę XIX-wiecznego przedsiębiorcy. Najwyraźniej jednak osoba, której powierzono kwestię ochrony praw autorskich tekstów zamieszczanych na portalu lewicującym nie do końca rozumie cele i ideę swojej funkcji, która ma śledzić nadużycia i manipulacje, a nie przeciwdziałać jakiemukolwiek nieautoryzowanemu użyciu tekstów, które w zamyśle autorów powinny dotrzeć do jak największej liczby odbiorców. Być może w naszych nadmiernie skomercjalizowanych czasach społeczne idee są trudne do przyswojenia nawet dla ich zdeklarowanych zwolenników.

Polecam też książkę L. Lessiga o Wolnej Kulturze i prawach autorskich.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Wolna Kultura ad ACTA

Trzeba przyznać, że weekendowa internetowa akcja sprzeciwu wobec aktu prawnego o którym jeszcze kilka dni mało kto słyszał robi wrażenie. Spektakularny przyrost uczestników grup sprzeciwu na społecznościowych portalach, zablokowanie rządowych stron internetowych, zapowiedzi kontynuacji akcji w realu – wszystko to aż wzbudza nieufność swoją dynamiką.

Czy to możliwe aby, wydawałoby się bierne, społeczeństwo tak poruszył jakiś tajemniczy akt prawny, nawet jeśli negocjowany po kryjomu od 2007 roku, bez żadnych konsultacji, o którym nagle dowiadujemy się, że ma go podpisać Prezydent? Czy może jest to kolejna akcja odciągająca uwagę od realnych problemów? Mam wrażenie jednak, że jest to dowód na przetrwanie instynktu społecznego w coraz bardziej pozbawianych podmiotowości obywatelach.

Wskazuje na to całkiem zdroworozsądkowe akcentowanie niedookreśloności przepisów, pod które przy odrobinie złej woli można podciągnąć wszystko. Na oddolny charakter tych ruchów wskazuje także fakt, że sprzeciw połączył takie środowiska jak Stowarzyszenie Marsz Niepodelgłości i Krytykę Polityczną, przy czym wśród lewicowców pojawiły się głosy, jakoby prawica chciała przechwycić ich akcję. Ciekawi mnie czy wspólnota antytotalitarnego celu będzie w stanie pokonać światopoglądowe podziały?

Przy tej okazji warto jednak powrócić do pytania czym jest przedmiot ACTA. Co to są prawa autorskie, co to jest własność intelektualna, czemu służyła jej ochrona w przeszłości a czemu służy teraz? Istnieje na rynku świetna książka, która w przystępny, żeby nie powiedzieć w pasjonujący sposób opisuje historię, ideę i teraźniejszość ochrony wytworów ludzkiego intelektu. Okraszony konkretnymi anegdotami wykład czyta się jak sensacyjną powieść, a można dzięki niemu zrozumieć jak od ochrony twórców doszliśmy dzisiaj do ochrony medialnych koncernów z jednoczesnym szykanowaniem tychże twórców.

Lawrence Lessig swoją książkę pod znamiennym tytułem „Wolna Kultura” udostępnił na prawach Creative Commons, czyli m.in. wolno kopiować, rozprowadzać, przedstawiać i wykonywać objęty prawem autorskim utwór oraz opracowane na jego podstawie utwory zależne pod warunkiem, że zostanie przywołane nazwisko autora pierwowzoru. Jest on dowodem na to, że można udostępnić w internecie utwór do dalszej dowolnej obróbki oraz jednocześnie zarabiać na sprzedaży jego materialnego nośnika. W Polsce książka została wydana przez Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, ale próżno szukać tej książki czy choćby informacji o niej na stronach wydawnictwa. Jest ona dostępna na prywatnym serwerze.

