Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prasa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prasa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Józef Mackiewicz - Dym bez ognia

Tekst poniższy Józef Mackiewicz opublikował w roku 1952, w Dzienniku Polskim wydawanym w Detroit. Tekst nie tylko nadal jest aktualny, ale pozwala sobie uzmysłowić siłę woli, która wydaje się być niepokonana, gdy postanowi nie przyjmować do wiadomości pewnych aspektów rzeczywistości. Opisywany wynalazek stosowany jest przecież do dzisiaj, zarówno w Gruzji 2008, na Ukrainie, a w mniejszej skali także przez naszych rodzimy bolszewików grzmiących o "pełzającym totalitaryzmie" i "niszczeniu demokracji".

Józef Mackiewicz
Dym bez ognia

Nie może być większego błędu w polityce, jak fałszywa ocena wroga. Wszelkie wpadanie w szablon, łatwizny, mierzenie przestarzałą miarą, jest błędem nie tylko w stosunku do chwili bieżącej, ale stanowi niebezpieczeństwo dla dorastającego pokolenia, przez narzucanie mu skostniałej "szkoły politycznej", zdezaktualizowanej już dawno.

Podobnie ma się rzecz, gdy z maniackim uporem chcemy we współczesnym bolszewizmie widzieć wyłącznie przejawy starego, rosyjskiego imperializmu, a nie chcemy dostrzegać form i metod zupełnie nowych, jakimi się ten bolszewizm posługuje.

Tymczasem dokonał on szeregu, po prostu ciekawych wynalazków w dziedzinie psycho-politycznej, o jakich się nie śniło nawet naszym ojcom i dziadom, o jakich nie śmiał marzyć żaden z dotychczas znanych samowładnych, autokratycznych czy nawet totalitarnych policyjnych ustrojów.

Z tego szeregu chciałbym wymienić tu jeden, może najbardziej charakterystyczny. Jest to wynalazek, który można nazwać "dymem bez ognia". Znane jest bowiem powszechnie przysłowie "nie ma dymu bez ognia". Przysłowie to ma znaczyć, że jeżeli się coś dzieje, coś mówi o kimś, czy o czymś, powtarza uparcie i to nawet w wypadku, jeżeli rzecz okazuje się w końcu nieprawdziwa, można się doszukać jakiejś przyczyny, jakiegoś powodu, czy chociażby małej w tym cząsteczki prawdy, właśnie tego ognia, tlejącego może nikłym płomieniem, ale stanowiącego źródło - dymu, który się rozpowszechnia. Przysłowie jest stare i bardzo znane, co świadczy, że dotychczas ludzie nie mogli istotnie doszukać się dymu bez ognia.

Otóż bolszewicy tego wynalazku dokonali

W dotychczasowej praktyce, gdy ktoś chciał dopuścić się jakiegoś politycznego czynu, bazowanego na stuprocentowym łgarstwie, uciekał się do tzw. prowokacji. Prowokacja jest rzeczą starą jak świat. Prowokacja była dotychczas niezbędna dla stwarzania tego właśnie "ognia", gdzie go nie było, czyli ognia sztucznego, ażeby można było następnie rozdmuchać zeń dym w oczy. Taką metodą prowokacji posługiwały się najczęściej państwa o policyjnym reżymie starego typu. Hitler, który z całym swym totalizmem nie dorósł nawet do pępka totalizmowi sowieckiemu, też nie potrafił wydostać się ponad stare formy. Na przykład, gdy przygotowywał napaść na Polskę, uzbrajał jakichś drabów, przebierał w mundury polskie, kazał im strzelać i hałasować na granicy, a nawet "wdzierać się na terytorium niemieckie", jak to miało miejsce na przykład z rzekomym napadem na niemiecką radiostację w Gliwicach, itd. Jednym słowem, prowokacja wymaga pewnego trudu, zabiegów, starań, mniej więcej sprytnie obmyślonej akcji, opłaconych agentów itp. pozorów

Otóż wydaje mi się, że gdy używamy często zresztą zwrotu "prowokacja sowiecka", nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, co mówimy. Sowiety doszły do takiego stopnia totalitarnego rozwoju, w którym prowokacja staje się zbędna. To znaczy, doszły do zupełnego zlekceważenia pozorów. W Sowietach, gdy chcą kogoś aresztować, deportować masowo, dokonać jakiejś presji, bynajmniej nie potrzeba używać agenta, który by na przykład zaczął prowokacyjnie strzelać. Po raz ostatni zastosowano ten przestarzały system, gdy zamordowano Kirowa, i pod tym pretekstem, pod tym pozorem rozpoczęto straszliwą czystkę. Dziś sowiecki system doszedł do przekonania, że nawet pojedynczy strzał jest zupełnie niepotrzebny. Wystarczy tylko powiedzieć, oświadczyć, że ktoś strzelił. Pozory są zupełnie zbędne. Kłamstwo w Sowietach doprowadzone jest do tego stopnia rozwoju i rozpowszechnienia, że i tak nie ma najmniejszego znaczenia najmniejszy pozór prawdy, gdyż nikt go nie będzie śmiał sprawdzać. Więc po co? Po co on potrzebny? Cokolwiek zdecyduje się na Kremlu, staje się nienaruszalnym kanonem. Cokolwiek się powie, jest święte. W takich warunkach uciekanie się do starych, "burżuazyjnych" metod prowokacji jest pozbawione celu.

Wydaje się, że jest to trochę za proste, by stać się godnym miana wynalazku. Właśnie najgenialniejsze wynalazki są najprostsze. Legendarne "jajko Kolumba" tylko dlatego przetrwało wieki, że było - takie proste. Podobnie prawie genialny jest wynalazek, który nagle olśnił panów z Politbiura moskiewskiego: "przecież w naszym systemie możemy powiedzieć wszystko!" Tak jest, wszystko, cokolwiek się zechce.

W roku 1939 powiedziano, że mała trzymilionowa Finlandia dokonała agresji i napadła na 200-milionowy Związek Sowiecki... No i cóż? I - nic. W sześć miesięcy później powiedziano, że trzy maleńkie, bezbronne państwa bałtyckie szykują napaść na Związek Sowiecki... Nie uciekano się przy tym do żadnej prowokacji. Po prostu powiedziano i koniec. To wystarczyło. To jest niesłychanie proste. Na tej samej podstawie odbywają się wszystkie procesy: mówi się oskarżonemu, co ma mówić i ten, pod wpływem takiej czy innej metody do niego zastosowanej, mówi. Mówi wszystko, co trzeba, aby było powiedziane.

Naturalnie na Zachodzie, ludziom, którzy nie znają, którzy nie widzieli nigdy systemu sowieckiego, trudno jest zrozumieć działanie tego idealnie uproszczonego mechanizmu. Mogę ich zapewnić, że działa bezbłędnie.

Niedawno wyszła nowa encyklopedia sowiecka i prasa angielska zastanawia się: "Czyżby to było możliwe, żeby czytelnik sowiecki mógł wierzyć w to wszystko, co tam napisano o Anglii?!..." Zastanawiając się w ten sposób, prasa angielska nie rozumie, że to nie ma żadnego znaczenia, czy on wierzy, czy nie wierzy, podobnie jak trzynaście lat temu nie miało żadnego znaczenia, czy kto na globie ziemskim uwierzy, że Finlandia dokonała agresji na Sowiety...

Identycznie ma się dziś rzecz z "zarzutem", że Amerykanie bombardują Koreę bombami bakteriologicznymi. Zarzut jest więcej niż śmieszny, jest zwykłym nonsensem. Nie wierzy temu w ogóle nikt. Ale tylko ktoś, kto nie zna systemu sowieckiego, stanie zdumiony, gdy się przed nim rozłoży gazety sowieckie wszystkich języków, w tej liczbie wychodzące po polsku w Warszawie: "Zbrodniarzy pod sąd narodów świata!" - "Pod pręgierz amerykańskich morderców!" - "Położyć kres zbrodniom!" itd. Oto są mniej więcej tytuły pokrywające pierwsze stronice tych gazet. "Hańba imperialistycznym ludobójcom. Potężny wiec protestacyjny w Warszawie!" - A dalej: "Napływają protesty: najróżniejsze prezydia związków, uczonych, Ligi Kobiet, muzyków, aktorów, straży ogniowej itd." Jednocześnie ani jeden strażak, ani jeden aktor i ani jeden uczony nie wierzy, żeby to była prawda!

Ja osobiście nie wierzę również, aby bolszewicy w Korei rzucili chociaż jedną bombę bakteriologiczną, dla upozorowania tego niesłychanego oszczerstwa. Po prostu: powiedzieli i - koniec. Przecież i tak nikt ze Szczecina, Torunia czy Warszawy nie pojedzie sprawdzać. Nie pojedzie też w tym celu nikt z Moskwy. Ba, nie pojedzie też nikt z Pekinu! Nikt taki, kto mógłby obiektywnie sprawdzić. A więc...

A więc pewnego dnia równie dobrze Sowiety mogą postawić "zarzut", że na przykład Prezydent Stanów Zjednoczonych jada na obiad kotlety z ludzkiego mięsa... I tak samo prasa sowiecka od Władywostoku po Berlin, od Szanghaju po Murmańsk będzie to powtarzać na pierwszych stronicach. Dlaczego tego już nie piszą? Bo im w tej chwili nie jest potrzebne. Jutro mogą napisać. Dlatego wszelkie tłumaczenie się, wyznaczanie komisji, odpieranie zarzutów itp. jest rzeczą nie tylko zbędną, ale, moim skromnym zdaniem, nawet szkodliwą. Kto się tłumaczy, ten się oskarża... Ludzie na Zachodzie nie znający jeszcze wynalazku "dymu bez ognia" mogą przypuszczać, że jednak... może... cośkolwiek... przypadkiem... ale "coś" w tym musi być prawdy.

Nie ma nic.

W Paryżu toczy się w tej chwili proces, wytoczony przez szereg działaczy emigracyjnych różnych narodów komunistycznemu pismu o oszczerstwo. Z polskiej strony występuje płk Kowalewski. Powołał on kilku świadków, między innymi gen. Bór-Komorowskiego itd. Prasa reżymowa przy tej okazji nie nazywa gen. Bora inaczej jak "zdrajcą", "agentem Gestapo". Nie należę osobiście do wielbicieli gen. Bora, raczej przeciwnie. Ale wyczytanie steku połajanek, ordynarnych bzdur, fantastycznych oskarżeń na najniższym poziomie, nie tylko nie ma żadnego celu, ale przede wszystkim - nudzi. Adwokaci komunistyczni "zarzucają" gen. Borowi, że był wrogiem Sowietów. A on, przeciwnie, "broni się", przytaczając niezbite fakty, że dopomagał w czasie wojny Sowietom do zwycięstwa. To nie ma żadnego sensu. Z bolszewikami nie można się licytować, bo ich się nie przelicytuje. A po drugie - nie ma się też czym chwalić... Już czas najwyższy odżegnać się od starych błędów. Inaczej zatchniemy się wszyscy w sowieckim... dymie.

Dziennik Polski (Detroit) 1952 nr 81

środa, 30 maja 2012

Antypolonizm jako obowiązująca narracja.

Przetaczająca się przez światowe media fala antypolonizmu nie jest niczym dziwnym, jest jak najbardziej naturalną konsekwencją antypolskich fobii obecnych od dłuższego czasu. Oceniać to? Komentować? Jest co komentować? Przed II wojną światową wszystkiemu winni byli Żydzi. Dzisiaj wszystkiemu winni są Polacy. Mechanizm jest ten sam.

