Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 sierpnia 2024

Opanowanie świata - spiskowa praktyka

Tekst pochodzi z wydanej w roku 1921 książki "Mocarstwo Anonimowe" będącej zebranym przez Adolfa Nowaczyńskiego zbiorem cytatów bardzo różnych wypowiedzi nt. Żydów. Treść koresponduje mocno swoim charakterem z "Protokołami Mędrców Syjonu", o których wiadomo że były dziełem carskiej ochrany. Najprawdopodobniej tekst ten nigdy nie został wygłoszony na żadnym cmentarzu, a jego rzekomy autor być może nigdy nie istniał, niemniej co innego niż jego autentyczność jest tu istotne. 

Ten tekst na pewno powstał przed rokiem 1921, a zatem niezależnie od tego kto go stworzył zatrważa jego adekwatność do wypadków zarówno historycznych jak i teraźniejszych. Pod słowo "Żydzi" możemy podstawić sobie "komunistów", "islamistów", "kapitalistów", "ponadnarodowe korporacje", a nawet "woke" czy "LGBTQ+". Opisane metody jakby znajome i zaskakująco aktualne. Gdyby nie skany oryginalnego wydania w bibliotekach cyfrowych, sądziłbym że to klasyczny fejk. Tymczasem okazuje się że spiskowe teorie ktoś wciela w życie i konsekwentnie realizuje bałamucąc kolejne pokolenia za pomocą ciągle tych samych sprawdzonych metod. 

Ja się wyrwać z tej matni manipulacji i rozgrywania? Tego nie wiem. Natomiast czy jest to w ogóle możliwe, skoro od stu lat nikt nie wymyślił sposobu przeciwdziałania? Przeciwnie, metody coraz jawniej brutalne i coraz bardziej bezczelne wydają się coraz bardziej skuteczne. Zresztą oceńcie sami:

***

Rabbi Reichhorn - mowa wygłoszona w Pradze, w r. 1869 nad trumną, rabina Symeona ben Jehudy.

Co stulecie — my uczeni Izraela, przyjęliśmy jako zwyczaj zbierać się w sanhedrynie, by sprawdzać, jakie zrobiliśmy postępy nad opanowaniem świata, obiecanego nam przez Jehowę, i jakie zwycięstwa odnieśliśmy nad nienawistnym chrystjanizmem. W tym roku zebrani nad grobem naszego wielebnego Symeona ben Jehudy możemy z dumą powiedzieć, że wiek ubiegły zbliżył nas do celu i że ten cel będzie niedługo osiągnięty. 

Złoto zawsze było i będzie siłą niepokonaną. Kierowane umiejętną ręką będzie najużyteczniejszą dźwignią dla tego, który je posiada, a przedmiotem pożądania dla tych, którzy go nie mają. Zlotem kupujemy sumienia najbardziej uporczywe, ustalamy całość wszystkich wartości, kurs dla wszystkich produktów, przychodzimy z pomocą, kredytem (pożyczką) państwom, które później zdane są na naszą łaskę. Wszystkie ważniejsze banki i giełdy wszechświatowe, wierzy­telności dla wszystkich rządów, są w naszych rękach.

Inną wielką siłą, jaką posiadamy, jest prasa. Powtarzając nie­ustannie pewne ideje, prasa przyjmuje je w końcu jako prawdy. Teatr oddaje usługi podobne. Wszędzie: prasa i teatr są posłuszne naszym wskazówkom.

Przez nieustanne pochwały systemu demokratycznego, podzie­limy chrześcijan na partje polityczne, zburzymy ich jedność naro­dową i zaszczepimy rozłam. Bezsilni poddadzą się prasie naszego kapitalizmu zjednoczonego, oddanego naszej sprawie. Pchać będziemy chrześcijan do wojen, wyzyskując ich pychę i ich głupotę. Wyginą i zostawią miejsca wolne dla naszych. 

Posiadłość ziemi zawsze tworzyła wpływy i władzę. W imię sprawiedliwości socjalnej i równości będziemy dzielili wielkie ma­jątki. Część ziemi damy chłopom, którzy tak bardzo tego pragną, a którzy niedługo będą obdłużeni przez wyzysk. Nasze kapitały zrobią nas panami. My staniemy się teraz wielkimi posiadaczami, a posiadanie tej ziemi zapewni nam władzę.

Starajmy się zastąpić w obiegu złoto przez monetę papie­rową; nasze kasy będą przepełnione złotem, będziemy regulowali wartość papierów, co nas uczyni panami wszystkiego, co istnieje. Mamy pomiędzy sobą zdolnych mówców, którzy potrafią zdo­być się na entuzjazm i przekonywać tłumy; rozpowszechniać będą po­między ludem, oznajmiając im zmiany, jakie mają zajść a które urzeczywistnione dadzą szczęście całemu rodowi ludzkiemu.

Przez złoto i pochlebstwa pozyskamy proletarjat, który się podejmie zniszczyć kapitalizm chrześcijański. Przyrzekniemy ro­botnikom płacę, o jakiej nigdy nie marzyli, podniesiemy jednak równocześnie ceny towarów potrzebnych, tak iż nasze zyski będą jeszcze większe. W ten sposób przygotujemy Rewolucję, którą chrześcijanie sami będą prowadzili, a z której my zbierać będziemy owoce.

Przez nasze szyderstwo i nasze napaści ośmieszymy i zohy­dzimy ich księży; ich religja stanie się tak samo śmieszna i wstrętna, jak ich kler. Będziemy więc także panami ich dusz, bo nasze na­bożne przywiązanie do naszej religji i naszych obrządków wy­twarza wyższość naszą i wyższość naszych dusz.

Posłaliśmy już naszych ludzi na wszystkie ważne posterunki. Postarajmy się dostarczać gojmom adwokatów i lekarzy; adwokaci są wtajemniczeni we wszystkie interesy; lekarze raz wprowadzeni w dom, stają się spowiednikami i kierownikami sumienia. Ale przede wszystkiem tam zajmujmy stanowiska, gdzie mo­żemy nauczać. Przez nauczanie możemy wszczepiać idee, które są nam potrzebne, przygotowując umysły dla naszej wygody.

Jeżeli jeden z naszych wpadnie nieszczęśliwie w szpony spra­wiedliwości u chrześcijan, śpieszmy mu z pomocą, znajdźmy tyle świadectw, by go uwolnić od jego sędziów, czekając cierpliwie, aż sami staniemy się sędziami.

Monarchowie chrześcijańscy, nadęci ambicjami i próżnością, otaczają się zbytkiem i liczną armią. My dostarczymy im potrze­bnych pieniędzy, których domaga się ich szaleństwo i będziemy ich trzymali na smyczy.

Starajmy się nie przeszkadzać małżeństwu naszych ludzi z chrze­ścijankami, bo przez nie dojdziemy do kół najwięcej dla nas zamkniętych. Jeżeli nasze córki wyjdą za gojmów, nie będą nam mniej użyteczne, bo dzieci z matki żydówki należą do nas. Szerzmy ideje wolnych związków, by zniszczyć u kobiet chrześcijańskich przywiązanie do zasad i praktyk religijnych

Od wieków synowie Izraela, pogardzani i prześladowani, pra­cowali, by sobie utorować drogę do władzy. Dobiegają kresu. Badają życie ekonomiczne przeklętych chrześcijan; ich wpływ jest przeważający w polityce i obyczajach. W godzinę oznaczoną, zawczasu, rozpętamy Rewolucję, która rujnując wszystkie klasy chrześcijaństwa, ujarzmi nam wszystkich chrześcijan. 

I tak dopełni się obietnica Boża dana swojemu ludowi.

piątek, 12 lipca 2013

Kogo sie boi władza?

Sejm nie chce nazwać wołyńskiego ludobójstwa po imieniu, ale myliłby się ten, kto by uważał że stało się tak ze strachu posłów, zaniepokojonych możliwością zmarszczenia brwi przez naszego wschodniego sąsiada. Posłowie niewątpliwie boją się różnych rzeczy, jak każdy zdrowy na umyśle człowiek, ale nie sądzę aby bali się akurat wschodnich sąsiadów.

Czego boją się posłowie partii rządzącej z gmachu przy ulicy Wiejskiej ujawniają różne czyny ich kierownictwa oraz instytucji temuż kierownictwu podlegających. Ich strachy demaskują różne pomysły wybudowania wysokiego płotu wokół Sejmu, ograniczenia w dostępie do informacji publicznej, czy rozszerzenie uprawnień i tak wysokiego poziomu inwigilacji polskich obywateli.

Ale najdobitniejszym dowodem kogo się boi a kogo się nie boi władza polskiego państwa jest porównanie poziomu ochrony polskiego prezydenta na smoleńskim lotnisku 10 kwietnia 2010 roku z poziomem ochrony kongresu partii rządzącej, który odbył się w Chorzowie 26 czerwca 2013 roku.

Od razu staje się jasne, że o władzy formacji o nazwie Platforma Obywatelska można różne rzeczy powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest to władza działająca w interesie polskiego społeczeństwa. Zagrożenie bowiem dla władzy największe jest zawsze z tej strony, której interesy ta władza najbardziej narusza. Jak widać zagrożenie ze strony Rosji było i jest szacowane na dużo niższym poziomie niż zagrożenie ze strony polskiego społeczeństwa.

sobota, 29 czerwca 2013

Co łączy ZDF i Szczygła z Baumanem?

W pamiętnym filmie Machulskiego "Seksmisja" jest pod koniec filmu scena, gdy Albercik niosąc przyduszoną funkcjonariuszkę niezbyt przekonująco zarzeka się, że on "tylko niesie pomoc". Zarówno widz, jak i Maks wiedzą do czego to zmierza i jak się skończy, ale Albercik twardo powtarza, nie wiadomo, bardziej sobie czy parterowi, że on "tylko niesie pomoc".

Podobne wrażenie mam czytając zapewnienia niemieckich twórców filmu "Nazi matki, nazi ojcowie", że oni nie mieli zamiaru nikogo obrażać. Trudno powiedzieć cokolwiek o ich zamiarach, natomiast mniej trudno przewidzieć konsekwencje tego filmu rozpowszechnionego już w tej chwili do 60 krajów.

Pusty śmiech człowieka ogarnia także, gdy czyta zapewnienia Mariusza Szczygła, autora głośnego reportażu o nauczycielce, która 30 lat temu zakatowała własne dziecko na śmierć, że "ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzył, aby ktokolwiek mścił się na mojej bohaterce. [...] jeśli ktokolwiek miałby chęć wytropić Ewę T., żeby zadać jej fizyczny ból lub poniżyć, niewiele będzie się od niej różnił." Już w dzieciństwie słyszymy setki przypowieści o bawieniu się zapałkami, o tym, że kto wiatr sieje ten burzę zbiera, a pan Mariusz Szczygieł pisząc reportaż o osobie która pracuje dzisiaj w miejscu w którym absolutnie nie powinna pracować, stwierdza po wydrukowaniu, że "ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzył to...."

Mariusz Szczygieł deklaruje także na swoim blogu iż napisał "ten tekst po to, żeby po raz kolejny pokazać, co wpływa na tworzenie się osobowości autorytarnej. Ponieważ my Polacy często mamy tendencje do autorytaryzmu, ale sami przed sobą to ukrywamy. Nowy Hitler może pojawić się zawsze." Tak, to poniekąd wyjaśnia skąd, użyta oczywiście w celu zatarcia ścieżek odnalezienia bohaterki, zamiana jej specjalizacji z nauczycielki fizyki na katechetkę.W końcu Polska to kraj, którego pokłosiem jest Dzierżyński, stodoła z Jedwabnego, pogrom kielecki czy antysemickie czystki po 1968 roku. Trzeba dbać, by jakiś nowy Hitler się nad tą przeklętą Wisłą nie pojawił. Tym bardziej że znowu faszyzm podnosi głowę pod białoczerwonymi banderami.

O swoich czystych intencjach z przeszłości zapewnia nas także inny bohater ostatnich dni, uznany na świecie intelektualista, profesor Zygmunt Bauman. Twierdzi on, że w KBW zajmował się głównie pisaniem ulotek i pewnie ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzył było przyczynienie się do zabicia jakiegokolwiek polskiego żołnierza. Niestety, jego dowódcy zostawili inne informacje na temat jego działalności, zaświadczając, że jako Szef Wydziału Pol-Wych operacji brał udział w walce z bandami, przez 20 dni dowodził grupą, która wyróżniła się schwytaniem wielkiej ilości bandytów, za co został odznaczony Krzyżem Walecznych. Cóż, nie można mieć przecież pretensji do 88-letniego profesora, że jego ulotki okazały się tak skuteczne.

Po wrocławskim wystąpieniu profesora Baumana (który jednak w przeciwieństwie do pana Bartoszewskiego profesorem jednak jest) karierę w sieci robi także przypomnienie jego słów z wywiadu dla Guardiana z 2007 roku, w którym porównał on działania bolszewickich służb bezpieczeństwa w latach 40-tych i 50-tych XX wieku na terenach Polski do do tego, co współcześnie nazywa się wojną z terroryzmem.

Mało kto zwrócił uwagę, że bardzo dużo mówi to o charakterze współczesnej tzw. wojny z terroryzmem. Znając historię bolszewickich zbrodni i prowokacji oraz następujących po nich propagandowych kłamstw, można dzięki tej deklaracji szanowanego na całym świecie socjologa, znaleźć potwierdzenie nie wprost, teorii o wspomaganiu przez zaniechanie, różnych akcji terrorystycznych.