Warto do niej zajrzeć, by poznać ewolucję prawa autorskiego i móc wyrobić sobie zdanie na temat jego funkcjonowania we współczesnym świecie. Pozwoli ona lepiej zrozumieć zagrożenia jakie niosą ze sobą takie ustawy jak ACTA i zobaczyć, że zabójczy dla kultury przemysł kulturalny jest niezwykle wytrwały i konsekwentny w swoim dążeniu nie tylko do utrzymania, ale też do nieustannego rozszerzania zakresu kontroli twórczych procesów uczestników życia intelektualnego. Warto wiedzieć i nie zapominać, że ACTA nie są pierwszą i nie będą ostatnią próbą rozszerzenia tej kontroli. W 2004 roku Lessig zauważył:

Rozpętana dziś wojna jest wojną prohibicji. Jak każda tego typu batalia, jest skierowana przeciwko zachowaniom dużej liczby obywateli. Według danych ogłoszonych przez „The New York Times”, w maju 2002 roku 43 miliony Amerykanów ściągało muzykę przez internet. Zdaniem RIAA postępowanie tych 43 milionów Amerykanów jest przestępstwem. Mamy zatem prawo, które przekształca 20 procent mieszkańców Ameryki w przestępców. […] Wojny prohibicji nie są w Ameryce niczym nowym. Ta jest tylko trochę bardziej radykalna niż wszystkie poprzednie.

Zachęcając do sięgnięcia do tej niezwykle inspirującej lektury pozwolę sobie jeszcze przytoczyć obszerne fragmenty ze wstępu do polskiego wydania książki, autorstwa Edwina Bendyka:

Kim jest Lawrence Lessig? Wśród wielu polskich czytelników nazwisko to zapewne nie wywoła żadnego rezonansu. Nie znamy go w Polsce, choć on zna nas bardzo dobrze. Pierwszą ze swych głośnych książek, Code and Other Laws of Cyberspace (‘Kod i inne prawa cyberprzestrzeni’) z 1999 roku zaczyna tak: „Dekadę wstecz, jesienią 1989 roku komunizm w Europie skonał – upadł, tak jak namiot, z którego usunięto główne maszty. Przyczyną tego upadku nie była żadna wojna ani rewolucja. Przyczyną było wyczerpanie”.

Co jednak może mieć wspólnego cyberprzestrzeń i kultura w epoce cyfrowej z upadkiem komunizmu? Całkiem sporo. Nowe, z założenia demokratyczne systemy polityczne, powstawały w swoistej próżni. Skompromitowane przez lata komunizmu instytucje państwa były zbyt słabe, by efektywnie pełnić regulacyjne funkcje. A poza tym, zgodnie z dominującą wówczas intelektualną modą szerzoną przez kolegów Lessiga z Chicago (słynni „chłopcy z Chicago”, uczniowie Miltona Friedmana, guru neoliberalizmu) słabe państwo stwarzało szansę na szybką budowę silnego wolnego rynku. Friedman dawał wówczas prostą, w napoleońskim stylu odpowiedź, gdy go pytano jak rozwiązywać problemy przechodzących transformację pokomunistycznych społeczeństw: prywatyzować, prywatyzować, prywatyzować.

Lessig, prawnik-konstytucjonalista, a nie ekonomista-teoretyk szybko dostrzegł skutki prowadzonej w ten sposób przebudowy. Jak wspomina, zanik władzy państwowej nie oznaczał, że władza ustąpiła zupełnie, dając pole wyimaginowanej swobodnej i czystej konkurencji na lśniącym nowością wolnym rynku. Władza zmieniła locus, przeszła w ręce instytucji nieformalnych, choć potwornie skutecznych: mafii i oligarchicznych sieci. Tak „regulowany” wolny rynek, to optymalne zdaniem ekonomistów, narzędzie alokacji zasobów, posłużył do podziału do niedawna jeszcze państwowego majątku między beneficjentów transformacji.