Zamiast oceniać zatem podsumujmy:

Wypowiedź Baracka Obamy jest naturalną konsekwencją skrupulatnie prowadzonej defamacyjnej polityki informacyjnej:



Polityka ta została pokazana w filmie żydowskiego reżysera pt.: "Zniesławienie":



Anglicy doskonale wiedzą co to jest stadionowa chuliganeria, wszak najwięcej burd stadionowych było wywoływanych przez kibiców angielskich. Udało się to nieco opanować i dzisiaj angielscy kibole rozrabiają tylko poza granicami swojego kraju. Polacy i Ukraińcy nigdy nie stali bezczynnie jak ktoś rozrabiał, więc taka postawa faktycznie może wzbudzać obawy o bezpieczeństwo angielskich chuliganów. Być może to jest prawdziwa przyczyna wyprodukowania kolejnego defamacyjnego filmu:



Wywołanie burdy przez Anglików, wobec organizacyjnego, technicznego i psychologicznego braku przygotowania polskiej policji (co pokazały jej działania podczas demonstracji w ciągu ostatniego roku) spowodowałoby dużo większe wizerunkowe straty Wielkiej Brytanii, niż te spowodowane propagandowym zniesławiającym filmem.

Natomiast jak wyglądała w przeszłości kwestia bezpieczeństwa na stadionach przypomina poniższa tabelka, w której nie znajdziesz Polski, za to wielokrotnie powtarza się lokalizacja stadionu: Anglia, Szkocja czy Kongo.

Data Stadion Mecz Zabici Ranni Przyczyna
5.04.1902 Ibrox Park, Glasgow (Szkocja) Szkocja – Anglia 25 517 Zawalenie się trybuny
9.03.1946 Burnden Park, Bolton (Anglia) Bolton Wanderers – Stoke City 33 400 Zawalenie się muru
24.05.1964 Stadion w Limie (Peru) Eliminacje olimpijskie 318 500 Zamieszki po meczu
23.06.1968 Buenos Aires (Argentyna) River Plate – Boca Juniors 74 150 Panika na stadionie
2.01.1971 Glasgow (Szkocja) Celtic – Rangers 66 140 Zamieszanie na stadionie
17.02.1974 Stadion w Kairze (Egipt) 49 Panika na stadionie
6.12.1976 Port-au-Prince (Haiti) Haiti – Kuba 4 Panika na stadionie
20.10.1982 Moskwa (ZSRR) Spartak – Haarlem 340 Zamieszki po meczu
11.05.1985 Valley Parade, Bradford (Anglia) Bradford City – Lincoln City 56 265 Pożar na stadionie
29.05.1985 Heysel, Bruksela (Belgia) Liverpool – Juventus Turyn 39 400 Zamieszki i panika na stadionie
10.03.1987 Trypolis (Libia) 20 Panika na stadionie
12.03.1988 Katmandu (Nepal) 93 Panika na stadionie
15.04.1989 Sheffield (Anglia) Liverpool – Nottingham Forest 95 Panika na stadionie
13.01.1991 Orkney (RPA) 40 Zamieszki na stadionie
5.05.1992 Bastia (Francja) SC Bastia – Olympique Marsylia 18 2300 Zawalenie się trybuny
16.06.1996 Lusaka (Zambia) Zambia – Sudan 9 78 Tumult po meczu
16.10.1996 Gwatemala Gwatemala – Kostaryka 84 150 Panika na stadionie
6.04.1997 Lagos (Nigeria) 5 Napór kibiców na bramy stadionu
9.07.2000 Harare (Zimbabwe) 13 Panika po meczu, starcia z policją
11.04.2001 Ellis Park, Johannesburg (RPA) Kaizer Chiefs – Orlando Pirates 43 85 Panika na stadionie
29.04.2001 Lubumbaszi (Kongo) 7 50 Panika po meczu, starcia z policją
9.05.2001 Akra (Ghana) 129 Panika po meczu, starcia z policją
26.11.2007 Salvador (Brazylia) Bahia – Vila Nova 8 150 Zawalenie się trybuny
15.09.2008 Butembi (Kongo) 13 35 Zamieszki po meczu
30.03.2009 Abidżan (WKS) WKS – Malawi 22 130 Panika po meczu

Więcej informacji na temat wydarzeń z powyższej tabeli można znaleźć na stronie redlog.pl

A jak wygląda ruch kibiców w Polsce? Chyba faktycznie troszkę inaczej niż w Wielkiej Brytanii. Jednak filmu pokazującego obraz odmienny od tego prezentowanego przez BBC nie zobaczymy w "obiektywnej" BBC. Co więcej, nie zobaczymy go także w polskiej telewizji "publicznej". Można na szczęście jeszcze obejrzeć go w internecie:



W polskojęzycznej telewizji możemy co najwyżej usłyszeć nadzieję, że być może film BBC nas obudzi i zrobimy coś z rasistowskimi zachowaniami przejawiającymi się np. krytykowaniem dziennikarki prezentującej antypolskie fobie w korespondencjach z naszego kraju.

Ja też mam nadzieję że film BBC nas obudzi i zaktywizuje nas do przeciwdziałania polonofobii, która staje się bardzo szybko obowiązująca narracją europejskich mediów.

sobota, 26 maja 2012

Szokujące. Iran ma jakieś prawa!

Znów krzykliwy tytuł: Szokujące. Instytut Lecha Wałęsy publikuje ostro antyizraelską rozmowę z ambasadorem Iranu. "Media są w rękach syjonistów". Przeczytałem całą rozmowę oraz komentarz do niej i dochodzę do wniosku, że to faktycznie szokujące. Szokujący jest poziom agitatorskiego propagandowego języka i całkowity brak obiektywizmu. Zaczynając od samego tytułu, a na komentarzach kończąc. Zupełnie jakby Łukasz Adamski dał nazwisko zupełnie innemu autorowi. Ambasador Iranu broni interesów Iranu! Jakże drastycznie się to różni od postawy polskich dyplomatów! Niewątpliwie należy to potępić! Józef Mackiewicz mawiał, że jedynie prawda jest ciekawa. Smutne jest to, że najwyraźniej dla niewielu.

Wydawało mi się kilka dni temu, że zapisuję oczywistości apelując o umiar w ocenach, o rezygnację z epatowania czytelnika mocnymi słowami, które znieczulają społeczeństwo na komunikaty o faktycznie haniebnym poniżaniu instytucji państwa. Informacje o wywiadzie udzielonym przez irańskiego ambasadora zniszczyły to poczucie oczywistości i utwierdziły w poczuciu własnej naiwności.

Po pierwsze nie rozumiem dlaczego publikacja rozmowy z ambasadorem kraju, z którym mamy normalne dyplomatyczne stosunki może być szokująco niewłaściwa? Czy umożliwienie wypowiedzenia się jednej z zainteresowanych stron międzynarodowej konferencji jest skandalem? Zwłaszcza gdy konferencja dotyczy państwa, które tenże ambasador reprezentuje w naszym kraju? Czy zasada dziennikarskiego obiektywizmu tudzież zainteresowanie wszystkimi stronami sporu nie dotyczy niektórych państw? Nawet jeśli ambasador mówiłby szokująco skandaliczne rzeczy, to można by krytykować polskie czynniki dyplomatyczne za brak reakcji, ale krytykować medium publikujące taką rozmowę? Tylko dlatego, że jest powiązane z establishmentem? Pytam jako czytelnik prasy, a nie jako dziennikarz, którym nie jestem.

W moim odczuciu komentarz Łukasza Adamskiego jest przejawem niepotrzebnego mieszania spraw z różnych płaszczyzn, co z poszukiwaniem prawdy, czyli jedynej rzeczy która jest ciekawa, nie ma nic wspólnego. Według niego rozmowa z ambasadorem "jest pełna antyżydowskich urojeń i czystego antysemityzmu. Wywiad jest jaskrawym przykładem promowania islamskiego terroryzmu, który jest odpowiedzialny za śmierć setek tysięcy ludzi na całym świecie. Nie jest dla żadnego poważnego komentatora spraw międzynarodowych tajemnicą, że Iran jest obecnie największym zagrożeniem światowego pokoju." Nie będę pisał z czym kojarzy mi się taki język. Dość przywołać, że po ataku na WTC w 2001 roku, irański prezydent Chatami:

"był pierwszym muzułmańskim przywódcą, który potępił zamach, i pierwszym, który wysłał Ameryce kondolencje, otrzymawszy poparcie Najwyższego Przywódcy. Co więcej, irańskie władze, którym zwykle łatwo przychodzi organizowanie antyamerykańskich wieców z nieskończonymi chyba zapasami łatwopalnych amerykańskich flag, pozwoliły na całonocne czuwania przy świecach (bez flag) w Teheranie dla upamiętnienia ofiar zamachów. Pomocny był tu fakt, że za atakami stała Al-Kaida, którą Iran uważa za wroga w takim samym stopniu jak Zachód, a to, że Afganistan wkrótce padł ofiarą amerykańskiego gniewu, było jak dar z niebios, ponieważ, poza partią Baas Saddama Husajna, drugim najbardziej znienawidzonym przez Iran ugrupowaniem są talibowie."

Iran zaatakowany w 1998 roku przez Talibów z Afganistanu powstrzymał się od wypowiedzenia wojny, bo Iran doskonale wie co to jest wojna, po 8 latach walki z Irakiem, wspieranym głównie przez USA, Francję i ZSRR. Sporo innych informacji i przykładów zamieściłem w swojej relacji z lektury publicystycznej książki irańskiego autora. Zachęcam, bo zawsze warto wysłuchać także drugiej strony, choćby to był kat Warszawy. A Iran nim nie jest na pewno.

Już pierwsza "informacja" o wywiadzie okraszona jest komentarzem, jakoby zamiast rozmowy o problemach sporo było w nim "typowo lewicowej propagandy skierowanej przeciw Państwu Izrael". Jeśli jest jakieś podobieństwo do lewicowej propagandy to coraz silniejsze poczucie, że irańska nienawiść do Zachodu ma tyle wspólnego ze stanem faktycznym, co niegdyś imperialistyczne knowania światowych mocarstw wobec pokojowo nastawionego ZSRR.

Czemu ma służyć ta manifestacja antyirańskiej propagandy? Udowodnieniu, że Polacy nie są antysemitami? "Dowaleniu" Lechowi Wałęsie, który od dłuższego czasu kompromituje się kompletnie na każdym kroku? A może chodzi o dorównanie poziomowi intelektualnej kompromitacji?

A gdzie tu polska racja stanu? Może w propagandowej agitce wobec państwa nieustannie szkalowanego na arenie międzynarodowej? Polacy, którzy powoli ale konsekwentnie są obarczani winą za Holokaust, a przynajmniej za współudział, są wyjątkowo wyczuleni na wszelkie przejawy niesprawiedliwości. Chodzi o to by ich zdenerwować? Sprowokować do antysemickich polemik?

Iran niewątpliwie niejedno ma za uszami. I należy krytykować go za łamanie praw człowieka. Podobnie jak Rosję za polityczne zabójstwa dziennikarzy i eksterminację ludności na Kaukazie. Podobnie jak USA za organizowanie zamachów stanu w Ameryce Południowej i Środkowej. Podobnie jak wiele innych państw nie wyłączając Izraela, który także nie pozbawiony jest licznych paradoksów. Państwo żydowskie stara się pamiętać o polskich bohaterach, mających w Yad Vashem największą liczbę drzewek sprawiedliwych, ale też jednocześnie organizuje swojej młodzieży kontrowersyjne edukacyjne wycieczki do Polski.

Jednostronne spojrzenie, mieszanie spraw krajowych i środkowo-azjatyckich, schematyczne szufladkowanie – to wszystko na pewno nie służy prawdzie, porozumieniu i zgodzie. Metoda ta, oprócz tego, że wywołuje krótkotrwały efekt i długotrwałą frustrację, przede wszystkim niszczy wiarygodność.

poniedziałek, 14 maja 2012

Kongres Mediów Niezależnych - głos uzupełniający

Na sobotnim Kongresie Mediów Niezależnych Jerzy Jachowicz słusznie zaapelował o konstruktywną pracę pozytywną. Podnosiło ten temat także kilka innych osób przemawiających na Kongresie. Idea ta wraca także w prywatnych rozmowach w wielu polskich domach. Charakterystyczne jest przy tym, że poprzestaje się na niewiele mówiących ogólnikach. Co to znaczy „praca pozytywna”? Co to znaczy „jałowe spory”? Dlaczego piętnowanie chamstwa nie jest konstruktywne? Warto w takich przypadkach odwoływać się do konkretnych przykładów.