O ile znana jest powszechnie bolszewicka narracja dotycząca zbrodni katyńskiej, która obowiązywała do momentu tzw. upadku komunizmu, o tyle mniej powszechnie znana jest historia przygotowania, przeprowadzenia i celowości prowokacji kieleckiej z 1946 roku, której celem było spacyfikowanie polskich dążeń do prawdy o Katyniu w trakcie norymberskich rozpraw poprzez skompromitowanie Polski rzekomym faszystowskim antysemityzmem jej mieszkańców. Antysemicka czystka po 1968 była wewnętrzną partyjną rozgrywką, lecz antysemityzm bolszewików, którzy pozbyli się wykorzystanych i wyciśniętych jak cytryna towarzyszy, miał - widać to dzisiaj wyraźnie - konsekwencje idące dużo dalej niż tylko zrobienie miejsca nowym aparatczykom.

Oprócz potwierdzenia przypiętej Polakom w 1946 roku łatki antysemitów, w roku 1968 roku spora grupa ideowych komunistów została desygnowana na systemowych dysydentów i wyeksportowana na Zachód. Część pozostała w kraju utworzyła opozycyjne struktury, z którymi po latach, jako z realnymi przedstawicielami ludu, establishment podzielił się władzą. Część wyeksportowana na Zachód wsparła wysłużoną agenturę wpływu i zastępy ciągle aktywnych pożytecznych idiotów. Major Zygmunt Bauman, sprawdzony w boju komunista, przesunięty w połowie lat 50-tych z działań operacyjnych na działania akademickie, wykładał marksizm na wydziale filozofii, by po październiku 1956 zostać prekursorem socjologii w Polsce.

Jego predyspozycje intelektualne można było lepiej wykorzystać dla propagowania właściwej wizji nowego świata w roli powszechnie szanowanego naukowca, niż w roli oficjalnego propagandowego funkcjonariusza. Wypadki 1968 roku dały mu niezbędne dysydenckie uwiarygodnienie, co przy niewątpliwych intelektualnych zaletach i dużym talencie pisarskim dało mu dzisiejszą pozycję wśród światowych intelektualistów.

Dlatego nie warto lekceważyć tego co mówi człowiek, który od początku swojego życia zajmuje się układaniem słów dokładnie w taki sposób, w jaki zamierza. Po tzw. upadku komunizmu mamy szereg wydarzeń, na temat których przy odpowiedniej wiedzy trudno mieć jednoznaczną opinię. Pytania o zamachy bombowe w Rosji, po których wybuchały kolejne wojny w Czeczenii, czy pytania o niektóre okoliczności zamachów na WTC i Pentagon w 2001 roku znajdują w słowach profesora Baumana potwierdzenie zasadności ich stawiania.

Istnieje jednak także inna możliwość. Być może subtelnym celem tak sformułowanych słów, było zdyskredytowanie amerykańskiej samoobrony przed światowym terroryzmem, poprzez zestawienie tej walki z komunistycznymi zbrodniami?

Narracyjne montaże mogą mieć bardzo skomplikowane i misterne konstrukcje. Przykłady można znaleźć nie tylko w literaturze (polecam zwłaszcza powieść "Montaż" Vladimira Volkoffa), ale także w historii. Zabójstwo Kirowa było przemyślaną i starannie zaplanowaną przez Stalina akcją, która stała się pretekstem i początkiem wielkiego terroru. Prowokacja kielecka w 1946 także była klasycznym agenturalnym montażem o międzynarodowym znaczeniu. Rok 1968 był montażem mającym na celu zmianę ekipy trzymającej władzę, ale na ile był to także pretekst do zalania zachodnich społeczeństw kolejną falą fałszywych dysydentów, mających do wypełnienia ważne misje wpływania na tzw. opinię publiczną? To pytanie do historyków i na razie pozostaje ono otwarte.

W tej perspektywie dzisiejsze wypalenie ekipy Tuska niesie ze sobą duże niebezpieczeństwo kolejnym narracyjnym zwrotem akcji, w którym ktoś musi odegrać klasyczną rolę iskry zapalnej i kozła ofiarnego. Zwraca na to uwagę coraz więcej komentatorów, zaś niewątpliwie idealnym kandydatem na środowiska, które będą celem kolejnych bolszewickich prowokacji są wszelkie tzw. środowiska patriotyczne. Rozhuśtanie emocji to faza pierwsza, po której osobników autentycznie przejętych bezczelnością władzy nikt nie będzie w stanie odróżnić od osobników pokroju Andrzeja Hadacza, który dość skutecznie kompromitował całe środowisko obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu.

Niewątpliwie należy protestować przeciwko zapraszaniu na Uniwersytety ludzi umoczonych w zbrodnicze systemy. Trzeba jednak przy tym uważać, by nie stać się mimowolnym narzędziem sił, które szukają tylko pretekstu do poszerzenia sfery kontroli kosztem naszej wolności, pod pozorem zapewnienia bezpieczeństwa.

wtorek, 8 stycznia 2013

Partia Zwalczania Przedsiębiorczości Rodzimej

W warszawskim Ratuszu kupcy z Dworca Centralnego przypięli się łańcuchami do mebli. Szczegóły relacji można przeczytać na portalu TVN Warszawa, czego serdecznie żałuję, ale co zrobić, gdy wszystkie źródła odsyłają właśnie tam... Warto odświeżyć sobie informacje z frontu walki z polską przedsiębiorczością, bo zasada jest podobna do likwidacji KDT. Nigdzie nie znalazłem odpowiedzi na stawiane niegdyś pytania do rządzącej Stolicą HGW. Jedyną interpretacją braku odpowiedzi na te pytania, jaka przychodzi mi na myśl jest uznanie, że inicjały Pani Prezydent są wystarczającą odpowiedzią.

Przypomnijmy trzy z pytań:
  1. Po co tak stanowczo usuwano siłą kupców, skoro następnego dnia po usunięciu nie rozpoczęła się rozbiórka Hali, a po rozbiórce natychmiast nie ruszyły żadne prace?
  2. Czy nie jest niegospodarnością pozbawienie miasta dochodu za wynajem powierzchni przez okres co najmniej roku? Nawet biorąc pod uwagę czas potrzebny do zlikwidowania Hali, spokojnie można było czerpać pożytki z jej istnienia co najmniej do lipca 2010 roku. Są to przecież zarówno opłaty za wynajem powierzchni jak i podatki odprowadzane przez kupców.
  3. Kto skorzystał na pozbawieniu miasta wyżej opisanych dochodów?
Pytanie o korzyści z walki z przedsiębiorcami z przejść podziemnych w okolicach Dworca Centralnego nasuwają same. Dla dopełnienia obrazu warto też zajrzeć do rejestru umów zawartych w ostatnim czasie przez Stolicę. Nie twierdzę, że miasto nie powinno organizować sylwestrowej zabawy, ale koszt tego jednego wydatku to prawie równowartość likwidacji nocnych przejazdów metra. Zasadność emisji spotu w programach TVN i TVN 24 w ramach kampanii Zakochaj się w Warszawie na Święta niewątpliwie nie podlega dyskusji. Po dofinansowaniu remontu stadionu Legii firmie ITI, marne 600 tys. z budżetu miasta to naprawdę drobiazg. Nocne metro to zupełnie co innego.

Poparcie mieszkańców Warszawy dla pani Holera Go Wie (pisownia zgodna z ortografią prezydencką) wydaje się utrzymywać na ciągle przyzwoitym poziomie, co może świadczyć tylko o jednym. Dominująca w Stolicy wykształcona i nowoczesna grupa jest świadoma ogromu prac, jakie konieczne są do podźwignięcia tego miasta z ruiny, do jakiej doprowadziły rządy nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zniszczony wizerunek mogą odbudować jedynie sprawne akcje promocyjne i huczne imprezy, z których wspólne powroty rozkopanymi ulicami miasta, przywołujące klimat czasów wojennych barykad, skutecznie zintegrują towarzystwo w oporze wobec warchołów i wichrzycieli.

Zwieranie szeregów jest bardzo ważne, zwłaszcza wobec silnych złodziejskich tradycji naszego kraju, które to tradycje według redaktora Lisa były głównym motorem protestów przeciwko ACTA. Mam co prawda wrażenie, że tradycje te są charakterystyczne nie dla naszego kraju, tylko dla formacji ideowej redaktora Lisa, o której wspominał niegdyś Rymkiewicz, ale oczywiście mogę się mylić.

Trzeba jednak uważać. Można bowiem przeoczyć tę granicę, której przekroczyć nie wolno i nawoływaniem do pokoju zacząć zagrażać porządkowi publicznemu. Dobitnie pokazuje to przykład Sebastiana Wasiaka, którego uwięziono po ostatnim Marszu Niepodległości. O sprawie na razie ciągle jest cicho, a niewątpliwie warto ją śledzić. Szczególnie polecam zainteresowanie młodym wykształconym wracającym nocną porą po radosnej balandze: nie należy przesadzać z okazywaniem miłości służbom porządkowym!


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Kamyczek do ordynacji wyborczej

Zmarł niedawno wielki orędownik wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych, prof. Jerzy Przystawa. Z hasłem wprowadzenia JOW jeździ od niedawna po kraju Paweł Kukiz. W moim odczuciu JOW jest warunkiem wstępnym do rozpoczęcia naprawy klasy politycznej w Polsce, ale wbrew temu, co bezmyślnie powtarzają przeciwnicy tego rozwiązania, nie jest żadnym panaceum. JOW jest jak powietrze: umożliwia konieczne do życia oddychanie, ale nie wyleczy żadnej choroby, ani nie zbuduje domów.

Warto jednak zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt ordynacji wyborczej. W 2010 roku powstała obywatelska inicjatywa, która przeszła zupełnie bez echa: Akcja: Twój głos ma znaczenie! Chodzi o zareklamowanie osobom deklarującym niechęć do pójścia na wybory możliwości oddania nieważnego głosu. Masowe oddawanie nieważnego głosu byłoby informacją negującą nihilistyczne interpretacje na temat biernych obojętnych ludzi. Jak można przeczytać na stronie akcji:
Prawie 60% wyborców nie chodzi na wybory. Mając do wyboru kłamcę albo kłamcę, nie wybierają nikogo. Jednak politycy i media przekonują nas, że te 60% wyborców to zobojętniali egoiści, dla których Polska nic nie znaczy i chodzi im tylko o to, by mieć co włożyć do garnka. Czy to jest prawda?

Nie wiemy tego, my Wyborcy, my Obywatele, a także Wy dziennikarze i Wy politycy, jak jest naprawdę. Jakimi pobudkami kierują się ludzie zostając w dniu wyborów w domu. Czy podyktowane jest to brakiem zgody na niszczenie godności Polski? Czy podyktowane jest to brakiem zainteresowania i lenistwem? Nie wiemy tego. Czy tak musi być?
Znajomi, z którymi dyskutowałem o tym pomyśle, nawet jeśli nie oskarżali mnie absurdalnie o odciąganie ludzi od ich partii, to wskazywali, że pomysł z reklamowaniem oddawania nieważnego głosu to ułatwienie wyborczych fałszerstw. Zawsze można powiedzieć, że masowo pojawiające się nieważne głosy to efekt społecznej kampanii.

W 2010 roku dałem się niemal przekonać, że ta akcja to nie najszczęśliwszy pomysł. Jednak ostatnio wpadła mi w ręce cienka książeczka, będąca klasyczną pozycją w temacie masowej komunikacji. Mowa o zbiorze różnych tekstów pod redakcją Vladimira Volkoffa "Dezinformacja. Oręż wojny". W artykule R. Mucchielli'ego, będącego fragmentem książki "La Subversion" wydanej w 1971 roku jest taki fragment:
Neutralizacja głosu wyborców. Bojkot każdej formy wolnych wyborów

Jest takie hasło, głoszone przez aktywistów wojny psychologicznej w krajach zachodnich, które budzi wielkie zdziwienie partii demokratycznych i związków zawodowych (zażartych obrońców głosowania powszechnego). To antydemo­kratyczne hasło brzmi: „Wybory, to oszustwo".

Luis Mercier Vega w swej książce Technika anty-państwa przytacza teksty proklamacji rewolucjonistów południowoamerykańskich. Podobne teksty, „przykrojone" do języka każdego narodu, spotykamy we wszystkich pro­klamacjach i ulotkach lewaków we wszystkich krajach, w których istnieje wolność słowa.

W roku 1962 w Wenezueli Front Rewolucyjny potępia „farsę wyboczą" (przewidziane na grudzień wybory do parlamentu i wybory następcy Betancourta na stanowisko prezydenta kraju) i uroczyście oświadcza, że ją uniemożliwi.

Camillo Torres zapewniał w 1966 roku Kolumbijczyków: „Lud wie, że legalne drogi prowadzą donikąd. Lud wie, że pozostała tylko droga walki zbrojnej."

W lipcu 1966 Ruch Rewolucyjnej Lewicy oznajmiał Peruwiańczykom: "Jako ruch autentycznie rewolucyjny, odrzuciliśmy drogę kompromisu i poro­zumienia z wyzyskiwaczami, odrzuciliśmy burżuazyjny system wyborczy..."

Widzieliśmy już wyżej, że ta nieufność do głosowania powszechnego, racjonalizowana za pomocą najróżniejszych argumentów, jest logicznym następstwem woluntarystycznej koncepcji rewolucji.