Zdaniem Lessiga pierwsze lata debaty o cyberprzestrzeni przypominały do złudzenia problemy posocjalistycznej transformacji. Oto bowiem nagle powstała wirtualna, ale angażująca jak najbardziej realne emocje i pieniądze przestrzeń społeczna, pozbawiona stabilnych regulacji normatywnych, słowem – pozbawiona konstytucji. Lessig, opierając się na swych doświadczeniach z krajów pokomunistycznych wiedział, że cyberprzestrzeń pozostawiona samej sobie, lub inaczej, wystawiona na nieskrępowaną specyficznymi regulacjami grę sił rynkowych i konkurencji ekonomicznej, stanie się przestrzenią podobnych patologii, jak społeczeństwa Europy Wschodniej. Tam gdzie nie ma konstytucji, rozumianej nie tyle jako ustawa zasadnicza, lecz w sensie brytyjskim – jako zestaw zarówno spisanych, ale i zwyczajowych reguł postępowania – zaczyna rządzić mafia, czyli ten, kto jest w stanie narzucić swoje reguły.

Co więc pozostaje? Zamiast komunizmu budujmy „commonizm”. Ten wątek Lessig eksploatuje w swej drugiej głośnej książce, The Future of Ideas (‘Przyszłość idei’) z 2001 roku. Amerykański prawnik przypomina w niej instytucję dobra wspólnotowego, która była powszechna w społeczeństwach przednowoczesnych. W Wielkiej Brytanii commons było słowem, którym nazywano gminne pastwiska, na których wszyscy mieszkańcy wsi mogli wypasać swoje bydło. Prywatyzacja tych wspólnotowych pastwisk, rozpoczęta w XVI wieku, przeszła do historii jako proces enclosure, ogradzania – jeden z ważniejszych czynników, który umożliwił późniejszy szybki rozwój brytyjskiego kapitalizmu i sukces rewolucji przemysłowej.

„Commons” stały się sławne po raz drugi w XX wieku za sprawą biologa Garretta Hardina, który w 1967 roku ogłosił w czasopiśmie „Science” artykuł Tragedy of the Commons. Wykazywał w nim, opierając się na czysto racjonalnej analizie wspomaganej m. in. osiągnięciami teorii gier, że dobro wspólnotowe, owo gminne pastwisko musi prędzej czy później ulec zagładzie. Gdy wszyscy są właścicielami, zawsze znajdzie się free rider, cwaniak, który będzie chciał uszczknąć więcej, niż mu się należy. Niewiele trzeba, żeby inni poszli jego śladem. Czyż tego nie dowodziła socjalistyczna wersja wspólnotowych pastwisk, czyli kołchozy i „uspołeczniona własność środków produkcji”?

Problem commons powraca w nowym wydaniu w cyberprzestrzeni. Oto bowiem jesteśmy świadkami narodzin nowego kapitalizmu, w którym źródłem największej akumulacji kapitału nie jest już produkcja przemysłowa, ale przetwarzanie symboli, wiedzy, idei. Głównym nośnikiem wartości są dziś symbole. A jeśli tak, to znaczy, że będą one przedmiotem coraz większego zainteresowania nie tylko konsumentów, ale i kapitału. To, co cenne, trzeba chronić, grodzić jak setki lat temu wspólnotowe pastwiska, drutem kolczastym praw chroniących własność intelektualną. I to się dzieje, jeśli uważnie przyjrzeć się statystykom. Z roku na rok przybywa zgłoszeń patentowych; tylko w ciągu lat 90. ich liczba w Stanach Zjednoczonych podwoiła się. Jeśli popatrzeć, co jest przedmiotem najbardziej zażartych sporów podczas międzynarodowych negocjacji handlowych, okaże się, że prawa autorskie i patentowe.

Jak czytać Wolną kulturę? Krytycznie. Błyskotliwy styl Lessiga powoduje, że książkę czyta się jak powieść sensacyjną. Nie chodzi jednak o to, by po przyjemnej lekturze odstawić tę książkę na półkę, a jej treść zapomnieć. Nie chodzi też o to, żeby zgadzać się z autorem. Im więcej dyskusji, zwłaszcza krytycznych i otwartych, tym lepiej. Projekt wolnej kultury jest zbyt wielki, by go zamknąć w jednej książce.