Panuje dość szeroka zgoda co do diagnozy dzisiejszej rzeczywistości, w której króluje nihilistyczna indolencja zarówno instytucji władzy, jak i instytucji powołanych do kontrolowania tejże władzy. Taki stan mętnej aksjologicznie wody jest idealnym środowiskiem dla wędkarzy dusz, które nie są w stanie dostrzec, jak spomiędzy nich jedna po drugiej wyciągana jest wprost do siatki systemowego odławiacza. Pływamy sobie w poszczególnych stawach, nie zdając sobie sprawy, że stawy przedzielone są groblami, a nasza wolność w obrębie mętnego stawu jest platońsko czystą jaskiniową iluzją.

1. Węzły

Świetnie, ale gdzie są te punkty węzłowe służące systemowej kontroli? W mętnym środowisku trudno cokolwiek dostrzec, ale to wcale nie znaczy że nie warto próbować. Tym bardziej, gdy w obliczu szybko zmieniających się reguł, mało kto pamięta nie tylko jak powinny działać poszczególne elementy systemu i do czego one w ogóle służą. Zatem na początek kilka oczywistości.

A. Władza

Zgodnie z konstytucją władza w Polsce należy do Narodu. Władza jest sprawowana za pośrednictwem wybranych przedstawicieli (np. Prezydent, Sejm, Senat) lub bezpośrednio (referendum). Przedstawiciele Narodu zatrudniają urzędników państwowych, którzy pracują w państwowych instytucjach w imieniu i przede wszystkim na rzecz Narodu. Premiera, prezesa instytucji państwowej, generała mianuje przedstawiciel Narodu, a każdy pracownik państwowej instytucji odpowiedzialny jest, za pośrednictwem często tasiemcowo długiego łańcucha podległości, przed Narodem. Warto to sobie uświadomić. Szeregowy pracownik państwowej instytucji, dajmy na to sprzątaczka w Agencji Rządowej, zaniedbując swoje obowiązki, nie tylko naraża na szwank zdrowie jakiegoś innego pracownika biurowego, ale naraża na szwank funkcjonowanie państwa, przez co działa na szkodę całego Narodu.

Oczywiście, że skala szkody i jej konsekwencje są skrajnie różne w przypadku sprzątaczki w ministerstwie i prezesa państwowej spółki, ale warto być świadomym, że za tasiemcowo długim pośrednictwem każdy pracownik budżetówki pracuje na rzecz, albo na szkodę Narodu.

(Dlatego wymiana urzędników z powodów politycznych nie jest sama w sobie zła. Trzeba zawsze zapytać jak wyglądają efekty tej wymiany? Czy kompetencja starego urzędnika została zrównoważona oddaniem i patriotyzmem nowego? Tego nie da się stwierdzić na drugi dzień po nominacji. Ale też nie jest niemożliwa ocena dokonań po upływie jakiegoś czasu, np. jednej kadencji)

B. Dziennikarze

Ktoś musi przedstawicielom Narodu patrzeć na ręce i sprawdzać, czy działają oni zgodnie z interesami Narodu, czy zgodnie ze swoimi prywatnymi interesami. Interesy Narodu są trudno definiowalne i uchwytne, są one efektem z trudem wypracowanego przez przedstawicieli konsensusu politycznego, trudno więc znaleźć czytelne wskaźniki działania zgodnie z nimi. (Czasem jest to jednak dosyć proste, np. gdy vicepremier polskiego rządu wynegocjowuje najwyższą w Europie cenę gazu to jest działanie ewidentnie na szkodę interesów państwa.) Dużo łatwiej natomiast wychwycić działanie na rzecz interesu prywatnego. Dlatego działalność dziennikarzy skupia się w większości przypadków na ujawnianiu osobistych korzyści odnoszonych przez państwowych urzędników, w trakcie pełnienia przez nich swoich funkcji. To jest właśnie kontrolna funkcja dziennikarza. Informować o nadużyciach funkcjonariuszy państwowych, którzy powinni działać w interesie Narodu, a działają w swoim własnym.

Całkowicie pomijam tu inne funkcje dziennikarzy, bo przecież nie o nich jest ten tekst. Niemniej warto zdawać sobie sprawę, że funkcjonariusz państwowy, z racji swoich uprawnień i przynależności organizacyjnej do potężnej kasty urzędników, ma kolosalną instytucjonalną i nieformalną przewagę nad dziennikarzem. Nawet największa redakcja zatrudnia dużo mniej ludzi i o dużo mniejszym zróżnicowaniu kompetencyjnym, niż aparat państwowy. W przypadku małych regionalnych nieregularników albo wręcz samodzielnych dziennikarskich wolnych strzelców ta przewaga jest bezdyskusyjna. Dlatego dziennikarz podlega określonej ochronie i posiada szereg przywilejów, których nie ma „zwykły” szary obywatel z ulicy.

C. Sądownictwo

Dziennikarz, podobnie jak państwowy urzędnik, też człowiek i czasem zdarza się, że zamiast pilnować władzę, dziennikarz publicznie załatwia jakieś swoje prywatne porachunki. Czasem są to porachunki biznesowe, czasem ideologiczne. W takich przypadkach musi jakaś trzecia strona rozstrzygnąć spór, czy ujawniona informacja jest manipulacyjną konfabulacją lub kłamstwem, czy dobrze udokumentowaną prawdą. Taką instytucją rozstrzygającą jest oczywiście sąd. Sąd jest również instytucją, która może definitywnie potwierdzić lub zaprzeczyć dziennikarskim spekulacjom i doniesieniom.

W sprawnie zorganizowanym państwie, gdzie wszyscy obywatele poważnie podchodzą do wspólnej przestrzeni, w której się poruszają, prokuratura na sygnał obywatela (czasem jest to zwykły obywatel, czasem dziennikarz, a czasem spostrzegawczy prokurator z urzędu) wszczyna śledztwo, zaś sąd wydaje wyrok uniemożliwiając nierzetelnemu urzędnikowi dalsze działanie na szkodę państwa wraz z ewentualnym naprawieniem dotychczas wyrządzonych szkód. To samo dotyczy oczywiście nierzetelnego dziennikarza oraz każdego innego szarego obywatela, który popełnia przestępstwo.

D. Służby specjalne

Zdarza się, że obce państwa, albo wewnętrzne rodzime organizacje mafijne tak rozbudowują swoje organizacje, że normalne państwowe procedury tracą możliwość przeciwdziałania pozornej niekompetencji i nierzetelności. Pozornej, bo w istocie są to działania celowo dywersyjne, zmierzające do uniemożliwienia funkcjonowania całej organizacji państwa. Gdy urzędnicy działają w interesie nie Narodu tylko własnych organizacji mafijnych, gdy dziennikarze zamiast patrzeć władzy na ręce pilnują szczelności informacyjnej, zagłuszając każde doniesienie o nieprawidłowościach, gdy sądy skazują wygłaszających niepoprawne opinie poetów uniewinniając ewidentnych przestępców – wtedy obywatele nie wiedzą co się dzieje, tracą rozeznanie i żyją w mętnej aksjologicznie wodzie, w której... wiadomo.

Aby nie dopuścić do takiej sytuacji istnieją tzw. służby specjalne. Mają one na celu rozpoznanie zagrożeń na zewnątrz państwa, czyli wiedzieć, które państwo jest nastawione wrogo, a które przyjaźnie, komu zależy na współpracy, a komu na konflikcie, w przypadku państw wrogich wiedzieć jak najwięcej o agresywnych planach dotyczących własnego państwa. Drugim obszarem działania służb specjalnych są zagrożenia wewnętrzne. Skorumpowani urzędnicy, agenci wynoszący tajne informacje na zewnątrz, ale też najtrudniejsza kategoria zagrożenia – agenci wpływu destabilizujący funkcjonowanie państwa poprzez wprowadzanie zamętu aksjologicznego.

Nie chodzi tu o to, by takich ludzi wyłączyć całkowicie, wydalając ich np. z kraju albo wsadzając do więzienia. Chodzi przede wszystkim o ich lokalizację i odseparowanie od struktur organizacyjnych państwa. Niech skorumpowany sędzia zajmie się pisaniem wspomnień. Niech agresywny polityk zajmie się sadzeniem buraków. Niech kłamliwy dziennikarz zajmie się zwiedzaniem świata i handlem zegarkami. Są zawody zaufania publicznego, w których oprócz kompetencji niezbędne jest posiadanie pewnych walorów etycznych, które manifestują się zwyczajną ludzką uczciwością. Jeśli ktoś zdradził raz, może to zrobić i drugi raz. Dlatego nie zatrudnia się pedofila w przedszkolu, dlatego nie zatrudnia się złodzieja w policji.

Tyle prostego przypomnienia oczywistości. Jak to się ma do konstruktywnej pracy dziennikarza?

2. Kontrola

Dominującym zjawiskiem w pracy dziennikarzy reżimowych jest coś, co w czasach PRL było nazywane mowa trawa. Faluje, wraca, kołysze się, ale nic z tego nie wynika. Przelewa się z pustego w próżne woda słów komentujących słowa. Nie ma rozmowy o działaniach, nie ma komentowania znaczenia faktów, są niekończące się łańcuchy komentarzy do komentarzy. Dobrym przykładem jest rozmowa Beaty Michniewicz z Jarosławem Gowinem w radiowej Trójce:

BM: czy chce pan zostać prezydentem?
JG: (dość długa przepychanka między dziennikarką a politykiem, w końcu przyciśnięty Gowin odpowiada:) nie jest realne aby w Polsce był prezydentem polityk o moich poglądach
BM: ale ja pytam o prezydenta Krakowa?
JG: yyyy… na razie jestem ministrem sprawiedliwości.
BM: a czemu służą spotkania z innymi politykami? (Tu następuje dyskutowanie o dyskutowaniu o książkach z Kowalem i tak się to toczy niemal do końca programu)

Żadnych pytań o dokonania, żadnych próśb skomentowania konkretnych decyzji, żadnych próśb sprecyzowania najbliższych zamierzeń. Po co? Trzeba by się przygotować, a następnie za jakiś czas rozliczyć z uzyskanych odpowiedzi? Przecież nie trzeba tego robić, bo i tak nikt z przełożonych tego nie oczekuje. To tym bardziej po co się wysilać, gdy za wysiłek można skończyć jak Michał Karnowski albo Krzysztof Skowroński?

Zbyt dociekliwych dziennikarzy, zbyt zjadliwych satyryków, albo zbyt radykalnych poetów pozywa się do sądów, za rzekome szkalowanie firm i instytucji. Sędziowie, którzy w swoich szeregach tolerują ludzi wydających wyroki śmierci na walczących z hitlerowcami żołnierzy Armii Krajowej i nie chcą zgodzić się na ich sądzenie, dzisiaj wydają wyroki takie, jakie pasują władzy, która z tolerancji, czy wręcz z miłości do przestępców uczyniła swoje wyborcze hasło. Prokurator lub sędzia, który jest zbyt uczciwy, w najlepszym razie kończy jak Andrzej Witkowski, którego po prostu odsunięto od sprawy zabójstwa ks. Popiełuszki.

Osłona kontrwywiadowcza zamiast ochraniać Naród przed wewnętrzną i zewnętrzną agenturą, przed szantażowaniem kluczowych osób w Państwie, ochrania te kluczowe punkty węzłowe systemu przed osobami o osobowości nakierowanej na służbę Narodowi.

Trudno się dziwić szeregowym dziennikarzom, którzy próbują wiązać koniec z końcem jak każdy inny obywatel, z niewolniczą pętlą ubezwłasnowolnienia kredytowego, że widząc od środka cały skomplikowany mechanizm, uciekają w hipokryzję i z tym większą gorliwością przekonują sami siebie, że światem rządzą zdrowe i demokratyczne zasady, im mniej w to wierzą. To samo się dzieje z obywatelami, prostymi ludźmi, którzy są dużo mądrzejsi niż się to wydaje redaktorowi Lisowi i widząc co się dzieje, także próbują zakrzyczeć swój wewnętrzny skowyt, afirmując obezwładniająco ubezwłasnowolniającą rzeczywistość.