Przy okazji należy rozprawić się z chybionym zarzutem, jaki opozycyjne par­tie demokratyczne wysuwają pod adresem lewaków, oskarżając ich o "obiek­tywne dopomaganie rządowi", ponieważ wyborcy, zaniepokojeni ich działaniami wywrotowymi z użyciem siły, skłonni są masowo głosować na istniejące władze. Jest to zarzut chybiony z dwóch powodów:

— z jednej strony, zawarte w domyśle oskarżenie posłów większości — "zostaliście wybrani dzięki powszechnemu strachowi, a więc w nienormal­nych okolicznościach i nie jesteście reprezentatywni" — osiąga cel zamierzony przez wrogów systemu, podważając go. Reprezentanci większości mają kom­pleks winy i nie odważają się podejmować żadnych radykalnych kroków w obronie państwa. Nie przychodzi im do głowy, że ich wybór w takich właśnie warunkach był swoistym ogólnonarodowym referendum na rzecz zachowania dotychczasowego porządku;

— z drugiej strony, udział w wyborach, mimo warunków, w jakich przebiegały, świadczy wymownie, że grupki rewolucyjne stanowiące emanację przedsięwzięcia destabilizacyjnego nie zdołały zastraszyć głosujących. Organi­zując lepiej destabilizację i terror, rzeczywiście uniemożliwią wybory, jak to obiecywał Front Rewolucyjny w Wenezueli, sparaliżują masy i większość stanie się definitywnie milcząca.
Nieco wcześniej ten sam autor zauważa:
Skonstatować należy, że społeczno-ekonomiczne uwarunkowania rewolucji (wyzysk, nędza, bezrobocie, wyalienowanie władzy troszczącej się jedynie o interesy uprzywilejowanej mniejszości, itd.), a nawet uwarunkowania polity­czne (pozbawienie praw politycznych, terror, narzucona ideologia, pozbawienie praw obywatelskich, itp.) stają się motorem rewolucji tylko wtedy, gdy istnieją rewolucyjne nastroje, wola walki. To właśnie "stan umysłów" wywołuje rewolucję; w przeciwnym razie mamy do czynienia z rezygnacją płynącą ze strachu lub poszanowania władzy.[...]

Wiele się mówiło i nadal mówi o "milczącej większości", to znaczy przytłaczającej większości obywateli każdego z krajów „obrabianych" przez dywersję, i dziwi się jej obojętności. Stanowi ona mityczną nadzieję rządów wystawionych na próby destabilizacji.

Tymczasem milcząca większość jest wytworem dywersji. Jednym bo­wiem z celów i działań dywersyjnych jest właśnie sparaliżowanie i spowodowa­nie zobojętnienia mas. Jeśli czytelnik uważnie zapoznał się z omówionymi przez nas koncepcjami woluntarystycznych rewolucjonistów, niewątpliwie wydedukuje z nich "logikę" neutralizacji przytłaczającej większości obywateli przez dywersję: w przeciwieństwie do realistycznej koncepcji rewolucji, koncepcja woluntarystyczna nie potrzebuje — jak widzieliśmy — ani powszechnego powstania, ani aktywnego udziału "ludu". Zdobycie władzy będzie dziełem małej grupki, nielicznej mniejszości, tej, która wie, czego chce i co robi (nawiasem mówiąc — tylko ona jedna to wie). Sprawą zasadniczej wagi jest więc, żeby w momencie przejmowania władzy nie doszło do żadnej przeciwstaw­nej interwencji. Co za tym idzie, działania wywrotowe implikują narzucenie większości milczenia; milczenia równoznacznego z apatią, a nie deza­probatą dla wywrotowców, jak się to zbyt często pochopnie sądzi.
Co jest zatem bardziej niebezpieczne dla demokracji? Kilka głosów dorzuconych do urny przez nadgorliwego i nie rozumiejącego zasad członka wyborczej komisji? Czy obojętność mas przyzwalających swoją nieobecnością w lokalu wyborczym na niszczenie autorytetu państwa przez niekompetentnych jego funkcjonariuszy? Czy gdyby frekwencja skoczyła do 70% przy liczbie nieważnych głosów 30% to by świadczyło o fałszerstwach, czy raczej o skorzystaniu z tej formy zakomunikowania własnej obywatelskiej aktywności i gotowości do minimalnego chociaż działania?

Podobno na Ukrainie jest możliwość zaznaczenia krzyżykiem opcji wyboru: "ŻADEN". To jest bardziej jednoznaczne, ale w naszej ordynacji wyborczej tej możliwości nie ma. Warto dołączyć ten postulat do żądanych zmian. Tymczasem dla zniesmaczonych jakością całej polskiej sceny politycznej pozostaje nieważny głos. Warto się zastanowić czy może jednak nie spróbować zachęcić zniechęconych do tej formy wyrażenia swojego zniesmaczenia...

sobota, 15 września 2012

Autostrady zgodnie z planem?

Kilka dni temu pojawiła się informacja, że Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad oraz irlandzkie konsorcjum z firmą SRB Civil Engineering zrezygnowały z budowy trzech odcinków autostrady A1 od Torunia do Kowala. Zatem zgodnie z przewidywaniami pesymistycznych sceptyków wybudowanie jedynej autostrady w osi północ-południe nie jest już opóźnione do końca tego roku, ale zdecydowanie odsuwa się na kolejne lata.

Informacja nie wzbudziła szerszego zainteresowania, bo przecież przyzwyczailiśmy się do rzekomej nieudolności instytucji zarządzających publicznymi projektami oraz do tego, że uwaga mediów skupiona jest raczej na analizach premiera, czy dziennikarz prowokujący sędziego do pokazania prawdziwej twarzy zachowuje się moralnie czy nie.

Nieudolność instytucji państwa jest tylko pozorna, ponieważ już przy odrobinie chęci nie da się nie zauważyć konsekwentnej realizacji określonych strategii. Autostrada A4 dotarła z Niemiec do Krakowa w zasadzie bez przeszkód i posuwa się już nieco oporniej dalej na wschód. Żeby powstała autostrada z Berlina do Warszawy stanięto na głowie sprowadzając, w ostatniej przed Euro2012 chwili, specjalne maszyny, które przyspieszyły prace.

Tymczasem autostrada z Gdańska do południowej granicy istnieje w krótkich odcinkach, poprzedzielanych obszarami z siecią wąskich korkujących się lokalnych dróg. Podobnie zresztą gdańska linia kolejowa, która od kilku lat jest remontowana i o ile podróż z Krakowa do Warszawy trwa obecnie niecałe 3 godziny, o tyle podróż z Warszawy do leżącego niewiele dalej Gdańska, trwa dzisiaj w najlepszym wypadku ponad 6 godzin. A przecież konieczność istnienia sprawnej komunikacji na linii północ-południe jest rozpoznana od co najmniej lat 30-tych XX wieku.

Eugeniusz Kwiatkowski, twórca przedwojennych koncepcji gospodarczych, inicjator powstania portu w Gdyni oraz Centralnego Okręgu Przemysłowego rozumiał doskonale na czym polega waga gospodarczej niezależności i wpuszczenia naszego handlu w kanały komunikacyjne niezależne od rosyjskiej i niemieckiej potęgi. Dlatego obok nie należącego do Polski portu w Gdańsku powstał POLSKI port w Gdyni. Dlatego rozpoczęto zagospodarowywanie zaniedbanych przemysłowo terenów centralnej Polski. Niestety nie udało się stworzyć kanałów sprawnej komunikacji umożliwiającej terenom południa na sprawne dotarcie do nadbałtyckiego portu.

W przemówienia wygłoszonym 5 lutego 1937 r. w trakcie obrad Komisji Budżetowej Sejmu RP podczas debaty nad ustawami inwestycyjnymi, Eugeniusz Kwiatkowski mówił:
Mogą Panowie przestudiować mapę, która wyraża syntezę sieci komunikacyjnej Polski z roku 1918. Sieć ta składa się z 6 równoległych arterii, atakujących z zachodu granice Polski, i z kompleksu, który w formie promieni wypływa z Warszawy na wschód, jak gdyby dla łatwej ewakuacji. Moglibyśmy stwierdzić, że prawie do ostatnich lat usiłowaliśmy – nieświadomie – wzmocnić niektóre założenia komunikacyjne zaborcze, a słabo rozbudowaliśmy własne, które dadzą się ściśle wydedukować z potrzeb gospodarstwa polskiego.
Dziś jak widać robi się wszystko, aby koncepcja skomunikowania silnie uprzemysłowionego Śląska z portowym wybrzeżem Bałtyku, czy północnymi nadbałtyckimi sąsiadami nie została zrealizowana. Port morski nie ma szansy funkcjonować bez towarzyszącej lądowej infrastruktury transportowej. To jest jedna z ważniejszych przyczyn, dla której polskie porty nie mają większych szans na skuteczną konkurencję w przepływie towarów w regionie.

Inwestycje infrastrukturalne są nie tylko czaso- i kapitałochłonne, inwestycje te wymagają precyzyjnego przemyślanego planu, sprawnej realizacji i kompetentnego centralnego nadzoru. Nietrafiona albo źle zrealizowana inwestycja oznacza nie tylko marnotrawstwo funduszy publicznych, ale także olbrzymie koszty społeczne w postaci utraconych szans.

Znowu Kwiatkowski w 1937 roku zauważa, iż:
nie byłoby – w nakreślonych warunkach – większego nonsensu, jak dzielenie zmobilizowanych funduszów inwestycyjnych na powiaty czy okręgi, a nawet częściowo i na autonomiczne zagadnienia, przy zastosowaniu szablonowych proporcji czy targów resortowych. Przeciwnie, okazało się z całą wyrazistością, iż na przykład linia kolejowa, zbudowana w okręgach centrowych, a łącząca 2 przerwane arterie na kresach, może oddać nieocenione usługi najdalszym kresom wschodnim, choć terytorialnie nie tam ulokowana będzie dana inwestycja.
Czy sprawna realizacja dużych projektów jest w ogóle możliwa? Ostatnie lata utwierdzać mogą Polaków w głębokim przekonaniu, wyniesionym z czasów poprzedniego ustroju, że „nic-nie-da-się”. Nic bardziej błędnego! Trzeba jedynie dostosować środki do założonych celów.

Jeśli celem jest stworzenie technologicznej pustki na terenach niziny środkowoeuropejskiej służącej jako strefa buforowa między całkowicie odmiennymi cywilizacyjnie potęgami – pielęgnujmy aferami poczucie w tubylcach że „nic-nie-da-się” i budujmy kanały szybkiego transportu wschód-zachód. I ten właśnie cel jest realizowany w Polsce obecnie.

Jeśli celem jest stworzenie warunków do rozwoju społeczeństw środkowej Europy – trzeba wytworzyć komunikacyjną infrastrukturę północ-południe, by uczynić opłacalną wymianę handlową w tej osi, co z kolei umożliwi rozwój tych obszarów. Żeby skutecznie realizować ten cel należy stworzyć warunki dla działania małych specjalistycznych zespołów ludzi, którzy są w stanie skoordynować niezbędne działania. Stworzenie tych warunków natomiast, to nic innego jak wytworzenie w sobie samym przekonania, że „da-się” i okazania wsparcia dla innych podzielających tę opinię. Masowe społeczne poparcie dla formacji politycznych mających nie tylko taki pozytywny program rozwojowy, ale też poczucie konieczności jego realizacji – będzie tylko kwestią czasu.

Na razie dalecy jesteśmy jako społeczeństwo od tego pierwszego kroku, gdyż tkwimy w przerażeniu albo przed postępującym rozkradaniem naszego państwa przez niemal jawnie działające mafie, albo trwamy sparaliżowani strachem przed rzekomym dążeniem do wywołania wojny czy innych kataklizmów. Strach jest naturalną reakcją na sytuację zagrożenia. Odwaga, to nie brak strachu, tylko umiejętność skutecznego działania pomimo strachu. Odważny też się boi, ale potrafi z opresji skutecznie się wydostać.

I jeszcze słowo Kwiatkowskiego o metodzie realizacji infrastrukturalnych działań Państwa:
Wszystkich obaw nie usuniemy i nie pokonamy, gdyż sprawy, które dziś chcemy załatwiać, dotyczą przyszłości. Dlatego projektuję, przynajmniej w odniesieniu do inwestycji o charakterze ściśle gospodarczym, włączyć jeszcze dwa elementy, które korygowałyby stopniowo możliwe błędy: pierwszy – to powołanie do życia małego, ale sprawnego i fachowego komitetu poza biurokratycznego, który by omawiał zasadnicze linie planu, harmonizował poczynania z potrzebami życia gospodarczego i alarmował w razie zauważenia jakichś braków; drugi – to publiczna sprawozdawczość z prac dokonanych.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Amber Gold jako Madzia

Lech Wałęsa słynie z różnych powiedzonek, które z reguły nigdy nie grzeszyły logiką, ale miewały niewątpliwy urok nieoczywistej błyskotliwości. Obecny prezydent wyraźnie próbuje nawiązać do chlubnej tradycji spontanicznych bon motów, ale niestety jak to często z naśladowcami bywa, często brakuje nie tylko logiki, ale i uroku. Choć nie można mu odmówić twórczego rozwinięcia w pewnym określonym kierunku, dzięki czemu do potocznego języka na stałe weszło pojęcie "prezydenckiej ortografii".