Wolna kultura, L. Lessig, WSiP, Warszawa 2005

Warto też zajrzeć do raportu z badania:
Obiegi kultury. Społeczna cyrkulacja treści

wtorek, 28 czerwca 2011

Przezroczysta przemoc - w nawiązaniu do Gadowskiego

Witold Gadowski słusznie przypomina precesję symulakrów, poprzedzanie terenu przez mapę, tworzenie pojęć niezwiązanych z desygnatem. Gadowski opisuje symulakry faktów, ale fałszowanie rzeczywistości nie rozpoczęło się wczoraj i zachodzi na wielu głębokich poziomach. Dlatego tak ciekawe i zaskakujące jest grzebanie w genezie różnych słów i transferze znaczeń.

Niektóre z manipulacji na języku są tak skuteczne, że są przejmowane przez tych, w których mają uderzać. Ich subtelność, pozorna oczywistość i rzekoma lepsza trafność sprawiają, że nikt się nie buntuje, bo przecież język to tkanka żywa i jeśli ludzie używają określonego słowa, to trzeba go po prostu wpisać do słownika i koniec. Jako dziecko dziwiłem się oburzeniu rodziców poprawiających mnie gdy mówiłem, że na przerwie biegamy na bojkot. Te stare wapniaki uparły się, żebym nie używał słów których rzekomo nie rozumiem, a przecież to oczywiste że chodziło o boisko.

Dziś nawet pod Namiotem Solidarnych 2010 profesor Nowak mówi o samolocie PREZYDENCKIM, podczas gdy samolot nie przestał być RZĄDOWYM tylko dlatego, że leciał nim Prezydent. Nazywanie w określony sposób przedmiotów niepostrzeżenie ustawia na poziomie podświadomości tak subtelne kwestie jak odpowiedzialność za przygotowanie i przebieg lotu.

Takich manipulacji na języku jest jednak dużo więcej, a najbardziej znaczącym jest zauważone swego czasu w magazynie Obywatel odwrócenie pojęć PRACODAWCA i PRACOBIORCA. Przecież to oczywiste, że pracodawca to ten który daje swoją pracę, biorąc za to pieniądze, zaś pracobiorca kupuje u pracodawcy określoną usługę. W przypadku usług zachowało się oryginalne znaczenie pojęć i nikt nie ma wątpliwości co oznacza termin usługodawca i usługobiorca. A przecież ta zamiana od razu ustawia tego kto DAJE na wyższej pozycji moralnie, etycznie i w konsekwencji prawnie, od tego który BIERZE. Nie mamy wątpliwości, kto w przypadku dawania i brania np. zasiłku jest tym dobrym a kto darmozjadem, nieprawdaż?

Jednak tego rodzaju manipulacjami na języku, ustawiającymi relacje społeczne między różnymi grupami nie zajmują się walczące o równość i sprawiedliwość organizacje lewicowe. Nikt z lewicowych ideologów, nikt z próbujących te ideologie wdrażać polityków nie zająknie się nawet o tym niesprawiedliwym zawłaszczającym gwałcie na języku. Oni wolą skupiać się na wkładaniu kolejnych potocznych określeń do worka słów zakazanych (np. kretyn, matoł, pedał) albo na emancypacji pojęć dotąd uznawanych za wulgarne (np. cipka, kurwa, pornos).

Wrodzone słowiańskie poczucie wolności buntowało mnie przeciwko napomnieniom rodziców o poprawność językową i używanie pojęć adekwatnych do desygnatów. Dużo dużo później zrozumiałem dlaczego to poprawność językowa daje wolność, a ich troska nie była niewoleniem lecz troską o wolność właśnie. Bowiem tylko używając języka zgodnie z narosłą przez wieki tradycją umożliwia dialog zarówno z przeszłością, jak i z innymi w teraźniejszości. Trudno porozumieć się przecież w opisanej przez Janusza Krasińskiego sytuacji, gdy w moskiewskiej restauracji goście proszą o „kawior w puszku”, a kelner słysząc to zastanawia się skąd wziąć „dywan w armacie”.

Ja słuchając rozważań o samolocie prezydenckim albo dywagacji o relacjach między pracodawcą a pracobiorcą także zastanawiam się o co chodzi. Bo chyba jestem za cienki w uszach, by skumać te wszystkie językowe łamańce pojęciowe.