3. Obszar działania

Czy jest wyjście z tej matni sieciowego współuzależnienia? Oczywiście. Przykład Muhammada Junusa z Bangladeszu pokazuje, że jest wyjście nawet z najbardziej beznadziejnej sytuacji. Ten przykład nie pokazuje metody, tylko jest dowodem na możliwość. Metoda musi być dostosowana do naszych warunków.

Czy jako obywatele mamy jakikolwiek wpływ na polityków? Nie mamy. Przewaga w postaci specjalistycznej wiedzy socjotechnicznej jest nie do przeskoczenia. Politycy precyzyjnie sterują naszymi emocjami, a nawet tematami naszych rozmów. Ile osób rozmawiało w ostatni weekend o przegłosowaniu podwyższenia wieku emerytalnego? A ile osób zawzięcie dyskutowało o chamstwie Palikota i Niesiołowskiego? No właśnie.

Czy jako obywatele mamy jakiś wpływ na sądownictwo? Nie mamy. Skoro oni nie chcą sami oczyścić swoich szeregów z sądowych morderców i ewidentnych przestępców, to my tym bardziej tego nie zrobimy. Cokolwiek z sądownictwem mogą zrobić jedynie nasi przedstawiciele, a na tych obecnych wpływu też nie mamy, więc…

Podobnie ze służbami specjalnymi. Ich budowa od podstaw, zaangażowanie zupełnie nowych ludzi, którzy mają propaństwową postawę etyczną powinna być pierwszorzędnym celem każdej formacji, która za cel stawia sobie polską niepodległość. Ale na funkcjonowanie tychże służb bezpośredniego wpływu na pewno nie mamy.

Czy jest sens angażować swoją energię w komentowanie spraw na które nie mamy wpływu? Nie ma sensu. Sprzątaczka powinna sprzątać, urzędnik w okienku powinien obsługiwać petentów, a dziennikarz powinien… no właśnie, co powinien dziennikarz, aby państwo wróciło do Narodu?

4. Propozycja

Konsekwencja. Nie odpuszczajmy tematów. Mam wrażenie, że w dziennikarstwie obowiązuje dziwna zasada nie wracania do kiedyś podjętych tematów. Od kilku dziennikarzy słyszałem w różnych sprawach: jak to nie chcę o tym pisać, przecież napisałem artykuł dwa lata temu na dwie kolumny! Są pewne sprawy, które ewidentnie powinny zakończyć się zupełnie konkretnymi konsekwencjami dla konkretnych osób. Jeśli odkryłeś taki przypadek nie odpuszczaj go. Jeśli nie jesteś w stanie pociągnąć tej sprawy, jest trochę stowarzyszeń, które takimi sprawami się zajmują. Ty możesz pilnować toku i informować o postępach. Raz na kilka miesięcy, ale zawsze podając przybliżony termin następnej rozprawy.

Niech opisywane podmioty wiedzą, że jeśli raz ktoś się nimi zainteresował, to nie ma przebacz. Albo szybko oczyszczą się z zarzutów momentalnie reagując na nieprawidłowości, albo środowisko dziennikarskie już nie odpuści, dopóki sprawa nie zostanie zamknięta. Siła parlamentarnego zespołu kierowanego przez Antoniego Macierewicza polega w głównej mierze na konsekwencji jego działania.

Minimalizacja ocen, maksymalizacja informacji. Zaufajmy inteligencji czytelnika. Dużo lepszy efekt przynosi informacja o tym co się wydarzyło i jakie zasady czy przepisy zostały złamane, niż epatowanie oceniającymi wykrzyknikami. Dobrym przykładem są dwa pierwsze oświadczenia Kongresu Mediów Niezależnych w sprawie decyzji KRRiT dyskryminującej TV Trwam oraz w sprawie zachowania posła Stefana Niesiołowskiego wobec red. Ewy Stankiewicz, w którym znalazła się kluczowa dla oceny sytuacji informacja, że "poseł nie ma prawa odmówić wypowiedzi dziennikarzowi, jeśli znajduje się w miejscu publicznym".

Faktycznie nastąpiła dewaluacja pojęć w rodzaju „skandal”, „hańba” i wiele innych. Na pozbawionych honoru ludziach nie robi to absolutnie żadnego wrażenia, a społeczeństwo znieczula się na komunikaty o faktycznie haniebnym poniżaniu instytucji państwa. To znieczulenie jest jednym z celów chamskich prowokacji, bo dzięki niemu możemy ciągle spierać się z różnymi ignorantami czy Jaruzelski faktycznie może nas uchronił przed III wojną światową, albo dlaczego Kiszczak jest człowiekiem honoru, albo czy Kukliński jest zdrajcą czy nie, albo czy Niesiołowski pobił dziennikarkę czy się bronił. (Równie dobrze można by się spierać, czy Hitler napadł w 1939 roku na Polskę, czy też może raczej bronił Niemców przed polską agresją, którą Polacy zaczęli w Gliwicach? Albo czy ZSRR napadło 17 września 1939 na Polskę, czy wziął w obronę ludność białoruską, ukraińską i litewską?)

5. Zakończenie

Na Kongresie Mediów Niezależnych, ze strony portalu Blogmedia24.pl, padła wstępnie przyjęta propozycja utworzenia portalu zbierającego informacje z różnych medialnych źródeł. Gdyby się powiodło utworzenie żywego portalu z bazą spraw, takiego agregatora informacyjnego, być może byłby to zalążek, namiastka niezależnego serwisu informacyjnego, z którego mogłyby czerpać wszystkie media naprawdę niezależne, czyli propaństwowe.

Jak na razie inicjatywa powołania przez PiS Biura Interwencji i Monitoringu nie zaowocowała żadnymi ogólnodostępnymi informacjami na temat jego działalności, a szkoda. Jeśli uda się zakończyć kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt spraw, jeśli ludzie zobaczą, że nie zawsze trzeba w sądzie przegrać, że istnieje wsparcie, wtedy zostanie przełamana ta demoralizująca i obezwładniająca aura obywatelskiej niemocy. Chcieć to móc. Głową muru nie przebijesz, ale razem można zbudować taran.

Jako obywatel, czytelnik prasy, chętnie bym przeczytał o dzisiejszym stanie sprawy uderzenia w twarz i kamerę Ryszarda Szołtysika przez współpracownika Lecha Wałęsy - Piotra Gulczyńskiego (prezesa Instytutu im. Lecha Wałęsy) po rozprawie Grzegorz Braun kontra Lecha Wałęsa w Sądzie Rejonowym w Warszawie. Chętnie bym się dowiedział jak w końcu zakończyła się sprawa Piotra Staruchowicza, sprawa skopania Daniela Kloca przez policjanta Andrzeja Czajkę i wielu innych przypadków, których zakończenia nie mogę się doszukać. (Może ktoś z czytelników pomoże?)

Nic tak nie demoralizuje jak bezkarność przestępców. Wszelkie socjologiczne badania pokazują że najskuteczniejszym czynnikiem odstraszającym przestępców nie jest wcale wysokość kary, lecz jej nieuchronność. Jeśli przekraczający swoje uprawnienia albo niedopełniający obowiązków policjanci będą pociągani do odpowiedzialności, jeśli sprzeniewierzający się sprawiedliwości sędziowie będą nękani publikowaniem ich życiorysów, jeśli kłamiący dziennikarze będą płacić jakąkolwiek cenę za swoje kłamstwa – wtedy uruchomiona zostanie lawina, która zmiecie z powierzchni życia publicznego całe społeczne przyzwolenie na niegodziwość. Ale do tego czeka nas długa droga. Ale każda wielka podróż zaczyna się od pierwszego kroku.

Informacja o naszych prawach i obowiązkach oraz konsekwencja w działaniu – to dwie szyny tego samego toru, po którym dojedziemy do Wolnej Polski!

piątek, 27 stycznia 2012

Czy Rzeczy Wspólne są lewackie?

Banałem już jest stwierdzenie, że polityka stała się domeną osób myślących nie w kategoriach Dobra Wspólnego, lecz w kategoriach biznesowych. Warto jednak nieustannie próbować definiować to zjawisko, aby kiedyś w końcu może uchwycić istotę problemu. Wszelkie działania polityków mają dziś charakter reklamowo-propagandowy, zaś motywacją tych działań jest biznesowa kalkulacja opłacalności. Kapitałem niekoniecznie jednak są pieniądze, a tzw. społeczne poparcie, które jak wiadomo jest dosyć emocjonalne i bardzo mobilne. Profesjonalizacja doradców idzie zatem w kierunku metod sterowania fluktuacją tych nastrojów w odpowiednią stronę. Jeśli na przykład sprowokujemy do przyjęcia przepisów, które wzbudzą społeczny protest, to nasi przeciwnicy najpierw polegną pod naporem ulicy, a następnie odwrócona ulica skieruje się być może do nas. Ale kombinacje operacyjne już dawno opuściły przedszkole i wraz z rozwojem wiedzy stają się - niczym bijące kolejne rekordy wysokości wieżowce - coraz bardziej piętrowe. Dzisiejsze protesty pozwolą odwrócić uwagę od przeprowadzenia znacznie poważniejszych zapisów, na które nikt nie zwróci uwagi. Protestującym rzuci się ofiarnego kozła, może nawet pozwoli na zmianę rządzącej formacji, by dać im ułudę własnej sprawczości oraz realności konstytucyjnego zapisu o tym, że władza należy do Narodu.

System społeczno-biznesowych naczyń połączonych działa sprawnie. Poparcie mierzone jest przez sondażownie, których warsztat pozwala na wyprodukowanie wyniku podkręconego w odpowiednią stronę, w sposób nie do podważenia przez niezależnych kontrolerów. Sondaże zamawiane i publikowane są w mediach, które teoretycznie są tubą dla tzw. opinii społecznej. Praca polityków z wyborcami ogranicza się zatem do utrzymywania przyjaznych stosunków z ludźmi mediów. Media, instytuty, sprofesjonalizowane partie polityczne – wszystko działa jak sprawnie zarządzane korporacje, od których tak naprawdę różnią się tylko nazwą . W tym pankorporacjonizmie nawet opinia publiczna, nawet uliczne protesty, są od dawna elementem systemu biznesowej walki o udziały w rynku.

W tej sytuacji nie tylko parlamenty, ale nawet uniwersytety przestały być miejscem intelektualnej debaty i filozoficznych poszukiwań definicji trafnie opisujących rzeczywistość. Prawda przestała mieć znaczenie nie dlatego, że jest dla mniej lub bardziej nieokreślonych sił niewygodna, tylko dlatego, że jeśli nie przynosi zysków to jest po prostu niepotrzebna! Jestem przekonany, że jeśli zabraknie naukowców badających dorobek Mickiewicza, jeśli przestaniemy robić badania archeologiczne na terenie infrastrukturalnych inwestycji, jeśli znikną prace magisterskie o filozoficznych koncepcjach Spinozy, to nie dlatego, że ktoś odgórnie zakaże upowszechniania niebezpiecznych idei, tylko dlatego, że wyniki tych badań nie będą w stanie przynieść natychmiastowych wymiernych korzyści.