Jak wiadomo nie ma reguły bez wyjątków, z wyjątkiem języka esperanto, co tylko potwierdza regułę dotyczącą reguł. Dlatego wyjątkowo muszę zgodzić się z pewną oceną prezydenta Komorowskiego, którą sformułował w zupełnie innym kontekście, jednak w przypadku Amber Gold pasuje jak ulał: w moim przekonaniu sprawa jest w sposób arcybolesny prosta.

Otóż sprawa Amber Gold jest sprawą dla prokuratury. Zostało popełnione przestępstwo, bo istnieje przepis, w myśl którego osoba skazana nie powinna zasiadać we władzach spółki. Zatem Marcin P. jako recydywista z kilkoma wyrokami w zawieszeniu (co jest kolejnym kuriozum tej sprawy) powinien dawno siedzieć w więzieniu i zamykane powinny być kolejne osoby, które umożliwiły mu przebywanie na wolności i prowadzenie przestępczego biznesu.

Tymczasem Minister Sprawiedliwości, Jarosław Gowin w rozmowie z Anitą Czupryn przyznaje otwarcie:
Dlaczego Marcin P. przebywa na wolności, to jest pytanie, które mnie nurtuje od momentu, gdy usłyszałem, że prokurator nie wystąpił o areszt dla niego. Nie rozumiem tej decyzji, bo gdzie, jak nie w tej sprawie mamy groźbę mataczenia, pomijając już rangę zarzutów.
Wcześniej w jednym z dzienników telewizyjnych usłyszałem, jak zapytany przez dziennikarzy, dlaczego prezes spółki Amber Gold nie przebywa w areszcie, odpowiedział tylko: "Jako obywatel zadaję sobie dokładnie to samo pytanie."

To ja jako obywatel zadaję sobie pytanie, co ten facet jeszcze robi na stanowisku Ministra Sprawiedliwości i od czego jest cała kierowana przez niego instytucja? Od posiadania nazwy? Piotr Staruchowicz pomówiony przez jakiegoś "świadka" bez podania jakichkolwiek szczegółów okoliczności popełnienia rzekomego przestępstwa siedzi w areszcie bez wyroku od 28 maja br. Natomiast wielokrotnie skazany przestępca oskarżony o wielomilionowe przekręty odpowiada z wolnej stopy? Czy Piotr Staruchowicz także przesiedzi w areszcie tymczasowym 12 lat jak pewien niewinny człowiek oskarżony o morderstwo? Moja wyobraźnia nie musi tego ogarniać, bo nie musi sobie niczego wyobrażać. To się dzieje naprawdę.

Gowin dodaje, że sądy rejestrowe "nie mają obowiązku sprawdzania i weryfikowania, czy ktoś figuruje w rejestrze karnym". Sądy rejestrowe obowiązku takiego może i nie mają, ale istnieje prokuratura, która ma obowiązek reagować w przypadku popełnienia przestępstwa. Gdzie była zatem prokuratura przy kolejnych wyrokach za tego samego rodzaju przestępstwa wydawanych w zawieszeniu???

Miał rację Jacek Żakowski, gdy stwierdził, że "biedny Michał Tusk stał się "Madzią" tego sezonu." Nie tylko Michał Tusk. Dopóki Madzia była poszukiwana przez całą Polskę, to zainteresowanie mediów było całkowicie zrozumiałe - chodziło o życie dziecka. Gdy sprawa znalazła swój tragiczny finał, opinia publiczna powinna być poinformowana jedynie o wysokości wyroku skazującego i koniec. Tymczasem ciągnie się ten brazylijski serial, którego wszyscy mają dosyć, ale który wielu  ogląda w swoim domu próbując zrozumieć, dlaczego to ciągnięcie szopki jest ważniejsze od podjęcia realnych działań przez instytucje państwa? Państwa, które podobno zdało egzamin w obliczu arcybolesnej sprawy.

W przypadku Amber Gold, tej w arcybolesny sposób prostej sprawie, w zasadzie wszystko jest jasne: oszust zrobił "biznes", który nie jest biznesem. Wymiar sprawiedliwości popełnił przestępstwo nie sadzając oszusta do więzienia przy drugim wyroku skazującym. Zamiast tasiemcowego serialu o tym, że klienci Amber Gold powinni być przezorni, odpowiedzialni za zaniechania funkcjonariusze powinni jak najprędzej zostać zawieszeni w pełnieniu obowiązków, a następnie pociągnięci do odpowiedzialności poprzez podzielenie celi z rzeczonym oszustem. O politykach nie wspominam, bo ich odsunąć od władzy powinni obywatele. Ale czy są jeszcze jacyś obywatele w tym państwie kolesiów?

W normalnie funkcjonującym demokratycznym państwie prawa bylibyśmy informowani o głębokich powiązaniach osób, które siedzą w wiezieniu oczekując na towarzystwo kolejnych osób pomagających im w przestępczym procederze. Tymczasem generowana jest dymna zasłona niejasnych sugestii o możliwości mafijnych powiązań z tajnymi służbami i samorządowymi decydentami. Kto ma oczy do patrzenia ten widzi, że ta finansowa piramida zarządzana przez wielokrotnego przestępcę nie mogła by funkcjonować bez cichego przyzwolenia odpowiednich osób blokujących działania kontrolne odpowiednich instytucji.

Tymczasem Minister Sprawiedliwości zajmuje się nurtowaniem. Prokuratorzy zamiast reagować na popełniane przestępstwa odwracają twarze udając, że nic nie widzą. Pomijając nieliczne wyjątki, dziennikarze podgrzewają dymne wrzutki unikając jak ognia głębszych analiz przyczyn zaniechania czynności przez system pilnowania przestrzegania prawa. Klienci Amber Gold, którzy przecież są także Obywatelami zamiast żądać natychmiastowych zdecydowanych działań, wykazują duży poziom zrozumienia, że "sprawa jest tak zawikłana i tak głęboko sięga, że przecież i tak nic się nie da zrobić, więc pozostaje tylko wewnętrzna irytacja, bo polityka to szambo, którego nie warto dotykać".

I tak wszyscy razem, każdy na swoim polu, godzimy się jako społeczeństwo na nowoczesne niewolnictwo, nie reagując już nawet wtedy, gdy okradają nas zupełnie realnie. Wystarczy groźba utraty pracy jeśli nie będziemy cicho, by nie przeszkadzać, a często wręcz wspierać system, w którym dowcip z prezydenta to zbrodnia, zaś kradzież milionów to nie przestępstwo.

Trwajmy dalej, biernie oglądając kolejne seriale, własną aktywność analityczna ograniczając do powtarzania pytań: No jak tak można?! Co to za szuja?! Zamiast "świadczących o skłonnościach do spiskowych teorii" żądań odpowiedzialności winnych zaniechań prokuratorów, sędziów i ministrów, wykazujmy "obywatelską postawę" wyrozumiałości dla polityków, którzy jak minister Gowin wzruszają ramionami. By żyło się lepiej. Kolegom.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Mackiewicz - "Zwycięstwo prowokacji"

Jak wiadomo historię piszą zwycięzcy, zatem rzadko analizowane są ich zbrodnie popełnione na drodze do tegoż zwycięstwa. Brak analizy skutkuje gmachem stereotypów zbudowanych odpowiednio skonstruowaną propagandą, który to gmach porządkuje świat i pozwala szybko i bezboleśnie rozstrzygnąć co jest dobre, a co złe, jak oceniać bieżące wydarzenia. Rolą intelektualistów jest poddawać w wątpliwość filary tego gmachu, poprzez próby reinterpretacji potwierdzić moc fundamentów, albo rozpoznać przestrzenie wymagające architektonicznej korekty. Czasem próby obciążeniowe przekraczają granice weryfikacji zamieniając się w dekonstrukcję gmachu, który wcale niełatwo odbudować. Podniesienie idei dekonstrukcji do poziomu cnoty głównej nie powinno jednak wywoływać w intelektualistach obronnego odruchu negacji jakichkolwiek rozważań poddających w wątpliwość istniejące systemy wartości. Unifikacja aksjologiczna jest przeciwnym biegunem totalnego dekonstruktywizmu i nie ma nic wspólnego z wolną myślą wolnych ludzi.

Dlatego z dużą satysfakcją przeczytałem tekst Krzysztofa Kłopotowskiego, który stosując - zachwalaną przez wielkiego politycznego analityka Józefa Mackiewicza - metodę porównawczą, przykłada tę samą humanitarną linijkę do postaw osób stojących na przeciwległych biegunach swojej epoki: Churchilla i Hitlera. Wśród czytelników wywołuje tym tekstem, co zrozumiałe, lawinę sprzeciwów, ale co również nie zaskakuje w dzisiejszym zunifikowanym post-bolszewickim świecie, wśród innych publicystów nie wzbudza niemal żadnej reakcji.

Niejako zamiast polemiki chciałbym skorzystać z okazji, aby przytoczyć słowa Józefa Mackiewicza, dotyczące kwestii, która jest osią główną bolszewickiej propagandy nieustającej "walki o pokój". Niepotrzebność wojny z Hitlerem, o której wspomina Kłopotowski, jest o tyle słuszna, że dużo potrzebniejsza była (i być może jest) dla obrony światowej wolności wojna z bolszewizmem. Humanitarne aspekty wojny totalnej były (i są) elementem bolszewickiej propagandy, która maskuje ideologiczne dążenie do likwidacji jakiegokolwiek humanitaryzmu. (Zastrzegam, że imputowanie mi sugestii, że Pan Krzysztof Kłopotowski wpiera bolszewicką propagandę będzie przejawem klasycznej bolszewickiej prowokacji.) Warto, pamiętając o tym, że nalot bombowy na Drezno kosztował życie przynajmniej czterokrotnie większej liczby cywilów niż atomowa bomba w Hiroszimie, rozważyć, czy może cała długa II wojna światowa nie była efektem zaniechania zbrojnego oporu wtedy, gdy do rozgromienia niemieckiej machiny wojennej potrzeba było znacznie mniejszych sił. Warto to rozważyć zwłaszcza w kontekście rosyjskiej agresji na Gruzję w 2008 roku.

W imię troski o światowy pokój ZSRR przygotowywał się do ataku na zachodnią Europę przed 1941 rokiem. Pod hasłem walki o pokój przygotowane były plany ataku na zachodnią Europę w czasach Zimnej Wojny, który to atak ziemie pomiędzy Odrą a Bugiem miał zamienić w nuklearna pustynię. Także w imię obrony pokoju dzisiaj co chwilę można usłyszeć komunikaty o dozbrojeniu rosyjskiej armii...

Oddajmy głos Józefowi Mackiewiczowi z jego ważnej i ciągle przemilczanej książki "Zwycięstwo prowokacji":
"Nie dopuścić do przelewu krwi!" - Jest to hasło najbardziej rozpowszechnione w całym świecie, szczególnie podkreślane przez najwyższy autorytet moralny, jaki reprezentuje w tym świecie Głowa Kościoła Katolickiego. Nie dopuścić do przelewu krwi w walce z komunistami.

Mieszkam w Niemczech i trafiała mi do rąk drobna notatka gazetowa pewnej statystyki niemieckiej: w ciągu ubiegłego roku 1981 w wypadkach samochodowych zginęło na drogach NRF: 11.800 zabitych i 470.000 rannych (z których znaczny odsetek zmarł następnie w szpitalach lub został okaleczony na resztę życia). Nie miejsce tu na przytaczanie i analizę statystyk porównawczych. Tak jest w jednym, niezbyt dużym, kraju Europy. Wszelako wiemy, że statystyka analogiczna wykazuje - mniej lub więcej - ten sam procent we wszystkich krajach Europy. A w całym świecie? Cyfry te, zaokrąglone prowizorycznie, idą w miliony. W pomnożeniu na lat np. dziesięć, wyniosłyby... - Nierozsądnie, naturalnie, byłoby wymagać od papieża, czy innych instancji światowej moralności, by postępiały rozbudowę światowego ruchu samochodowego, lub zgoła domagały się zniesienia go. Można jednak sobie wyobrazić ten wielki krzyk, jaki by się podjął, gdyby tyle samo ludzi ginęło w walce z komunizmem. A przecież opanowanie kuli ziemskiej przez komunizm światowy wydaje się sprawą wielokrotnie ważniejszą niż rozwój ruchu samochodowego. Z tego zestawienia ludzie mogą się słusznie śmiać. Niemniej widzimy, że nie o sam przelew krwi chodzi, lecz o cele, w jakich się narozlewa.

Podobnie jest z potępieniem wojny. Każdej wojny, tak się mówi. Ale mówi się niesłusznie. Znany publicysta brytyjski, Philip Vander Est, opracował w r. 1979 obszerne dzieło obejmujące statystykę mordów komunistycznych. Według tego opracowania, począwszy od roku 1917, czyli od "Wielkiej październikowej", komuniści wymordowali 143 miliony ludzi... Tzn. wielokrotnie więcej niż w ciągu swego życia i wojen zdołał wymordować Hitler. (Zauważmy na marginesie: w Rosji carskiej od r. 1821 do r. 1906 stracono zaledwie 997 ludzi). Trudno sobie wszakże wyobrazić, aby papież i moralność opinii publicznej mogły ocenić dzisiaj wojnę przeciwko Hitlerowi jako "zbrodnię"... Oczywiście, że niepodobna sobie wyobrazić. Każdy zgodzi się z tym, że była to wojna słuszna, i bez tej wojny hitleryzm mógłby w dalszym ciągu szaleć na ziemi. Dlaczego jednak w takim razie wojna przeciwko komunizmowi ma być "zbrodnią"?... Mnie się zdaje, że każda wojna przeciwko zbrodniarzowi winna być uznana za słuszną i sprawiedliwą.

Wojen tak czy owak, nie wykreśli się z życia ludzkości. W ciągu ostatnich 300 lat mieliśmy tylko 60 lat bez wojen. Od roku 1945, czyli od końca ostatniej światówki, było ich na ziemi: czterdzieści...

Wymyślono super-straszak: wojna atomowa, która może zniszczyć naszą planetę. Po każdym nowym wynalazku, od nowego systemu łuków począwszy, poprzez artylerię, karabiny maszynowe, gazy trujące przepowiadano koniec ery wojen, jako zbyt niszczącej. Nic się nie sprawdziło. Hiroszima do teraz uchodzi za symbol odstraszający. Ale nie mówi się o tym, że bombardowanie Drezna przez bombowce alianckie w ostatniej wojnie, zwykłymi bombami lotniczymi, pociągnęło za sobą czterokrotnie więcej ofiar. Nie mówi się, bo nie wypada.

To, co wypada, a "nie wypada" mówić, jest wielkim hamulcem w naszym rozwoju intelektualnym, w ogóle. A już politycznym, w szczególe. (s.256-257)
Warto przypomnieć także, co w komunizmie było istotą systemu zniewolenia ludzkiego ducha. Dlaczego komunizm był i może jest tak niebezpieczny? Dlaczego jest groźny nie tyle dla poszczególnych narodów, ale dla całej indywidualistycznej kultury euroamerykańskiej. Inne autorytaryzmy i totalitaryzmy zniewalały ludzi fizycznie, wyraźnie rozgraniczając i definiując kto jest panem, a kto niewolnikiem. Istotą komunizmu jest uniwersalistyczna niewola ducha, wobec której tradycyjne metody kulturowej obrony nie działają. Mechanizm zniewolenia jest doprowadzony do takiej doskonałości, że często otwiera szereg furtek umożliwiających człowiekowi zaakceptować niewolę z poczuciem zachowania własnej osobowościowej i kulturowej autonomii.
Fenomen komunizmu. – O komunizmie napisano tysiące książek. Chciałbym tu wskazać na fenomen, moim zdaniem, najbardziej charakterystyczny. Jest nim odebranie ludzkim słowom ich pierwotnego znaczenia. Fenomen ten występuje pod rozmaitą postacią. Czasem chodzi tylko o zamącenie znaczenia słowa, czasem o nadanie mu wręcz odwrotnego sensu. To zdegradowanie mowy ludzkiej, a tym samym głównego instrumentu kultury ludzkiej, do rzeczy bez wartości, występuje w epoce po XX, a zwłaszcza po XXII, zjeździe partii i "destalinizacji", w sposób może jeszcze bardziej rażący niż w okresie Lenina – Stalina. Nigdy bowiem z taką wyrazistością nie stwierdzono dotychczas z trybuny partyjnej, że miliardy słów, wygłaszane w przeciągu dziesiątków lat w najwyższych areopagach politycznych, w literaturze, w teatrach, w szkołach, na wiecach etc. nie tylko nie mają żadnego pokrycia w rzeczywistości, ale zwalniają od odpowiedzialności wskutek masowego charakteru.

Zarówno w samym Związku Radzieckim, jak w jego filiach "ludowych", przy całkowitym zachowaniu ustroju, główni aktorzy pozostali z reguły na swych stanowiskach, mimo iż lata całe mówili i pisali rzeczy dzisiaj potępione. Byle dzisiaj mówili i pisali to, co jest nakazane. Zresztą w tych samych słowach i tym samym tonem. To administrowanie z góry sensem, a raczej bezsensem słów, przybrało rozmiary nie notowanej w dziejach żonglerki. Tak np. procesy czystek stalinowskich z lat 1936/38 i pokajania starych komunistów, poddanych bądź co bądź nie znanym bliżej represjom, wydać się mogą mniej dziwne, niż w roku 1961 oskarżanie Woroszyłowa, zasiadającego na podium prezydialnym, w obliczu 5 tysięcy delegatów z całego świata. Co za fenomenalny nacisk psychologiczny, aby starzec całe życie poświęciwszy rewolucji bolszewickiej, mógł się w takich warunkach kajać w sposób najbardziej absurdalny! Tym razem nie z więzienia, a z wolnej stopy...

Możliwe to jest tylko w systemie, który na zdewaluowanie ludzkiego słowa zużywa w istocie materialną energię bloku państw obejmującego największy obszar na świecie. Rzecz jest bez precedensu, gdyż przeciw deprecjacji słowa nie wolno w ustroju komunistycznym bronić się nawet milczeniem. Odwrotnie, wszyscy muszą mówić. Mówić to co im się każe.

W ten sposób komunizm staje się w hierarchii zjawisk politycznych fenomenem nadrzędnym, ponadnarodowym i ponadpaństwowym. W żadnym razie nie może być identyfikowany z Rosją, tak samo zresztą jak z żadnym narodem czy państwem na świecie. Przez pozbawienie słów ich pierwotnego znaczenia, nazywanie agresji "wyzwoleniem", niewoli "wolnością", nietolerancji "tolerancją", nominacji "wyborami" etc. etc. zmierza do zmuszenia nie narodu, lecz wszystkich ludzi, do posługiwania się językiem – na własną niekorzyść. Tzn. obiecując w nagrodę za wyrzeczenie się dotychczasowych słów, kultury i wolności ducha – niewolę totalną. (s.52-53)
Czymże innym jest dzisiejsze potępienie wszelkich przejawów patriotyzmu jako faszyzmu? Czym jest oburzenie na poddawanie w wątpliwość zgodności działania Komisji Europejskiej z podstawowymi zasadami demokracji? Czym jest ostracyzm wobec wybranych w demokratycznych wyborach polityków, którzy reprezentują inne niż obowiązujące nurty polityczne? Ostracyzm wobec Austrii, poprzedzone nagonką powtórzenie referendum w Irlandii, medialne szczucie na prezydenta Polski, Czech, a obecnie Węgier? Unia Europejska poczuła się na tyle silnie, że przestała już dbać o pozory i zamiast uznać demokratyczne wybory poszczególnych narodów nominowała własnych urzędników na premiera Grecji, Włoch i niedługo pewnie pozostałych krajów.

Józef Mackiewicz bezkompromisowo piętnował panujący powszechnie bolszewizm, który zaraził również, używając języka Lenina, głuchoniemych ślepców, czyli pożytecznych idiotów w kręgach zachodnich intelektualistów (może lepiej powiedzieć pseudointelektualistów). A ponieważ trudno było znaleźć sensowne kontrargumenty do ostrych jak brzytwa wywodów przemilczano po prostu jego wypowiedzi, ewentualnie w ostateczności uciekano się tak wtedy jak i dzisiaj do wyzwisk, obelg, oszczerstw i insynuacji, nazywając Mackiewicza np. hitlerowskim kolaborantem. Tymczasem stosunek Mackiewicza do Hitlera jest jednoznacznie negatywny, bowiem hitleryzm w jego poczuciu był czynnikiem dającym potężne wsparcie bolszewickiej propagandzie na drodze do światowego zniewolenia komunistyczną ideologią.
Decyzje Hitlera miały tylko pozory polityki państwowej. W istocie był to łańcuch nieobliczalnych wyskoków osobistych. Pod tym względem komuniści, choć nie gwoli ustalenia prawdy obiektywnej, a dla swoich celów, używają jednak bardziej ścisłej terminologii: "hitlerowska polityka", "hitlerowski najazd", "hitlerowskie metody" itd. Hitler zrzucił po prostu z biurka montowany przezeń "pakt antykominternowski" i wygłosił przemówienie: "...Niemcy raz tylko prowadziły wojnę z Rosją i nigdy tego więcej czynić nie będą ..." W tej nieoczekiwanej transformacji pojęcia "Komintern" w pojęcie "Rosja" doszukać by się można niejakiego nawiązania do Stresemannowskiej polityki. Ale już karykaturalne hasło: "żydowski bolszewizm", pod jakim nastąpił kolejny zwrot w 1941, świadczy o zupełnej dowolności emocjonalnych pomysłów Hitlera. (s.121) [...]

Ten, kto przeżył ostatnią wojnę sowiecko-niemiecką i widział to, co się działo w początkach na własne oczy... Właśnie nie wypada o tym opowiadać głośno. Bo wkroczenie Hitlera w czerwcu 1941 przyjęte zostało powszechnie przez całą ludność, w tym rosyjską w szczególności - jako "wyzwolenie". Ale kto opowiadał się za Hitlerem, ten jest w oczach opinii "zły". Nie będę przytaczał przykładów powszechnie znanych, i zresztą zafiksowanych w licznych dziełach: całe armie sowieckie poddawały się masowo, przechodziły na stronę najeźdźcy. A ludność witała go chlebem i solą. Liczba jeńców w ciągu pierwszych miesięcy doszła do niebywałej cyfry wielu milionów. - Jednakże Hitler przegrał wojnę...

Znamy Hitlera i jego system niezliczonych zbrodni. Mniej znana natomiast jest jego bezgraniczna głupota; głupota jego systemu i jego koncepcji politycznych. Miał on wojnę już wygraną w kieszeni, zanim przekroczył sowiecką granicę. I zrobił wszystko, aby - ją przegrać... Hitler nie walczył z komunizmem. Jest tej "nie-walki" pokazowym przykładem. Walczył z narodami i "rasami". Za wroga uważał nie komunizm, lecz "rasę żydowską", narody słowiańskie. Bolszewizm był dla niego tworem rasy żydowskiej; ludzi wschodnio-europejskich traktował za "pod-ludzi". Sam będąc rewolucjonistą, i przede wszystkim nacjonał-socjalistą - nienawidził wszelkiej kontrrewolucji i zresztą wszelkiej "prawicy", z duszy całej. Wielokrotnie mówił, że żołnierz niemiecki walczy na wschodzie z Sowietami, nie po to, by wprowadzać stan kontrrewolucyjny w Rosji. Porównywał Rosjan do ludzi "z błota"... W ten sposób "wyzwolenie", którego się spodziewano, zamienił w krwawe deptanie godności ludzkiej. Zamienił "wyzwolenie" we własna klęskę... A mimo to, jeszcze miliony ludzi. (Rosjan 1.800.000, Ukraińców, Białorusinów, mieszkańców Krajów Bałtyckich, Kaukazu, Donu, Azjatów etc.) wytrwało po hitlerowskiej stronie antysowieckiej z bronią w ręku do końca. Tak wielką nienawiść żywili do ustroju komunistycznego. (s.258)
Opisane w "Zwycięstwie prowokacji" mechanizmy stosowane są do dziś, z zaskakującym powodzeniem i skutecznością. Lektura tej książki może pomóc w uodpornieniu się na ciągle powtarzane i nieustannie skuteczne prowokacje, które intelektualnie obezwładniają zarówno decydentów, jak mających ich kontrolować dziennikarzy, nie wspominając o obywatelach bezskutecznie próbujących zrozumieć cokolwiek z pozornie absurdalnie nielogicznych wolt światopoglądowych jednych i drugich.

"Zwycięstwo prowokacji" to lektura obowiązkowa, ale nie wystarczająca. Potrzebna jest bowiem odrobina historycznej orientacji w gąszczu ideologicznych strumyków, rzekomo odrębnych i niezwiązanych, a w istocie płynących jednym szeroko rozlanym korytem, by nie nastąpiło odrzucenie analiz pod wpływem szoku spowodowanego szerokością tegoż koryta. Niemniej lektura ta dostarcza niezastąpionego klucza do zrozumienia nie tylko XX wieku, ale być może i do antyintelektualnych nurtów współczesności. Niewątpliwie zaś stanowi kolosalny bodziec do przemyśleń dla każdego gotowego do refleksji czytelnika.

Józef Mackiewicz, Zwycięstwo prowokacji, Wydawnictwo Kontra

środa, 8 sierpnia 2012

Skuteczność obywatelskiej aktywności

Obserwowałem przez kilka dni komentarze dotyczące zachowania uczestników uroczystości upamiętniających wybuch Powstania Warszawskiego. Wśród dosyć bogatej palety opinii nie dostrzegłem jednak, być może po prostu przeoczyłem, kilku dosyć istotnych komunikatów, jakie wysłał Obywatelom prezydent Bronisław Komorowski.

Prezydent 1 sierpnia poprosił środowisko powstańców, by zainicjowało w Warszawie 11 listopada - w dniu Święta Niepodległości - "wspólny narodowy marsz ponad podziałami politycznymi" jako "wspólny hołd dla suwerennego państwa polskiego".

Nie ma się co dziwić, że obecna na uroczystościach, a więc wyrobiona w czytaniu politycznych komunikatów publiczność odpowiedziała mu buczeniem. Przypomnijmy, że inicjatorem Marszu Niepodległości jest Stowarzyszenie "Marsz Niepodległości". Wydarzenie to zyskało duże społeczne poparcie, gromadząc w zeszłym roku kilkadziesiąt tysięcy Obywateli wokół idei polskiej niepodległości. Obserwując uczestników, słuchając ich wypowiedzi, oglądając amatorskie nagrania, czytając obywatelskie relacje można się zorientować, że obecni na Marszu Obywatele połączeni są właśnie ideą polskiej niepodległości, polityczne kwestie kształtu tej niepodległości zostawiając na inne okazje. Marsz ten, niejako trochę wbrew intencjom organizatorów, stał się właśnie takim „wspólnym narodowym marszem ponad podziałami politycznymi”.