Musze przyznać, że zaskoczył mnie tekst Piotra Zaremby. Ten jeden z nielicznych tak naprawdę autorów starających się docierać do sedna, potraktował rzeczywistość zgodnie z obowiązującymi obecnie standardami. Piotr Zaremba piętnując ekstremizm sam popadł w ekstremizm, używając standardowych chwytów oddalających czytelnika od sensu oraz istoty analizowanych spraw. Okazuje się bowiem, że większe znaczenie ma dziwność koalicji Warzechy i Żakowskiego niż treść ich tekstów. Sensowny tekst Jacka Żakowskiego nie został potraktowany, jak na to zasługuje, jako klasyczna próba legitymizacji manipulacyjnej publicystyki tego autora, lecz jako próbę przemycenia lewackich idei. Zastanawiam się w tym momencie czy publicystyka Fundacji Republikańskiej też jest kryptolewacka, bo traktuje o Rzeczach Wspólnych? Ta karygodna zbieżność opinii Warzechy z politrukiem Żakowskim jest chyba przyczyną sprowadzenia z kolei opinii Warzechy do absurdu zaleceniem, aby pisał „anonimowo swoje teksty. A co ważniejsze, niech nie żąda za nie w żadnej redakcji zapłaty. Bo z jakiego tytułu?”

Ani Żakowski nie jest sojusznikiem Warzechy, ani odwrotnie, tylko dlatego, że jest jakiś temat, o którym obaj maja podobne zdanie. Zgoda z akcentowaniem finansjalizacji rzeczywistości nie musi oznaczać wsparcia dla idei komunistycznych, podobnie jak brak zgody na ACTA nie musi oznaczać akceptacji krzyża w przestrzeni publicznej przez Krytykę Polityczną. Czy Wojciech Cejrowski przez swój tekst o zagrożeniu płynącym ze strony ACTA stał się sojusznikiem Krytyki Politycznej i reszty lewaków?

Trzeba zauważyć, że obecnie prawa autorskie zaczynają coraz bardziej służyć kneblowaniu kultury i wolności słowa. Jakiś czas temu furorę robił kolaż z audycji publicystycznych, w których Monika Olejnik w kilku programach ordynarnie kłamała swoim gościom, jakoby Marek Migalski uzależniał jakąś decyzje PiS od konwersyjnej decyzji Jerzego Buzka. Okazało się, że wypowiedź Migalskiego była kpiną z prowadzącego, który w klasyczny sposób sprowadzał inną sprawę do absurdu. Nie znajdziemy dzisiaj w sieci ani tego filmu, ani żadnej innej wersji podobnego zestawienia. Stacje telewizyjne skutecznie zablokowały dostęp obywateli do kompromitujących informacji, używając do tego właśnie prawa autorskiego.

Jeszcze popularniejsze w internecie były swego czasu satyryczne przeróbki jednego krótkiego fragmentu niemieckiego filmu pt. Upadek. Filmu, który jest kamieniem milowym na drodze do zdjęcia z Niemiec odpowiedzialności za wywołanie drugiej wojny światowej. Hitler jest w nim przedstawiony jako szaleniec, otoczony garstką innych psychopatów, którzy porządnych Niemców doprowadzili do nieszczęścia. René Pollesch, niemiecki reżyser teatralny uważany za lewaka, powiedział kiedyś w wywiadzie dla Rzeczpospolitej, że „Poczynając od filmu "Upadek" o Adolfie Hitlerze, historia w Niemczech jest pisana na nowo. Obawiam się, że Niemcy będą chcieli, by Polacy ich przeprosili za II wojnę światową. Jestem tym oburzony.” Czy przeróbki filmowego fragmentu odbierały mu widzów? Raczej napędzały, bo (nomen omen) rzesza widzów pragnących obejrzeć oryginał rosła. A może chodziło o coś innego? Może chodziło o zapobieżenie neutralizacji wymowy filmu poprzez sprowadzenie go do groteski? Znowu prawa autorskie zostały użyte do kneblowania swobody wypowiedzi zamiast do zabezpieczenia zysków.

Lawrence Lessig na swoim wykładzie w ramach TED w 2007 roku powiedział między innymi:

Po obu stronach barykady przybywa ekstremistów w odpowiedzi na konflikt pomiędzy prawem a użyciem technologii. Jedna strona tworzy technologie, jak ta ogłoszona niedawno, która pozwoli automatycznie usuwać ze stron takich jak YouTube wszystko, co zawiera treści chronione prawami autorskimi, bez względu na to, w jakim celu zostały użyte. A z drugiej strony wśród naszych dzieci narasta lekceważenie praw autorskich. Pokolenie, które neguje sensowność praw autorskich, odrzuca je i uważa, że prawo to osioł, którego należy ignorować i zwalczać przy każdej okazji. Ekstremizm z jednej strony prowadzi do ekstremizmu z drugiej (już dawno powinniśmy byli się tego nauczyć), a żadna ze stron nie ma racji. Ja domagam się równowagi i jak każdy dobry liberał zwracam się w tej sprawie do rządu. Pudło, prawda? [...] Nie ma dziś domeny publicznej, z której moglibyśmy czerpać, potrzebujemy więc dwóch zmian: po pierwsze, twórcy muszą zaakceptować ten pomysł i pozwolić, by ich dzieła były ogólnodostępne. Na przykład pod warunkiem, że wolno z nich korzystać w celach niekomercyjnych. Amatorskich, ale nie w komercyjnych. Po drugie firmy, które już wspierają kulturę odczytu i zapisu, muszą wykorzystać tę szansę, umożliwić rozwój ekologii wolnych treści na neutralnej platformie, gdzie mniej i bardziej wolne formy będą mogły konkurować ze sobą. A dzięki rodzącym się z tej konkurencji pomysłom obie strony mogą się wiele od siebie nauczyć.

Obecne manifestacje przeciwko ACTA niewątpliwie są przejawem znacznie głębszej gry operacyjnej na wielu różnych poziomach. Sposób relacjonowania protestów przez media, które w końcu zauważają kilkutysięczne demonstracje, choć wcześniej potrafiły przeoczyć kilkudziesięciotysięczne demonstracje niepodległościowe, nie wzbudza zaufania. Jednak nie potrafię znaleźć akceptacji dla doszukiwania się lewackości w każdej wspólnotowej idei, tylko dlatego, że podobne opinie akurat koniunkturalnie wypowiadają funkcjonariusze ośrodków postkomunistycznej propagandy. Zamiast przybliżać bowiem, oddala nas to od istoty niewątpliwie bardzo złożonych problemów.

czwartek, 6 października 2011

Nie dziś to jutro

Jestem spokojny. Wracając z wakacji zajrzałem do leżącej na stoliku przydrożnego baru Gazety Wyborczej przyciągnięty wizerunkiem milczącego od jakiegoś czasu Adama Michnika. Przeczytałem jego odezwę do światłego narodu i na mej twarzy pojawił się uśmiech. Zawsze odczuwam dziwny dreszczyk przyjemności, gdy literatura realizuje się na moich oczach. A przecież tyle napisano o dzieciach rewolucji pożeranych przez nią samą, tyle napisano o Folwarku Zwierzęcym i co? I dalej dzieje się to samo w zamkniętym kole ludzkich mechanizmów. Adam Michnik wchodzący w skórę Jerzego Urbana rozbraja i cieszy. Cieszy, bo tylko kłamstwo posunięte poza granice absurdu ma szansę się samo zdemaskować. A zdemaskowane kłamstwo traci swoją moc oddziaływania. Zdemaskowanemu kłamcy już nikt nie wierzy. Nikt poza innymi świniami, które weszły na fotele ludzi i spełniają się w paleniu cygar i popijaniu burbona.

Tekst Adama Michnika politycznie jest aż tak absurdalny, że nawet nie wymaga polemiki. Oskarżanie dwuletnich rządów ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego o porażkę czteroletnich rządów Donalda Tuska jest zabawne nawet dla zwolenników tego ostatniego. Apelowanie o udział w wyborach, bo ich bojkot może doprowadzić do władzy ludzi, którzy... no właśnie, to jest ciekawe nawet z czysto psychologicznego punktu widzenia. Ten tekst, przy odrobinie woli, mógłby być pretekstem do niejednego procesu sądowego. Czytamy między innymi: "tych ludzi przyłapano na wielu kłamstwach, gdy przegrywali kolejne procesy sądowe" - a ja szukam jakiegoś procesu Antoniego Macierewicza, który byłby przegrany w ostatniej instancji. I nie znajduję. Na temat przegranych procesów Michnika można znaleźć sporo informacji w internecie. Dalej: "ci ludzie zmieniali w ciągu jednej nocy ustawy, by przeobrażać media publiczne w instrument własnej propagandy" - czy Michnik ma na myśli nocne głosowanie nad zmianą ustawy o dostępie do informacji publicznej? I na koniec: "ci ludzie ogłosili Lecha Wałęsę agentem komunistycznej bezpieki" - czy agentem się zostaje przez ogłoszenie? Czy przez podpisanie zobowiązania współpracy i dostarczanie przez długi czas różnych informacji? Michnik zaprzecza dokumentom zgromadzonym w IPN? Ach, zapomniałem o wyroku sądowym na Waszczykowskiego, w którym sąd stwierdził, że dokumenty zgromadzone w IPN są nieprawdziwe ;-)

Takie oderwanie od rzeczywistości, abstrahowanie od faktów, świadczyć może tylko o tym poziomie zatrucia organizmu, który nie pozwala już tego ukryć. Jeden kieliszek, dwa - można udawać że się nic nie piło, ale nawet największy twardziel nie jest w stanie ukryć alkoholowego upojenia po wypiciu duszkiem pół litra wódki. Ten przypadek mamy właśnie u Michnika, Lisa i Gugały. Lis w rozmowie z Kaczyńskim był merytorycznie nieprzygotowany, przekroczył granice dobrego wychowania, ale generalnie udało mu się nie stracić panowania nad sobą. Gugała zaś, podczas rozmowy z Hofmanem, dostarczył widzom naprawdę dużej dawki specyficznej rozrywki.

Gugała nie pozwolił swojemu gościowi odpowiedzieć na żadne ze swoich pytań. Gugała powtarzał zdementowane opinie niemieckiej prasy jako fakty. Rozbawienie gościa wywołane absurdalnym zachowaniem gospodarza rozsierdzało gospodarza coraz bardziej i po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć tego wytrawnego, zawsze opanowanego dziennikarza, w stanie pokazywanym na wycofanym z obiegu sławetnym spocie Platformy Obywatelskiej. Coraz bardziej trzęsący się głos, coraz bardziej podniesiony, coraz głośniejszy... Miałem wrażenie, że raptowne zakończenie programu jest spowodowane uświadomieniem sobie przez prowadzącego, że zaraz nie wytrzyma i rzuci w gościa szklanką albo czym innym. Zaiste cudowny pokaz profesjonalizmu, obiektywizmu i niezależności ;-)

Wszystkie te drobne skądinąd zdarzenia układają się w całość, która sprawia, że czuję się spokojny. Ci ludzie czują, że grunt pali im się pod nogami, że już nie ma ratunku, że czas bezbolesnej i bezkarnej spokojnej manipulacji się kończy. Jak pokazuje przykład węgierski zmiany nie są nierealne. W sytuacji gdy coraz więcej ludzi wyrzuca telewizor i odstawia jedynie słuszne gazety, wpływ propagandy maleje. Wielkie tuzy pseudodziennikarstwa zaczynają przejawiać objawy syndromu bankruta: nadmierna konsumpcja mająca przesłonić niewygodną rzeczywistość. Już nie liczy się przyszłość, renoma, honor, bo przyszłości już nie ma. Można sobie pozwolić na szaleństwo, przynajmniej ostatnią chwilę przyjemności: zwymyślać Kaczyńskiego na czołówce, nakrzyczeć na gościa na wizji, napawać się pogardą.

Zawsze jest szansa na realną zmianę, na przywrócenie pojęciom ich znaczeń, na rozliczenie prawdziwych bandytów, na restaurację uczciwości, na uwolnienie energii stłamszonej absurdalnymi przepisami i postkolonialną mentalnością. Decyzja zależy od nas. Do nas należy wybór. Oni, bankruci, to wiedzą. Dlatego tak się denerwują. Ja też to wiem. I dlatego jestem spokojny.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Szanowny Panie Piotrze - mi też jest niezmiernie miło ;-)

Tekst jest odpowiedzią na tekst Piotra Zaremby na portalu wPolityce.pl

Szanowny Panie Piotrze,

Rzeczywiście nazwanie mojego tekstu polemiką było nieco na wyrost i mogło wprowadzać pewne zamieszanie. Zamiast polemiki jest w nim rozwinięcie różnych tez i poszukiwanie alternatywnych diagnoz dotyczących przyczyn obecnego stanu rzeczy. Bardzo powierzchownie poruszyłem tematy z wielu różnych bajek i wyszedł rzeczywiście galimatias. Nie miałem także zamiaru pisać personalnie, dzieląc się jedynie przemyśleniami natury ogólnej. Biorąc zaś sobie do serca komentarze pod moim tekstem postaram się streszczać.