Proponowanie Powstańcom inicjowania społecznej akcji, która ma już swojego inicjatora i która ma szerokie społeczne poparcie jest niczym innym jak traktowaniem zasłużonych kombatantów jak dzieci, które można namówić do manifestacji niezależności poprzez odmrożenie sobie uszu. Jest formą dyplomatycznego ubliżenia. Jest nieudolną próbą podzielenia środowiska zjednoczonego wokół idei polskiej niepodległości. Przykładowym dowodem, że prawdziwe intencje to inicjowanie podziałów jest choćby wprowadzenie selekcji kombatantów dopuszczonych do uroczystości pod pomnikiem Gloria Victis. Ograniczone miejsce wokół pomnika, w kontekście, niestety co roku coraz mniejszej, liczebności tej grupy polskich Bohaterów, nie może być żadnym usprawiedliwieniem dla władz, które po cichu policzkują kombatantów, a gdy widząca to publiczność protestuje – protest się nagłaśnia jako zachowanie niegodne Obywatela.



Jakie możliwości wpływu na kształt swojego Państwa mają Obywatele? Teoretycznie wybory są plebiscytem idei, która zyskuje społeczne poparcie. Jednak trudno mówić o plebiscycie w sytuacji nierównego dostępu do informacji o pojawiających się ideologicznych propozycjach. Uzależnienie mediów zarówno od kryterium zysku, o czym pisał Bourdieu, aksjologiczna rezygnacja dziennikarzy, co sygnalizowałem w polemice z Piotrem Zarembą, wreszcie instytucjonalna walka z nieuwikłanymi w aktualnie rządzące biznesowo-polityczne układy mediami, z czym mamy do czynienia w przypadku TV Trwam – to wszystko sprawia, że trudno uznać, że osoby nie śledzące na co dzień politycznych gierek mają możliwość zorientowania się w ofercie, by podjąć racjonalną demokratyczną decyzję.

Dlatego ważne jest zapewnienie legalności innych kanałów informowania o społecznych odczuciach, żądaniach, braku zgody albo poparcia. Dlatego tak ważne były postulaty legalizacji związków zawodowych, prawa do strajku, czy prawa do zgromadzeń. Są to normalne instrumenty społecznej komunikacji jakimi dysponuje demokracja. Warto o tym nie zapominać, gdy różni dziennikarze, niczym za poprzedniego ustroju, zamiast przekazywania informacji o postulatach serwują odbiorcy negatywne oceny samej formy społecznego protestu.

W tym kontekście wyraźnie widać, że Prezydent swoją niezręczną propozycją zakomunikował bardzo ważną informację. Otóż Obywatele nie są pozbawieni możliwości wpływania na kształt swojego Państwa.

Zaplanowana na 11 listopada 2011 roku prowokacja poniosła kompletną porażkę. Liczebność manifestacji przywiązania do idei polskiej niepodległości przeszła oczekiwania zarówno prowokującej władzy jak i samych organizatorów. Liczebność kolorowej z nazwy a czarnej w rzeczywistości grupy była po prostu śmieszna, co widać na zdjęciach zrobionych z powietrza. Okazało się też, że do wywołania zaplanowanych zamieszek nie wystarczy kilkudziesięciu zamaskowanych prowokatorów rzucających w policje kawałkami chodnika – cała reszta manifestantów pukając się w czoło po prostu odwróciła się do nich plecami i poszła swoją własną drogą obywatelskiej godności. Nawet podpalenie telewizyjnych samochodów skompromitowało prowokację, gdy okazało się, że organizatorzy i manifestanci próbowali bronić tychże samochodów przed zamaskowanymi bandytami wobec bierności stojącego kilka metrów dalej oddziału uzbrojonej po zęby policji.

Niedoceniane zdolności do samoorganizacji Polaków skłoniły obóz władzy do kolejnej prowokacji w postaci propozycji Prezydenta, który wyrażając chęć dołączenia albo wręcz przejęcia inicjatywy proniepodległościowego marszu ponad podziałami udowodnił, że oddolne inicjatywy mają sens, że oddziałują jednak na polityków. Aktywność obywatelska nie jest porywaniem się z motyką na słońce, tylko jest elementem realnej polityki wpływającej na rzeczywistość. Te działania nie są przejawem romantycznych mrzonek i urojeń, jak starają się nam wmówić zarażeni oikofobią Rodacy, antypolscy agenci wpływu, czy rzesze całkowicie bezinteresownych polonofobów. Powinniśmy docenić samych siebie i kontynuować działania, które są przejawem dbałości o jakość życia w naszym Państwie.

Czytaj: Sukces w Marszu do Niepodległości.

A Prezydent Komorowski i jego inicjatywa? To oczywiste, że zostanie odrzucona. W kontekście ubiegłorocznych prowokacji i oszczerczych medialnych i politycznych komentarzy trudno oczekiwać, że propozycja taka zostanie potraktowana poważnie. Zmieniana właśnie ustawa o zgromadzeniach także nie pozostawia złudzeń co do intencji. Nawet gdyby środowiska proniepodległościowe na nią przystały, to Prezydent nie może przecież iść na czele manifestacji jako współorganizator, bo w przypadku jakiejkolwiek burdy mógłby zostać pociągnięty do odpowiedzialności. Zatem pozostają kombatanci, którzy z powodu „haniebnych ekscesów zamaskowanych demonstrantów” będą ciągani po sądach razem z resztą "faszyzujących organizatorów", co będzie dowodem na brak szacunku "rzekomych patriotów" dla "prawdziwych bohaterów". Tymczasem nikt nie wspomina, że prawdziwi bohaterowie przywiązani do idei niepodległości, za którą ginęli ich koledzy udzielili poparcia dla ubiegłorocznego Marszu.

W moim odczuciu to są żałosne i żenujące pomysły, które lekceważą inteligencję oraz zdolności analityczne i organizacyjne Obywateli. To dobry prognostyk, wszak pycha kroczy przed porażką. Nam zaś pozostaje dobre przygotowanie kolejnych uroczystości, sprawne własne służby porządkowe, włączone kamery, obecność na ulicy i codzienna praca edukacyjna naszych znajomych, którzy nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji i stopnia oderwania głównych mediów o rzeczywistości.

czwartek, 26 lipca 2012

Odpowiedzialność za słowo!

Popieram apel Tygodnika Powszechnego o wprowadzenie bezwzględnej odpowiedzialnosci za słowo! To bardzo dobra idea! Czym jest odpowiedzialność za słowo? Jest możliwością ponoszenia konsekwencji za swoje deklaracje. Dziś ta możliwości pozostaje jedynie w sferze potencjalnej, ale bynajmniej nie z powodu braku odpowiednich przepisów! Jak często powtarza Czesław Bielecki żadna legislacyjna viagra nie usunie impotencji władzy wykonawczej.

Przyłączam się do apelu o jak najszybsze podjęcie działań, które definitywnie położą kres poczuciu całkowitej bezkarności czy wręcz faktycznego przyzwolenia ze strony instytucji państwa na stosowanie w życiu publicznym kłamstw, oszczerstw i pomówień, na bezkarne stosowanie gróźb i apeli o zabójstwo.

Nie chcę być gołosłowny, podam więc kilka najprostrzych przykładów niszczenia dyskursu publicznego i pielęgnowania nienawiści. Oto Donald Tusk, który kłamie w kampanii wyborczej twierdząc, że działalność, którą uprawia nie jest polityką, lecz budowaniem szkół, dróg, mostów itp. Budowaniem, owszem, ale nie szkół i dróg, lecz edukacyjnej pustyni i bankructw firm budujących drogi. Oto Donald Tusk już po wyborach przy obejmowaniu władzy kłamie, że będzie obniżał daniny publiczne. Jak dotąd skończyło się podnieniesieniem stawek podatku VAT i paru innych publicznych danin. Oto minister Sikorski nawołuje do dorżnięcia watah, a poseł Palikot deklaruje zamiar zastrzelenia i wypatroszenia lidera opozycji. Poseł Niesiołowski idzie krok dalej i wprowadza groźby fizycznej agresji w czyn dopuszczając się rękoczynu na dziennikarce pełniącej swoje obowiązki na terenie Sejmu. Kłamstw obozu rządowego związanych z katastrofą smoleńską nie ma co przytaczać, bo w tej sprawie trudno jest znaleźć jakiekolwiek prawdziwe zdanie. Czy którakolwiek z tych osób poniosła odpowiedzialność za swoje słowa? Czy odpowiedzialność za słowo powinna być odwrotnie proporcjonalna do zajmowanego stanowiska i wysokości funkcji w państwie?

Drugim elementem walki z poczuciem całkowitej bezkarności oszczerców i przyzwolenia na internetowe chamstwo jest cenzura stosowana przez redakcje internetowych portali. Poziom internetowych komentarzy na portalach gazeta.pl, dziennik.pl, czy hostujący serwis Tygodnika Powszechnego onet.pl nawet nie jest żenujący. Ten poziom jest skandaliczny. Tymczasem jest wiele relacji o usuwaniu merytorycznych komentarzy i pytań trafiających w sedno komentowanego problemu, przy jednoczesnym pozostawianiu komentarzy zawierajacych przeszkadzające znakomitej większości czytelników wyzwiska, ubliżania czy wręcz groźby. Nie wierzyłem w te relacje, dopóki sam nie doświadczyłem tego typu praktyk, co sprawiło, że przestałem nie tylko komentować, ale nawet zaglądać na portale, które najwyraźniej mają na celu dostarczenie, niczym atak na gliwicką radiostację, pretekstu do ograniczania wolności słowa.

To są prywatne media, ale poprzez stosowane praktyki wpływają na publiczne rozwiązania dotyczące nas wszystkich. Dlatego nie powinno być przyzwolenia na tego rodzaju manipulacje, mające na celu zdyskredytowanie wolności wypowiedzi i dostarczenie pretekstów do tejże wolności ograniczenia. Odpowiedzialność za słowo to także odpowiedzialność za decyzje podejmowane przez administratorów, których nadgorliwość wobec niewygodnych dla redakcji pytań, połączona z niefrasobliwością wobec chamstwa i gróźb karalnych przynoszą więcej szkody dla kultury dyskursu publicznego niż wszystkie jawne chamskie wpisy razem wzięte.

Do naprawy istniejącego stanu rzeczy nie potrzeba nowych ustaw. Prezentowane przez obecny obóz rządowy kompetencje legislacyjne każą apelować o wstrzymanie się od jakichkolwiek legislacyjnych działań. Do naprawy poziomu publicznego dyskursu wystarczy nasza, konsumentów informacji, reakcja wobec podmiotów tolerujących chamstwo i kłamstwa: bojkot. Podobnie zresztą wobec polityków realizujących program przeciwny do zadeklarowanego. Zaś wobec osób dopuszczających się gróźb karalnych powinien wszcząć postępowanie prokurator, obojętnie czy jest to poseł czy zwykły obywatel. Równość wobec prawa jest wpisana do konstytucji.

niedziela, 10 czerwca 2012

Spokojnie jak na wojnie

Warto się wyciszyć, naprawdę nie ma sensu eskalować emocji ponad miarę. Ktoś chce nas sprowokować do działań i zachowań, które będą dowodem prawdziwości wszystkich zniesławiających oszczerstw publikowanych w zachodniej prasie przez neosowieckich agentów wpływu. Czy warto w to wchodzić? Moim zdaniem nie warto. Warto jednak, stojąc z boku i pilnie obserwując co się dzieje, zauważać jakie komunikaty świat nam wysyła między wierszami.

Manipulacyjne propagandowe publikacje są ewidentnie przygotowaniem gruntu pod bardziej zdecydowane działania. Coś się dzieje, buldogi znowu się gryzą pod dywanem na tyle silnie, że docierają na powierzchnię ślady ich ruchów. Coś się musiało wydarzyć, skoro Rosja zdecydowała się uruchomić uśpioną agenturę wpływu w zachodnich mediach. Być może wpadka Obamy była efektem jego niedouczenia i dramatycznie schematycznej wiedzy o świecie, ale to co zaczęło się dziać po niej, już wypadkiem nie jest. Uruchomienie Debbie Schlussel oraz wypuszczenie filmu BBC jest ewidentną kolejną próbą zniszczenia sojuszu sympatii, jaka między Polską a USA istniała od zawsze, a do Brytyjczyków coraz silniejszą sympatię wzbudzały nie tylko tysiące emigrantów, ale także celne wystąpienia Nigela Farage’a. Rosja nie może otwarcie zaatakować Niemców, bo przecież robi z nimi gigantyczne interesy. Otwarta wojna polsko-rosyjska czy polsko-niemiecka także nie wchodzi w grę. Ale przecież można zniszczyć podstawy nieco bardziej odległych sojuszy, nie? A ofensywa jest przygotowywana od długiego czasu.

Z drugiej strony naszego kraju okazuje się, że promoskiewski Janukowycz jest bardziej suwerenny od polskich władz uprzedzając, że Ukraina bardzo wnikliwie przygląda się relacjom medialnym i nierzetelnych dziennikarzy będzie po zakończeniu mistrzostw podawać do sądu za nieobiektywne informacje. Jest to być może nie tyle obrona przez atak uprzedzający, ile jasny komunikat: "uważajcie byście się nie zapędzili, my się dogadaliśmy i jesteśmy poza strefą ostrzału". Tymczasem polskie władze nie zauważają niczego niestosownego ani w antypolskiej kampanii, ani w łamaniu prawa, tym bardziej nie ma co wspominać o zwykłej ludzkiej przyzwoitości.

Nie oszukujmy się bowiem, że nielegalny przemarsz rosyjskich kibiców jest czymś najbardziej karygodnym! Już wiemy, że kibice przejdą i tak zamkniętym dla ruchu wiaduktem mostu Poniatowskiego od stacji Warszawa Powiśle. Niech sobie przejdą! Muszą przecież jakoś dojść do stadionu.

Mamy naprawdę większe problemy. Fizyczny atak posła na dziennikarkę mieści się w granicach poselskiej godności. Prewencyjne zamykanie lidera kibiców połączone z nagonką, której elementem jest osądzanie go jeszcze przed postawieniem zarzutów absolutnie nie ma nic wspólnego z białoruskimi standardami sprawiedliwości. "Po mieście" od dawna krążą plotki o budowie obiektów w warszawskiej strefie kibica bez stosownych rejestracji i zezwoleń, co stanowi złamanie prawa budowlanego. Niezapłacone gigantyczne pieniądze za budowy stadionów i autostrad też nikogo nie martwią, choć oznacza to upadłość wielu firm polskiego sektora budowlanego.

Rosyjscy kibice sami sobie wystawiają świadectwo. Pamiętajmy o kamerach w telefonach komórkowych, zrobimy piękne składanki po zakończeniu Euro, które pójdą w świat. Tymczasem warto zachować siły, energię i zasoby na nadchodzące po mistrzostwach "ciekawe czasy", które zawsze są przekleństwem dla uczciwych ludzi.

sobota, 26 maja 2012

Szokujące. Iran ma jakieś prawa!

Znów krzykliwy tytuł: Szokujące. Instytut Lecha Wałęsy publikuje ostro antyizraelską rozmowę z ambasadorem Iranu. "Media są w rękach syjonistów". Przeczytałem całą rozmowę oraz komentarz do niej i dochodzę do wniosku, że to faktycznie szokujące. Szokujący jest poziom agitatorskiego propagandowego języka i całkowity brak obiektywizmu. Zaczynając od samego tytułu, a na komentarzach kończąc. Zupełnie jakby Łukasz Adamski dał nazwisko zupełnie innemu autorowi. Ambasador Iranu broni interesów Iranu! Jakże drastycznie się to różni od postawy polskich dyplomatów! Niewątpliwie należy to potępić! Józef Mackiewicz mawiał, że jedynie prawda jest ciekawa. Smutne jest to, że najwyraźniej dla niewielu.

Wydawało mi się kilka dni temu, że zapisuję oczywistości apelując o umiar w ocenach, o rezygnację z epatowania czytelnika mocnymi słowami, które znieczulają społeczeństwo na komunikaty o faktycznie haniebnym poniżaniu instytucji państwa. Informacje o wywiadzie udzielonym przez irańskiego ambasadora zniszczyły to poczucie oczywistości i utwierdziły w poczuciu własnej naiwności.

Po pierwsze nie rozumiem dlaczego publikacja rozmowy z ambasadorem kraju, z którym mamy normalne dyplomatyczne stosunki może być szokująco niewłaściwa? Czy umożliwienie wypowiedzenia się jednej z zainteresowanych stron międzynarodowej konferencji jest skandalem? Zwłaszcza gdy konferencja dotyczy państwa, które tenże ambasador reprezentuje w naszym kraju? Czy zasada dziennikarskiego obiektywizmu tudzież zainteresowanie wszystkimi stronami sporu nie dotyczy niektórych państw? Nawet jeśli ambasador mówiłby szokująco skandaliczne rzeczy, to można by krytykować polskie czynniki dyplomatyczne za brak reakcji, ale krytykować medium publikujące taką rozmowę? Tylko dlatego, że jest powiązane z establishmentem? Pytam jako czytelnik prasy, a nie jako dziennikarz, którym nie jestem.

W moim odczuciu komentarz Łukasza Adamskiego jest przejawem niepotrzebnego mieszania spraw z różnych płaszczyzn, co z poszukiwaniem prawdy, czyli jedynej rzeczy która jest ciekawa, nie ma nic wspólnego. Według niego rozmowa z ambasadorem "jest pełna antyżydowskich urojeń i czystego antysemityzmu. Wywiad jest jaskrawym przykładem promowania islamskiego terroryzmu, który jest odpowiedzialny za śmierć setek tysięcy ludzi na całym świecie. Nie jest dla żadnego poważnego komentatora spraw międzynarodowych tajemnicą, że Iran jest obecnie największym zagrożeniem światowego pokoju." Nie będę pisał z czym kojarzy mi się taki język. Dość przywołać, że po ataku na WTC w 2001 roku, irański prezydent Chatami:

"był pierwszym muzułmańskim przywódcą, który potępił zamach, i pierwszym, który wysłał Ameryce kondolencje, otrzymawszy poparcie Najwyższego Przywódcy. Co więcej, irańskie władze, którym zwykle łatwo przychodzi organizowanie antyamerykańskich wieców z nieskończonymi chyba zapasami łatwopalnych amerykańskich flag, pozwoliły na całonocne czuwania przy świecach (bez flag) w Teheranie dla upamiętnienia ofiar zamachów. Pomocny był tu fakt, że za atakami stała Al-Kaida, którą Iran uważa za wroga w takim samym stopniu jak Zachód, a to, że Afganistan wkrótce padł ofiarą amerykańskiego gniewu, było jak dar z niebios, ponieważ, poza partią Baas Saddama Husajna, drugim najbardziej znienawidzonym przez Iran ugrupowaniem są talibowie."

Iran zaatakowany w 1998 roku przez Talibów z Afganistanu powstrzymał się od wypowiedzenia wojny, bo Iran doskonale wie co to jest wojna, po 8 latach walki z Irakiem, wspieranym głównie przez USA, Francję i ZSRR. Sporo innych informacji i przykładów zamieściłem w swojej relacji z lektury publicystycznej książki irańskiego autora. Zachęcam, bo zawsze warto wysłuchać także drugiej strony, choćby to był kat Warszawy. A Iran nim nie jest na pewno.

Już pierwsza "informacja" o wywiadzie okraszona jest komentarzem, jakoby zamiast rozmowy o problemach sporo było w nim "typowo lewicowej propagandy skierowanej przeciw Państwu Izrael". Jeśli jest jakieś podobieństwo do lewicowej propagandy to coraz silniejsze poczucie, że irańska nienawiść do Zachodu ma tyle wspólnego ze stanem faktycznym, co niegdyś imperialistyczne knowania światowych mocarstw wobec pokojowo nastawionego ZSRR.

Czemu ma służyć ta manifestacja antyirańskiej propagandy? Udowodnieniu, że Polacy nie są antysemitami? "Dowaleniu" Lechowi Wałęsie, który od dłuższego czasu kompromituje się kompletnie na każdym kroku? A może chodzi o dorównanie poziomowi intelektualnej kompromitacji?

A gdzie tu polska racja stanu? Może w propagandowej agitce wobec państwa nieustannie szkalowanego na arenie międzynarodowej? Polacy, którzy powoli ale konsekwentnie są obarczani winą za Holokaust, a przynajmniej za współudział, są wyjątkowo wyczuleni na wszelkie przejawy niesprawiedliwości. Chodzi o to by ich zdenerwować? Sprowokować do antysemickich polemik?

Iran niewątpliwie niejedno ma za uszami. I należy krytykować go za łamanie praw człowieka. Podobnie jak Rosję za polityczne zabójstwa dziennikarzy i eksterminację ludności na Kaukazie. Podobnie jak USA za organizowanie zamachów stanu w Ameryce Południowej i Środkowej. Podobnie jak wiele innych państw nie wyłączając Izraela, który także nie pozbawiony jest licznych paradoksów. Państwo żydowskie stara się pamiętać o polskich bohaterach, mających w Yad Vashem największą liczbę drzewek sprawiedliwych, ale też jednocześnie organizuje swojej młodzieży kontrowersyjne edukacyjne wycieczki do Polski.

Jednostronne spojrzenie, mieszanie spraw krajowych i środkowo-azjatyckich, schematyczne szufladkowanie – to wszystko na pewno nie służy prawdzie, porozumieniu i zgodzie. Metoda ta, oprócz tego, że wywołuje krótkotrwały efekt i długotrwałą frustrację, przede wszystkim niszczy wiarygodność.

piątek, 27 stycznia 2012

Czy Rzeczy Wspólne są lewackie?

Banałem już jest stwierdzenie, że polityka stała się domeną osób myślących nie w kategoriach Dobra Wspólnego, lecz w kategoriach biznesowych. Warto jednak nieustannie próbować definiować to zjawisko, aby kiedyś w końcu może uchwycić istotę problemu. Wszelkie działania polityków mają dziś charakter reklamowo-propagandowy, zaś motywacją tych działań jest biznesowa kalkulacja opłacalności. Kapitałem niekoniecznie jednak są pieniądze, a tzw. społeczne poparcie, które jak wiadomo jest dosyć emocjonalne i bardzo mobilne. Profesjonalizacja doradców idzie zatem w kierunku metod sterowania fluktuacją tych nastrojów w odpowiednią stronę. Jeśli na przykład sprowokujemy do przyjęcia przepisów, które wzbudzą społeczny protest, to nasi przeciwnicy najpierw polegną pod naporem ulicy, a następnie odwrócona ulica skieruje się być może do nas. Ale kombinacje operacyjne już dawno opuściły przedszkole i wraz z rozwojem wiedzy stają się - niczym bijące kolejne rekordy wysokości wieżowce - coraz bardziej piętrowe. Dzisiejsze protesty pozwolą odwrócić uwagę od przeprowadzenia znacznie poważniejszych zapisów, na które nikt nie zwróci uwagi. Protestującym rzuci się ofiarnego kozła, może nawet pozwoli na zmianę rządzącej formacji, by dać im ułudę własnej sprawczości oraz realności konstytucyjnego zapisu o tym, że władza należy do Narodu.

System społeczno-biznesowych naczyń połączonych działa sprawnie. Poparcie mierzone jest przez sondażownie, których warsztat pozwala na wyprodukowanie wyniku podkręconego w odpowiednią stronę, w sposób nie do podważenia przez niezależnych kontrolerów. Sondaże zamawiane i publikowane są w mediach, które teoretycznie są tubą dla tzw. opinii społecznej. Praca polityków z wyborcami ogranicza się zatem do utrzymywania przyjaznych stosunków z ludźmi mediów. Media, instytuty, sprofesjonalizowane partie polityczne – wszystko działa jak sprawnie zarządzane korporacje, od których tak naprawdę różnią się tylko nazwą . W tym pankorporacjonizmie nawet opinia publiczna, nawet uliczne protesty, są od dawna elementem systemu biznesowej walki o udziały w rynku.

W tej sytuacji nie tylko parlamenty, ale nawet uniwersytety przestały być miejscem intelektualnej debaty i filozoficznych poszukiwań definicji trafnie opisujących rzeczywistość. Prawda przestała mieć znaczenie nie dlatego, że jest dla mniej lub bardziej nieokreślonych sił niewygodna, tylko dlatego, że jeśli nie przynosi zysków to jest po prostu niepotrzebna! Jestem przekonany, że jeśli zabraknie naukowców badających dorobek Mickiewicza, jeśli przestaniemy robić badania archeologiczne na terenie infrastrukturalnych inwestycji, jeśli znikną prace magisterskie o filozoficznych koncepcjach Spinozy, to nie dlatego, że ktoś odgórnie zakaże upowszechniania niebezpiecznych idei, tylko dlatego, że wyniki tych badań nie będą w stanie przynieść natychmiastowych wymiernych korzyści.

Musze przyznać, że zaskoczył mnie tekst Piotra Zaremby. Ten jeden z nielicznych tak naprawdę autorów starających się docierać do sedna, potraktował rzeczywistość zgodnie z obowiązującymi obecnie standardami. Piotr Zaremba piętnując ekstremizm sam popadł w ekstremizm, używając standardowych chwytów oddalających czytelnika od sensu oraz istoty analizowanych spraw. Okazuje się bowiem, że większe znaczenie ma dziwność koalicji Warzechy i Żakowskiego niż treść ich tekstów. Sensowny tekst Jacka Żakowskiego nie został potraktowany, jak na to zasługuje, jako klasyczna próba legitymizacji manipulacyjnej publicystyki tego autora, lecz jako próbę przemycenia lewackich idei. Zastanawiam się w tym momencie czy publicystyka Fundacji Republikańskiej też jest kryptolewacka, bo traktuje o Rzeczach Wspólnych? Ta karygodna zbieżność opinii Warzechy z politrukiem Żakowskim jest chyba przyczyną sprowadzenia z kolei opinii Warzechy do absurdu zaleceniem, aby pisał „anonimowo swoje teksty. A co ważniejsze, niech nie żąda za nie w żadnej redakcji zapłaty. Bo z jakiego tytułu?”