W moim odczuciu dyskusja o tym, które zdanie polemista opacznie zrozumiał byłaby jałowa i tym bardziej mało zrozumiała dla Czytelnika. Zatem nie krusząc kopii o szczegóły chciałbym jedynie skonstatować, że zgadzamy się co do faktów, tzn. fotografii stanu obecnego. Tabloidyzacja mediów, przejmowanie przez głównonurtowe tytuły poetyki i stylistyki blogosfery – to są fakty niezaprzeczalne. I jednoznacznie negatywne w ocenie. Zgadzam się również z opinią, że "Profesjonalne gazety są gwarancją kontroli władzy i istnienia opinii publicznej [bo są one] dobrze zorganizowanymi, zasobnymi maszynami." Dodam więcej: mają większą wiarygodność poprzez wypracowaną często latami markę. Oczywiste jest, że odbiorcy informacji nie mają czasu na weryfikację wszystkich dostarczanych im treści. Dlatego ufają instytucjom, które powołane są do tego by przekazywać obiektywne fakty i wyraźnie oddzielać te fakty od redakcyjnych ocen. Źródła takiej a nie innej roli prasy i instytucjonalno-prawne umocowanie tego przekonania o społecznej roli dziennikarza to temat w oczywisty sposób na inną okazję.

Faktyczna różnica między nami leży rzeczywiście w sferze ocen przyczyn spadku popularności mediów tradycyjnych. Nie polemizuję z faktami podawanymi w bardzo rzetelnym raporcie "Economista". Staram się raczej pójść krok dalej poza wykonaną przez Pana Piotra fotografię. Nie ukrywam przy tym, że jest to jedynie intelektualna zabawa, która może ale nie musi mieć silny związek z rzeczywistością, lecz stanowiąc jakąś próbę diagnozy, coś nam mówi o otaczającym świecie. Podchodząc zatem na luzie do tych trudno weryfikowalnych, bo subiektywnie i naprędce skonstruowanych tez, postaram się je nieco uściślić.

1. Gwarancja kontroli władzy staje się powoli fikcją, gdyż największe dzienniki coraz bardziej przypominają tuby propagandowe poszczególnych rządów lub głównych grup interesów. Dzieje się tak ze względu na ideologiczny terror wzrostu przychodów. Przejawia się to w nadreprezentacji głosów i opinii wspieranych przez silne ekonomicznie lobby i marginalizowanie opinii nieposiadających silnego ekonomicznie zaplecza. Już nawet nie wsparcie, ale chociażby równoprawne zaprezentowanie przeciwstawnych opinii wiąże się z niebezpieczeństwem utraty reklamodawców, którzy ulegają kolejnej subtelnej ekonomicznej presji ze strony ponadnarodowych koncernów. To samo dotyczy niepoprawnych politycznie tematów, gdy naciski nieformalnie powiązanych z ekonomicznymi lobby polityków potrafią doprowadzić tytuł do bankructwa. To ostatnie szczególnie namacalnie jest odczuwalne w Polsce, przykładem chociażby dziennik Życie. Jednak na świecie niska reprezentacja przeciwników teorii wpływu człowieka na zjawisko globalnego ocieplenia, czy orędowników zagrożeń płynących z GMO nie wydaje się być przypadkiem.

2. Pyta Pan skąd dowód, że 20 czy 50 lat wcześniej dziennikarstwo było bardziej rzetelne? Nie mam żadnego dowodu, raczej wszystko wskazuje na to, że jest duża szansa, że było jeszcze mniej rzetelne. Nie było jednak dzisiejszych możliwości weryfikacji i utrzymanie powszechnego przekonania o dziennikarskiej rzetelności było być może łatwiejsze. Można w obecnej sytuacji pójść dwiema drogami: albo dostosować dziennikarstwo do poziomu blogosfery (co się dzieje), albo zwiększyć dbałość o rzetelność. Drugie rozwiązanie wymaga wytężonej uwagi instytucji kontrolnych i rozstrzygających, jednak w Polsce postawa REM nie pozostawia złudzeń, w jakim kierunku zmierza ten zawód. Moim zdaniem jest to odbiciem ogólnocywilizacyjnych procesów, w których dotychczasowe wartości ulegają przekształceniu najpierw na poziomie języka, następnie na poziomie stosowania.

3. Nie mogę się również zgodzić, że percepcja czytelnika nie jest w stanie już przetrawić tekstów dłuższych i trudniejszych. Tutaj nic się nie zmienia na przestrzeni dziejów i fakt obdarzenia umiejętnością czytania prawie wszystkich przedstawicieli społeczeństwa nie musi moim zdaniem oznaczać, że ogólna inteligencja ulega obniżeniu. Statystyczny rozkład jednostek zdolnych przyswoić bardziej skomplikowany przekaz jest w miarę stały. Natomiast całkowita liczba osób, które zdolności intelektualne łączą z umiejętnością czytania ze zrozumieniem, zwiększa się w miarę likwidowania obszarów analfabetyzmu. Tu np. upatrywałbym wzrostu zapotrzebowania na prasę w Indiach. Ocenianie natomiast poziomu percepcji tekstów prasowych po internetowych komentarzach rzeczywiście może sprawiać wrażenie postępującej degrengolady, ale ja bym upatrywał przyczyn raczej w upowszechnieniu dostępu do internetu, niż we wtórnym analfabetyzmie zdziecinniałych czytelników. Zawsze istnieć będzie mniejszościowa grupa odbiorców z utęsknieniem poszukujących właśnie pogłębionych analiz otaczającej rzeczywistości.

4. Tym bardziej w tej powodzi internetowej jałowej poznawczo treści, po okresowym chaosie rosnąć ponownie zacznie znaczenie uznanych marek informacyjnych, które będą potrafiły oddzielić ziarno od plew i podadzą Czytelnikowi wybór przetrawionych przez dobrze zorganizowane zasobne maszynki sprawdzonych i rzetelnych informacji. Być może nie będą to te same tytuły co dzisiaj. Być może dzisiejsze marki prasowe, w ślepej pogoni za zyskiem ugrzęzną w bagnie "blogaskowej degrengolady" podobnie jak nie było szansy aby na wolnym rynku utrzymała się kompletnie skompromitowana w PRL-u Trybuna (Ludu). Jednak czy upadek obecnej skorumpowanej w opisany w punkcie pierwszym sposób prasy, będzie upadkiem prasy w ogóle – to czas pokaże. A jak wiadomo życie nie znosi próżni.

Niejaką trudność w odbiorze tego tekstu stanowić może fakt, iż mieszam dość swobodnie wątki dotyczące prasy specyficznie polskiej i prasy w ogóle. Jednak uznaję, być może mylnie, że po pierwsze, jesteśmy jednak częścią cywilizacji zachodniej, po drugie ufam w inteligencję czytelnika i staram się nie rozbudowywać nadmiernie tekstu o wyraźne zaznaczenia, kiedy mówię o prasie polskiej a kiedy o prasie jako pojęciu. Chciałem dwa zdania wyjaśnienia a wyszło tak jak zwykle. Nie pozostaje mi nic innego jak przeprosić Czytelnika za rozwlekłość i pozostaję w nadziei, że rozwlekłość ta nie przesłoniła po raz kolejny treści… ;-)

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Gazety nie umierają - polemika z Zarembą

1. Pogłoski o śmierci.

Gazety umierają w ciszy. Wymowny tytuł artykułu Piotra Zaremby bije na alarm, albo ogłasza rezygnację wobec nieuchronności społecznych procesów. Tymczasem śmierć różnych zjawisk była ogłaszana w przeszłości nie raz i zjawiska te trzymają się mocno. Nic bowiem nie jest takie jak nam się wydaje, zaś świat podąża z reguły ścieżką najbardziej nieoczekiwaną. W tej sytuacji oczywiście można bawić się w analizy i przewidywania, jednak z pełną świadomością, że poza intelektualną zabawą niewiele te zabawy wnoszą jeśli brać pod uwagę kierunek zmian. Zabawa jednak może także rozwijać, dlatego pozwolę sobie na jej kontynuację i skomentuję subiektywnie kilka poruszonych przez Piotra Zarembę spraw.

Pogłoski o śmierci prasy uważam za nieco przesadzone. Internet jest świetnym workiem, w którym możemy odnaleźć i wykorzystać dowolny cytat, porównać źródła, sprawdzić informacje. Pojawienie się mp3 nie spowodowało ciągle śmierci płyty, podejrzewać tylko mogę, że działa tu potrzeba namacalnego obcowania z zamkniętym dziełem sztuki. Trochę jak rzeźba i obraz: potrzeba ich posiadania, przekładająca się na ceny na aukcjach nie zmalała z powodu wynalezienia fotografii i projektorów multimedialnych. Podobnie wróżono szybki zmierzch komputerów na rzecz wszczepianych w głowę czipów, lecz okazało się, że ludzie chcą mieć w domu maszynę, którą mogą identyfikować jako komputer, a wszechobecne systemy sterowane głosem stwarzają raczej poczucie osaczenia i inwigilacji zamiast wygody i ich wdrożenie się opóźnia z przyczyn psychologicznych a nie technicznych.

Gazeta jako określona marka sprzedająca zweryfikowaną wiedzę, publikowana jako dający się zarchiwizować papierowy materialny dokument, mam wrażenie że jeszcze długo będzie pełnić dotychczasową rolę. Spadek dochodów z reklam o niczym nie musi świadczyć. Spadek ten i pojawiające się pod jego wpływem wieści o upadaniu tradycyjnej prasy świadczą jedynie o przynależności autorów do obowiązującej ideologii nieustannego wzrostu zysków. Mam nieodparte wrażenie, że te spadające przychody długo jeszcze będą i tak wyższe od przychodów prasy sprzed lat kilkunastu czy kilkudziesięciu. Dlaczego prasa mogła kiedyś istnieć z minimalną liczba reklam a teraz kilkuprocentowy spadek ma być przyczyną zamykania tytułów? Czy powodem istnienia prasy jest zysk? Czy może jednak dostęp do rzetelnej informacji?

2. Dziennikarstwo śledcze a dezawuowanie efektów.

Zgadzam się, że dziennikarstwo śledcze nie poradzi sobie bez profesjonalnego zaplecza. Aczkolwiek działalność stowarzyszeń takich jak Blogmedia24, które prowadzi sprawy sądowe o dostęp do informacji publicznej mogą być jaskółkami odrodzenia obywatelskiej aktywności, która nie jest li tylko słomianym zapałem. Jednak do długotrwałych śledztw potrzeba czasu, możliwości i warsztatu, których uwikłany w normalną zawodową pracę obywatel nie posiada. Jednak czy do utrzymania profesjonalnej redakcji, w której utrzymałby się przywołany w artykule Woodward i Bernstein, naprawdę potrzeba nieustannego corocznego kilkuprocentowego wzrostu przychodów z reklam?

Wiem, że pytam naiwnie i z wielkimi pokładami dziennikarskiej ignorancji, ale może warto zastanowić się nad metodami, jakie pozwalały utrzymać się redakcjom bez dzisiejszego poziomu dochodów? Może warto dostrzegać przyczyn upadku niewygodnych dla władzy tytułów w źle skonstruowanym systemie zamiast w braku zainteresowania czytelników?

Jeszcze innym elementem tej układanki jest samo dziennikarstwo. Jaki sens ma dziennikarskie śledztwo jeśli ustalenia jednego tytułu są dezawuowane przez niemal wszystkie pozostałe. Zamiast wyciągać wnioski z ustalonych faktów dziennikarze zaczynają się zachowywać jak korporacyjni funkcjonariusze i udowadniają że nawet jeśli te fakty miały miejsce to nie mają żadnego znaczenia. Afera Watergate nie mogłaby mieć dzisiaj miejsca nie z powodu braku zainteresowania tylko z powodu nasilenia działań osłonowych przez konkurencję.

Przekłada się to na poczucie funkcyjnego podporządkowania pracy medialnej politycznym mocodawcom. Wspiera to coraz silniejsze społeczne odczucie oplątania wszystkiego mackami wszechmocnego spisku i obezwładnia wszelką aktywność wpisując się w tendencję do zamykania poszczególnych plemion w gettach towarzystw wzajemnej adoracji. Już nie tylko polityka to szambo, ale dziennikarze zdają się nie być lepsi, oddalając się coraz bardziej od rzetelności rozumianej jako zgodność co do podstawowych faktów. Dżentelmeni nie dyskutują o faktach, bo się po prostu co do faktów zgadzają. Jeśli natomiast dziennikarze zaczynają naginać rzeczywistość w sposób analogiczny do polityków to kto ma pełnić rolę nadzoru nad faktami? Blogerzy?

3. Ujawnianie zawartości dokumentów a prawo do informacji.

Internauci nie mają warsztatu, nie mają dostępu do dokumentów, nie mają zaplecza. Ale mają informatorów. Czy o Julianie Assange można powiedzieć że nie ma zaplecza? Głównym zarzutem wobec niego jest zdrada polegająca na ujawnianiu tajnych dokumentów. Przepraszam bardzo, rozumiem że amerykańscy wojskowi się wkurzyli, ale dziennikarze? Gdyby Assange dostarczył te dokumenty do jednej redakcji byłby cennym informatorem, którego danych zabrania ujawnić prawo prasowe. Ponieważ zaś ujawnił te dokumenty wszystkim to jest szkodnikiem i niszczycielem ładu społecznego oraz sprowadza niebezpieczeństwo terroryzmu na konkretnych ludzi? Innym zarzutem wobec niego jest ujawnianie zbyt obszernego zbioru bez żadnej selekcji. Zapewnienia Assange’a że jest to zbiór zweryfikowany, a w procesie weryfikacji jest jeszcze sporo innych dokumentów niczego nie zmienia. Dziennikarze dostają do ręki źródło, nie muszą się przebijać przez zamkniętych urzędników i narzekają. Co stoi na przeszkodzie dokonania odpowiedniego wyboru i odpowiedniej oceny? Przecież mało który czytelni będzie miał czas na przebijanie się przez te dokumenty. Od tego chyba powinni być dziennikarze? Nie muszą wychodzić z domu aby móc przeprowadzić głębokie dziennikarskie śledztwo i jeszcze narzekają. Czy chodzi o to, że wyniki takiego śledztwa mogą być podważone przez innego dziennikarza, który wnikliwiej przejrzy dokumenty?

To nie rozwój technologii stoi za spadkiem sprzedaży prasy, tylko uświadomienie sobie społeczeństwa poziomu dziennikarskich manipulacji. Przy blogerskiej działalności różnego rodzaju Kataryn, które nie tyle ujawniają ile punktują niekonsekwencje, naciągania i manipulacje spadają ludziom łuski z oczu i okazuje się że dziennikarz też człowiek! Blogerzy punktując polityków często lepiej niż profesjonaliści ujawniają słabość tych ostatnich, którzy rzekomo powołani do kontrolowania władzy biorą nieustannie udział w maskowaniu jej nadużyć. Działania pozorujące przestają odnosić skutek. Nadszarpniętą wiarygodność trudno jest odzyskać, wobec czego już całkowicie jawnie kontynuuje się działalność polityczną.

4. Kłopoty z rzetelnością i demonizacja polityki.

Obok systemowego już kreowania i podtrzymywania wizerunku polityki jako szamba, od którego uczciwy obywatel powinien trzymać się jak najdalej, funkcjonuje coraz jawniejszy przemysł obrzydzania medialnych kanałów dystrybucji informacji. To nie jest specyfika jedynie polska, to tendencja ogólnoświatowa, wystarczy popatrzeć na zamiatanie pod dywan problemów różnych światowych potęg. Kwestia rabunku starożytności w Iraku nie istnieje praktycznie w medialnym obiegu. Kwestia zignorowania w tymże Iraku możliwości inwestycyjnych NATO-wskich sojuszników? Kto o tym pamięta? Stosunkowo dużo się powiedziało o braku broni masowego rażenia, ale czy wyciągnięto jakieś głębiej posunięte konsekwencje? Czy ktoś słyszał o bogactwach mineralnych Afganistanu? Czy ktoś dyskutuje dzisiaj jeszcze o przyczynach zamieszek na paryskich przedmieściach? Dlaczego zamieszki w Anglii są takim zaskoczeniem? Informacja pojawia się i znika, bez konsekwencji bez wniosków, bez dalszych działań. Pozorowana jest debata i na tym koniec. Dziennikarze jak politycy chwytają się kolejnego newsa, który po kilku dniach czy tygodniach wyschnie bez żadnych następstw aż do następnego „zaskoczenia” takimi samymi wypadkami.

Obywatele zaś patrzą na to wszystko i pukają się w czoło. Ponarzekają trochę u cioci na imieninach, pomarudzą że wszyscy politycy to złodzieje, a w gazetach nic nie ma poza tym szambem i wrócą do swoich zajęć próbując dotrwać do pierwszego.

5. Polskie podwórko – spadek większy bo manipulacje większe.

Na polskim rynku odnotowany jest większy spadek, bo manipulacja idzie nieco dalej niż w reszcie cywilizowanego świata. Takie przypadki jak Lis, czy Żakowski, nie mówiąc już o Michniku, nie miałyby racji bytu w mediach. Dan Rather, twarz programu CBS Evening News, który wyśmiewał się z plotek blogosfery na temat migania się Busha jr. Od służby wojskowej, musiał pożegnać się z karierą po tym, gdy plotki okazały się prawdą. U nas zrobiłby karierę jako nieoficjalny rzecznik rządu na stanowisku redaktora naczelnego wiodącego tygodnika. Ludzie to widzą i wyciągają wnioski jak dawno temu Kuba Sienkiewicz: wszystko ch…

Dziennikarze zżymają się, na przemian z naigrywaniem, z blogerów, nie biorąc pod uwagę, że niezwykle rzadkie są przypadki angażowania dobrych autorów do profesjonalnej prasy. Dziennikarze krążą między tytułami i podobnie jak w polityce, w różnych tytułach mamy ciągle te same nazwiska. Piętnujące korporacyjne zamknięcie prawników środowisko jest w podobny sposób korporacyjnie zamknięte. Przeglądając świetne nieraz blogerskie teksty mam uwierzyć, że brak ich na łamach dzienników jest spowodowany brakiem chęci tychże blogerów do zaistnienia w tzw. głównym nurcie? Jakiekolwiek próby przebicia się do prasy skazane są na porażkę, zaś argumentem jest z reguły „zbyt kategoryczne opinie, nie poparte twardymi dowodami.” Przepraszam, ale taki argument jest uwłaczaniem inteligencji autora i czytelników, wobec zamieszczania w głównonurtowej prasie tekstów Żakowskiego, Lisa, Pacewicza, Stasińskiego czy Kuczyńskiego, Kutza, albo Palikota.

W takiej sytuacji ludzie odwracają się od mediów tradycyjnych które niczym nie różnią się od ultrasubiektywnej blogosfery. Mając zaś do wyboru naciąganie rzeczywistości i manipulacje udające obiektywizm oraz całkowicie jawny subiektywizm blogerów – ludzie wybierają to drugie. Zamykają się przy okazji w towarzystwach wzajemnej adoracji, gdzie bloger staje się guru swoich czytelników, zaś czytelnicy stają się jego wyznawcami, odciążając go znakomicie od uciążliwej marginalizacji nieprzychylnych bądź polemicznych komentatorów. Rozdrobnienie źródeł jest zatem efektem postępującej degrengolady zawodu dziennikarza a nie przyczyną upadku prasy.

6. Konkluzja: rzetelność jako lek – tworzenie nowych instytucji.

Jedyną receptą na przetrwanie tradycyjnych mediów jest przywrócenie pierwotnych źródeł powstania tego zawodu. Przekazywanie rzetelnych zweryfikowanych informacji oraz konsekwencja i spójność w opiniach. Pomimo długotrwałego przemysłu bolszewickiego mającego na celu zniszczenie indywidualności, odpowiedzialności i logicznej spójności zarówno wypowiedzi jak i całego życia jednostki, ludzie nie cenią chorągiewek zmieniających poglądy w zależności od tego z której strony wiatr powieje. Jesteś lewicowy – to bądź, ale bądź w tym konsekwentny. Na tym polega rzetelność opinii. Przywrócenie znaczenia „hendekalogu inteligenta” Leszka Kołakowskiego jest jedynym sposobem na rozpoczęcie odtwarzania utraconej twarzy zachodniej demokracji.

Własny przykład i odtworzenie instytucji. Odtworzenie skompromitowanego systemu wymiaru sprawiedliwości, nie tylko na poziomie powszechnego sądownictwa, ale na poziomie wewnątrzorganizacyjnych sądów koleżeńskich. Wsparcie dla etycznych jednostek, wsparcie dla merytorycznych dyskusji – stworzą warunki dla restytucji instytucji. Degrengolada REM, znikome znaczenie SDP, to wszystko są objawy znacznie szerszego zjawiska, które w Rzeczach Wspólnych zostało nazwane instytucjonalizacją niekompetencji. Spadek znaczenia mediów jest tylko symptomem znacznie głębszego kryzysu społeczeństwa. Ale to już temat na zupełnie inne imieniny…

wtorek, 12 lipca 2011

Kopniaki procesowo bezpieczne

Media badając granice akceptacji kłamstwa, nieustannie te granice przesuwają. Kolejny raz nastąpiło to bardzo wyraźnie w relacji z jasnogórskiej pielgrzymki. Po włożeniu w usta Kaczyńskiego słów Kolendy-Zaleskiej o prawdziwych Polakach, po których nic takiego się nie stało, a pani redaktor nie poniosła najmniejszej odpowiedzialności za kłamstwo, mamy przejście do następnego etapu. Kopnięcie pielgrzyma w celu oskarżenia go o pobicie dziennikarza.

W relacji Polsatu podchwyconej przez niemal wszystkie pozostałe media mamy jasne i wyraźne oskarżenie. Relacja faktograficzna nie do końca trzyma się kupy, co wychwycili od razu internauci. Ale to pewnie są zmanipulowani Rydzykową propagandą moherowe oszołomy, bo ci światli komentatorzy zaczęli od razu tworzyć analizy "katolickiej hipokryzji" i "pochwał religijnej agresji". Nikt z tych komentatorów nie zauważał także braku relacji drugiej strony, bo po co, skoro dziennikarka na pewno mówi prawdę. Tymczasem relacje docierające najpierw w komentarzach, następnie potwierdzone przez Nasz Dziennik pokazują zupełnie inny obraz wydarzeń. Jednak news poszedł już w świat i nikt nie będzie zajmował się dochodzeniem do faktograficznej prawdy, bo przecież nie o fakty tu idzie a o generalną zasadę.

W związku z wydarzeniami na Jasnej Górze proponuję pewny i bezpieczny sposób na zarabianie pieniędzy. Wystarczy kopnąć jakiegoś przechodnia na ulicy, np. w kostkę, a gdy ten zaklnie szpetnie i zwymyśla – wtedy wystarczy go oskarżyć o atak, obrazę, naruszenie dóbr osobistych i zażądać wysokiego odszkodowania za straty moralne. Można umówić się z jakimś dziennikarzem z Polsatu albo TVN, na pewno podchwycą temat, a niezawisły sąd uzna nasze żądania, bo przecież nikt nie może nikogo bezkarnie lżyć na ulicy!

Że sposób jest realny do przeprowadzenia pod warunkiem odpowiednich poglądów atakującego i atakowanego wskazuje inny przypadek pobicia kamerzysty, na terenie polskiego sądu, w obecności policjantów, którzy nie tylko nie zareagowali ale umożliwili bezpieczne oddalenie się sprawcy z miejsca zdarzenia. Pomimo sfilmowania wszystkiego nikt nie poniósł do dzisiaj konsekwencji. Kult śpiewał w latach 80-tych: które prawo dla nas, a które prawo dla nich. Zmienił się ustrój? Mam wrażenie, że zmieniła się tylko nazwa.

Czy jest możliwe wytoczenie instytucji medialnej procesu o defamację? Szczerze mówiąc na miejscu jasnogórskich pielgrzymów, a Pana Andrzeja w szczególności, zastanawiałbym się poważnie nad wytoczeniem takiego procesu. Jego nazwisko co prawda w mediach chyba nie padło, ale jego wizerunek i owszem, został upubliczniony w ściśle określonym defamacyjnym kontekście. Człowiek, który bronił się przed agresją został oskarżony o agresję.

Testowanie granic akceptacji dla kłamstwa i przemocy, tej symbolicznej i tej realnej, trwa. Minister ds. wykluczonych ma najwyraźniej za zadanie raczej usprawnienie metod wykluczania, niż przeciwdziałanie temu zjawisku. Założone za pieniądze PRL-owskich służb specjalnych medialne koncerny zdają sobie sprawę, że zbliżają się do ściany, przygotowując sprzedaż skompromitowanych tytułów, które po przejęciu przez nowego właściciela nie odzyskają już zniszczonej wiarygodności. Tak stało się w przypadku gazety Dziennik, tak stanie się w przypadku TVN.

Tymczasem różnego rodzaju usłużni „dziennikarze” będą przeprowadzali dziennikarskie prowokacje. Bynajmniej nie wobec skorumpowanych urzędników. Wobec zwyczajnych ludzi, na których pozycja społeczna i zajmowane stanowisko nie wymusza na co dzień dbania o bezpieczeństwo procesowe własnych zachowań i wypowiedzi. Wobec nich można zastosować bezkarną prowokację. Można im sprzedać ukradkowego kopniaka w plecy. Kopniaka procesowo bezpiecznego.

środa, 1 czerwca 2011

Siepacz Kaczyńskiego w Krytyce Politycznej

Jaś Kapela z Krytyki Politycznej przeprowadził bardzo ciekawy wywiad z Zygmuntem Miłoszewskim, autorem książki pod tytułem "Uwikłanie", na podstawie której Jacek Bromski nakręcił film. Film, który jeszcze przed wejściem na ekrany wzbudził wiele emocji oraz dyskusje, jak to jest możliwe, że został on w ogóle nakręcony w tych czasach, gdy kibiców ściga się za skandowanie o jakiś matołach. Autorzy zaś zostali okrzyknięci nadzieją powrotu normalności i przywracania rzeczom właściwego miejsca.

Faktycznie, wywiad w Krytyce Politycznej pokazuje, że może rzeczywiście jest szansa na ocalenie dialogu w czasach, gdy każdy każdemu wymyśla od agentów, nikt nie słucha argumentów, a podanie ręki politycznemu przeciwnikowi urasta do rangi zjawisk nadprzyrodzonych. Zygmunt Miłoszewski wprost mówi, że jest tylko autorem kryminałów, które chciałby po prostu dobrze sprzedać i ma nadzieję, że wokół jego tekstów będzie wystarczająco dużo szumu, by wszyscy mogli o nim usłyszeć. Wywiad w KP ewidentnie temu sprzyja w kontekście okrzyknięcia pisarza przez Urbana siepaczem Kaczyńskiego.

Cały tekst jest bardzo ciekawy, bo pokazuje osobę broniąca się przed politycznym zaszufladkowaniem, walczącą o swoją intelektualną autonomię, otwartą na rzeczywistość, zorientowaną na cele i metody zamiast na ideologie. Tacy intelektualiści są zwłaszcza teraz Polsce bardzo potrzebni, bo cierpimy na nadmiar ideologów i zanik menadżerów i rzemieślników. Nawet jeśli stawia on niewłaściwe diagnozy, nawet jeśli wyciąga niepoprawne wnioski, bo brakuje mu wiedzy, informacji, wnikliwości, to przecież nie każdy musi być jądrowym fizykiem. A mam wrażenie, że jeśli partner w dyskusji zostanie złapany na niewiedzy o faktach, o których wiem ja, to wykorzystam to od razu do zgnojenia, zaszufladkowania, wykpienia i poniżenia, zamiast poinformować go o faktach i wskazać źródła, gdzie może wiedzę pogłębić. Szufladkowanie buduje Szuflandię, a nie wolność i swobodę.

Nigdy nie warto zamykać się na ideowego przeciwnika, bo dialog nie zaistnieje jeśli wszyscy nie będziemy dawać sobie nawzajem prawa do istnienia. Nawet jeśli się nie zgadzamy, nawet jeśli uważamy, że jakaś formacja powinna odejść w polityczny niebyt - tym bardziej powinniśmy słuchać, co tacy ludzie mają do powiedzenia. Chociażby po to, żeby nie przespać momentu, gdy ich aktywność zacznie być dla kogoś po prostu fizycznie niebezpieczna.

Zygmunt Miłoszewski zdaje się wykorzystywać Krytykę Polityczną do swoich określonych celów licząc na wywołanie szeroko dyskutowanego fermentu. W inteligentny sposób obnaża mechanizmy funkcjonowania tzw. dziennikarstwa, gdy mówi że spośród setek ważnych informacji jako news zostają pokazane informacje o tym co powiedział, czego nie powiedział lub co pomyślał Jarosław Kaczyński - bardzo wymownie łapie się na to redakcja KP, gdzie jako lead wywiadu na głównej stronie KP podany jest mało istotny fragment o zamykaniu dziecka Symulatorze Umierania za Ojczyznę. Uwagi o Dyskusyjnych Klubach Książki są według lewicowej rzekomo KP nieistotne.

Zapraszając do przeczytania całości, poniżej zamieszczam co smaczniejsze fragmenty wypowiedzi Miłoszewskiego:

“Jestem cięty na czerwonych. Uważam, że w tym kraju przez czterdzieści lat rządzili ludzie pozbawieni poglądów, którzy byli rodzajem mafii. Ale to nie znaczy, że jestem wyznawcą poglądów PiS. To, że pewne rzeczy nie zostały rozliczone, jest błędem. Ale oceniam to mniej emocjonalnie. Jestem przeciwnikiem spiskowej teorii dziejów. Nie uważam, że to był spisek czerwonych zawarty z Mazowieckim i Kuroniem. To państwo w ogóle jest dość słabe i to była oznaka tej słabości.

Politycy i dziennikarze są połączeni w zupełnie inny sposób, niż myślimy. Żeby było jasne – nie sądzę, że to jakaś mafia polityczno-medialno-biznesowa. Ten układ jest chory. Nie zmieniają się u nas ani politycy, ani dziennikarze. W związku z czym wszyscy jakoś tam się bardziej lub mniej znają lub przyjaźnią. Polski dziennikarz nie może sobie więc pozwolić na to, żeby zaprosić premiera i pytać go dziesięć razy, czy nie zajmuje się in vitro dlatego, że boi się Kościoła i – po piątym braku odpowiedzi – wyrzucić go ze studia. Jedni i drudzy się do siebie uśmiechają. Jednym i drugim wydaje się, że są ważni. Politykom wydaje się, że są ważni, bo są paranoikami. Nie wierzą w zarządzanie, wierzą we władzę. A cała sekcja dziennikarzy politycznych musi udawać, że to jest bardzo ważne, bo inaczej ich praca też by nie miała większego sensu.

Nie jestem wyborcą PiS, PO ani SLD. Uważam, że każda z tych formacji jest zbiorem niekompetentnych debili, paranoików opętanych rządzą władzy i gdyby wprowadzić cezurę w postaci IQ 70, żadnego z nich by tam nie było. Już nie wspominając o Senacie, o którym słychać tylko wtedy, gdy któryś z senatorów sobie przyćpa i założy damską sukienkę. Pamiętasz wybory Kaczyński – Tusk? Okazało, że żaden z nich nie zna angielskiego. Napieralski jest teoretycznie z nowego pokolenia i jest tak samo głupi. Słyszałeś, jak się wypowiada po angielsku Wojciech Olejniczak?

Uważam, że zamiast Muzeum Powstania Warszawskiego powinien powstać Symulator Umierania za Ojczyznę. Dzieci, zamiast iść do Sali Małego Powstańca, trafiałyby do takiej specjalnej kapsuły i tam by się mogły dowiedzieć, co to znaczy umrzeć samemu, w zimnie, mając za jedyne towarzystwo swoją oderwaną nogę. Żeby pokolenie zobaczyło, że umrzeć za ojczyznę to nie jest taka zajebista przygoda.

To państwo by działało, gdyby nie dostawało kłód po nogi. Nie ma w Polsce debaty publicznej, ale nazwijmy, że to, co się dzieje w TVN24, to jest jakiś rodzaj debaty. I ta debata zajmuje się tylko tym, co powiedział Jarosław Kaczyński, co powie Jarosław Kaczyński albo co mógłby powiedzieć Jarosław Kaczyński. [...] Okładka w „Newsweeku” i w „Polityce”. „Gazeta Wyborcza” dzień w dzień. A ja wolałbym na przykład tydzień dyskusji, dlaczego w rankingach działalności gospodarczej jesteśmy między Kongiem a Bangladeszem. I co zrobić, żeby to zmienić.

W małych domach kultury, małych bibliotekach widzę rzeczy fantastyczne. Jest program Instytutu Książki, która nazywa się Dyskusyjne Kluby Książki. Rozwija się lawinowo. Nie przeczytasz o tym w „Newsweeku” ani gdzie indziej. Przeczytasz o parach gejowskich adoptujących dzieci albo czy Jarosław Kaczyński już jest Hitlerem czy tylko Goebbelsem. I nagle pojawia się rząd, który jest gorszy dla kultury, niż był rząd Leszka Millera. Dopierdolenie VAT-u na książki. Próba rozmowy o obcięciu honorariów autorskich. Ja sobie poradzę bez tych pięćdziesięciu procent kosztów uzyskania, ale dla jakiegoś domu kultury w Głuchej Dolnej, który musi zapłacić honorarium, może to znaczyć być albo nie być, zaprosić artystę albo nie zaprosić.

Kultura to jest nauka myślenia, nauka buntu, szukania nowych dróg, przeżywania czegoś innego. W niechęci do rozwijania kultury jest coś totalitarnego. Wbrew pozorom granica między paleniem książek a dopierdalaniem im VAT-u nie jest tak bardzo gruba, jak mogłoby się wydawać. Tak czy owak, doprowadzasz do tego, że odcinasz ludzi od nauki myślenia. „Wyborcza” pisze o straconym pokoleniu. Mają nim być ludzie, którzy pokończyli dziwne kierunki na dziwnych studiach, a teraz mają światu za złe, że nikt im nie pozwala grać w mahjongga przez osiem godzin w jakimś biurze. Ok, są nikomu niepotrzebni, to muszą się nauczyć budować domy, ale robić coś pożytecznego. Ale jest też inne stracone pokolenie. Moja narzeczona jest reżyserem teatralnym. Niedawno w Olsztynie wystawiła adaptację Kajka i Kokosza. Bilety wyprzedane na pniu wiele miesięcy w przód i bileterki, które cieszą się, że znowu słychać w teatrze śmiech dzieci. W teatrze, który jest de facto jedynym teatrem w stolicy województwa, od ośmiu lat na żadnej scenie nie było spektaklu dla dzieci. Jeśli dzieci nie nauczą się chodzić do teatru, to nie będą chodzić jako dorośli.”