Ani Żakowski nie jest sojusznikiem Warzechy, ani odwrotnie, tylko dlatego, że jest jakiś temat, o którym obaj maja podobne zdanie. Zgoda z akcentowaniem finansjalizacji rzeczywistości nie musi oznaczać wsparcia dla idei komunistycznych, podobnie jak brak zgody na ACTA nie musi oznaczać akceptacji krzyża w przestrzeni publicznej przez Krytykę Polityczną. Czy Wojciech Cejrowski przez swój tekst o zagrożeniu płynącym ze strony ACTA stał się sojusznikiem Krytyki Politycznej i reszty lewaków?

Trzeba zauważyć, że obecnie prawa autorskie zaczynają coraz bardziej służyć kneblowaniu kultury i wolności słowa. Jakiś czas temu furorę robił kolaż z audycji publicystycznych, w których Monika Olejnik w kilku programach ordynarnie kłamała swoim gościom, jakoby Marek Migalski uzależniał jakąś decyzje PiS od konwersyjnej decyzji Jerzego Buzka. Okazało się, że wypowiedź Migalskiego była kpiną z prowadzącego, który w klasyczny sposób sprowadzał inną sprawę do absurdu. Nie znajdziemy dzisiaj w sieci ani tego filmu, ani żadnej innej wersji podobnego zestawienia. Stacje telewizyjne skutecznie zablokowały dostęp obywateli do kompromitujących informacji, używając do tego właśnie prawa autorskiego.

Jeszcze popularniejsze w internecie były swego czasu satyryczne przeróbki jednego krótkiego fragmentu niemieckiego filmu pt. Upadek. Filmu, który jest kamieniem milowym na drodze do zdjęcia z Niemiec odpowiedzialności za wywołanie drugiej wojny światowej. Hitler jest w nim przedstawiony jako szaleniec, otoczony garstką innych psychopatów, którzy porządnych Niemców doprowadzili do nieszczęścia. René Pollesch, niemiecki reżyser teatralny uważany za lewaka, powiedział kiedyś w wywiadzie dla Rzeczpospolitej, że „Poczynając od filmu "Upadek" o Adolfie Hitlerze, historia w Niemczech jest pisana na nowo. Obawiam się, że Niemcy będą chcieli, by Polacy ich przeprosili za II wojnę światową. Jestem tym oburzony.” Czy przeróbki filmowego fragmentu odbierały mu widzów? Raczej napędzały, bo (nomen omen) rzesza widzów pragnących obejrzeć oryginał rosła. A może chodziło o coś innego? Może chodziło o zapobieżenie neutralizacji wymowy filmu poprzez sprowadzenie go do groteski? Znowu prawa autorskie zostały użyte do kneblowania swobody wypowiedzi zamiast do zabezpieczenia zysków.

Lawrence Lessig na swoim wykładzie w ramach TED w 2007 roku powiedział między innymi:

Po obu stronach barykady przybywa ekstremistów w odpowiedzi na konflikt pomiędzy prawem a użyciem technologii. Jedna strona tworzy technologie, jak ta ogłoszona niedawno, która pozwoli automatycznie usuwać ze stron takich jak YouTube wszystko, co zawiera treści chronione prawami autorskimi, bez względu na to, w jakim celu zostały użyte. A z drugiej strony wśród naszych dzieci narasta lekceważenie praw autorskich. Pokolenie, które neguje sensowność praw autorskich, odrzuca je i uważa, że prawo to osioł, którego należy ignorować i zwalczać przy każdej okazji. Ekstremizm z jednej strony prowadzi do ekstremizmu z drugiej (już dawno powinniśmy byli się tego nauczyć), a żadna ze stron nie ma racji. Ja domagam się równowagi i jak każdy dobry liberał zwracam się w tej sprawie do rządu. Pudło, prawda? [...] Nie ma dziś domeny publicznej, z której moglibyśmy czerpać, potrzebujemy więc dwóch zmian: po pierwsze, twórcy muszą zaakceptować ten pomysł i pozwolić, by ich dzieła były ogólnodostępne. Na przykład pod warunkiem, że wolno z nich korzystać w celach niekomercyjnych. Amatorskich, ale nie w komercyjnych. Po drugie firmy, które już wspierają kulturę odczytu i zapisu, muszą wykorzystać tę szansę, umożliwić rozwój ekologii wolnych treści na neutralnej platformie, gdzie mniej i bardziej wolne formy będą mogły konkurować ze sobą. A dzięki rodzącym się z tej konkurencji pomysłom obie strony mogą się wiele od siebie nauczyć.

Obecne manifestacje przeciwko ACTA niewątpliwie są przejawem znacznie głębszej gry operacyjnej na wielu różnych poziomach. Sposób relacjonowania protestów przez media, które w końcu zauważają kilkutysięczne demonstracje, choć wcześniej potrafiły przeoczyć kilkudziesięciotysięczne demonstracje niepodległościowe, nie wzbudza zaufania. Jednak nie potrafię znaleźć akceptacji dla doszukiwania się lewackości w każdej wspólnotowej idei, tylko dlatego, że podobne opinie akurat koniunkturalnie wypowiadają funkcjonariusze ośrodków postkomunistycznej propagandy. Zamiast przybliżać bowiem, oddala nas to od istoty niewątpliwie bardzo złożonych problemów.

niedziela, 15 stycznia 2012

Fałsz jest zgubny dla fałszerza

Zagrożeń na świecie jest wiele i nie mam tu na myśli jedynie tropikalnej malarii, AIDS czy mitycznych szalonych terrorystów. Czy mamy jednak jakąkolwiek szansę rozpoznać prawdziwe ostrzeżenie przed realnym niebezpieczeństwem w tym natłoku fałszywych informacji? Atak na WTC, zamachy w londyńskim metrze, poprzedziły ćwiczenia odwzorowujące niemal dokładnie scenariusz tego co się wydarzyło. Zamach na Manhattanie przeprowadzony był w trakcie ćwiczeń dotyczących dokładnie takiego przypadku i piloci myśliwców nie byli w stanie odróżnić realnego ataku od fikcyjnego. Jaką mamy gwarancję, że prawdziwy alarm bombowy czy nawet pożarowy w naszym biurze nie zostanie zignorowany jako kolejne ćwiczenia?

Problem fikcji w naszym codziennym życiu nie ogranicza się przecież tylko do próbnych alarmów. Zamachy na Dubrowce, broń masowego rażenia w Iraku, Osama Bin Laden w Afganistanie, Błasik w kokpicie – to wszystko w tzw. normalnej demokracji doprowadziłoby nie tylko do dymisji, ale także do trybunału stanu. Dywersja i prowokacja prowadzące do zbrodni miałaby szansę nie przynieść konsekwencji dla autorów tylko wtedy, gdy nie zostałaby ujawniona. Dziś jednak można przytoczyć przykłady z dowolnej długości geograficznej bezkarności władców, którzy oszukali swoje własne społeczeństwo w celu wywołania ściśle określonego efektu propagandowego. Czy jako społeczeństwo jesteśmy pomimo tych wysokich kosztów bardziej bezpieczni?

Kto z nas jako dziecko nie bawił się udając tonącego? Zawsze to pretekst do chlapania wodą na wszystkie strony, zwrócenia na siebie uwagi i rozkoszowania się nieważką swobodą zanurzonego w wodzie ciała. Ten rodzaj zabawy kończył się jednak z reguły dosyć szybko, gdy dziecko zostawało skrzywdzone przez dorosłego uświadamiającą pogawędką na temat zgubnych skutków fałszywego apelowania o pomoc: gdy faktycznie pomoc będzie potrzebna, wszyscy pomyślą że to kolejna zabawa. Jest w tej przestrodze zawarte także pozytywne ostrzeżenie: notoryczne kłamstwo przynosi zgubę.

Mam wrażenie, że większość polityków nie przeszła albo nie przyswoiła sobie tej lekcji. Używane na co dzień święte oburzenie, ekskomunika, oskarżenia o najgorsze zbrodnie, straszenie tragicznymi skutkami doprowadziły wszystkich do powszechnej dziś znieczulicy na faktyczne i realne tragiczne konsekwencje. Nie zwracamy uwagi ani na opłakane skutki, które przecież na pewno są wyolbrzymione, ani na apokaliptyczne ostrzeżenia, wszak końcem świata straszy się nas od średniowiecza. Zatem świat i tak będzie się toczył, a na słowa w telewizorach nie ma sensu zwracać najmniejszej uwagi. Po co schodzić do schronu jak to pewnie kolejny performance w stylu Orsona Wellesa?

Jak to możliwe, że autorzy kłamstw i manipulacji nie ponoszą konsekwencji? Bardzo prosto. Gdy do powszechnej egzaltacji dodamy globalny krajobraz mediów, w którym mała garstka firm posiada na własność praktycznie wszystkie media drukowane, radio i telewizję w każdym kraju, wszystko stanie się jasne. Jeśli nawet przez czyjąś nieuwagę okaże się, że tłumy w Iranie nie protestują przeciwko, tylko wiwatują na cześć Ahmadineżada - będzie to zbyte wzruszeniem ramion z powodu „drobnej” pomyłki, której autor nie poniesie żadnych konsekwencji. Jeśli narracja dotycząca katastrofy smoleńskiej rozsypie się jak domek z kart, a oszczerstwa okażą się zwykłym kłamstwem, rzecznik prasowy rządu stwierdzi tylko, że "nie ma znaczenia, czy w kokpicie tupolewa był generał Błasik, czy nie - ofiarom katastrofy nie przywróci to życia". Dla każdej osoby, która swojej przeciętnej ludzkiej inteligencji używa nie tylko do wymyślania kolejnych sposobów powiększenia zysków, ale też czasem do kojarzenia faktów i rozumienia świata - dla takiej osoby było jasne niemal od samego początku, że wyjaśnieniem smoleńskiej katastrofy nie byli, nie są i nie będą zainteresowane władze ani Rosji ani Polski i że te władze działają w interesie swoim własnym, lecz nie w interesie rządzonego przez siebie kraju.



Czy jest jakieś wyjście? Szczerze mówiąc nie sądzę. Rządy różnych krajów rozpoczęły już przygotowania do regulacji dostępu do internetu i jego cenzury, ale nie wydaje mi się to konieczne. Patrząc na popularność niepoprawnych i demaskatorskich informacji na społecznościowych portalach i porównując ją do popularności informacji podtrzymujących obowiązującą propagandę można odnieść wrażenie, że żadna cenzura nie jest tu potrzebna. Nie sądzę też, choć to faktycznie jedyny ratunek, by odwrócenie się od głównych (czyli od powiązanych w jakikolwiek finansowy sposób z międzynarodowymi korporacjami informacyjnymi) mediów w ogóle było realne i skuteczne.

Żeby sprawdzić własną gotowość do słuchania i otwartość na alternatywne teorie proponuję przeprowadzić prosty test. Poniżej jest film będący dalekim pokłosiem newage’owej ideologii odrodzenia. Jednak oprócz krótkiego fragmentu z mglistą utopijną wizją społeczeństwa przyszłości, film ten przekazuje także sporo alternatywnych interpretacji natury naszego świata. Interpretacji, których nie musimy przyjmować, ale które niewątpliwie poszerzają horyzont myślenia o człowieku. Prosty test polega na odpowiedzi na pytania: Czy dałem radę obejrzeć całość? Jeśli nie to dlaczego? Czy film w jakichkolwiek poruszonych aspektach trafia w sedno? Czy też jest to jedynie sekciarska propaganda? Czy byłem w stanie bez lęku wysłuchać całości?



Dlaczego wizje nawet jeśli naiwne, ale wolnych ludzi, tak łatwo kwalifikujemy jako sekciarską propagandę, a z takim trudem przychodzi nam rozpoznanie propagandy w zmanipulowanych przekazach mediów głównego nurtu? Jacek Hugo-Bader w wywiadzie dla Przeglądu stwierdził o Rosji, że „bolszewizm wyhodował nowy rodzaj człowieka, człowieka nieskłonnego do buntu, bo ci, co mieli naturalną skłonność do buntu zostali wymordowani, fizycznie unicestwieni. Taka selekcja. W okresie wielkich czystek unicestwiona została połowa rosyjskiej inteligencji. Ludzie, którzy mieli gen buntu, nie przeżyli, zatem nie mogli tych genów przekazać potomstwu.” Ja mam jednak wrażenie, że nie tylko bolszewizm i nie tylko w Rosji. I zastanawiam się też, czy obowiązująca obecnie ideologia tolerancji dla „innego” ma jakikolwiek związek z brakiem tolerancji dla niepokornych, niepasujących czy po prostu alternatywnych narracji opisujących świat.

To zadziwiające jak skutecznie doprowadzono nas do stanu odwrotnego ideałom starożytnych Greków. Nie tylko nie darzymy szacunkiem nielicznych już „miłujących mądrość”, ale wręcz powszechnym udziałem stała się wspólnota „nienawidzących mądrość” neo-sofistów. Jakakolwiek racjonalna dyskusja stała się już dawno niemożliwa, a zimna wojna trwa dalej w najlepsze w naszych głowach, zamkniętych mentalnie na obowiązujących podziałach na „lewo” i „prawo”. Dyskusja o społecznej i ekonomicznej rzeczywistości nie wychodzi poza spór o poziom ingerencji państwa w wolny rynek, a każda propozycja nowego czy też po prostu innego spojrzenia na świat szufladkowana jest jako utopia albo zakamuflowany totalitaryzm. Mamy dziś świadomość tego, że każdy system społeczno-polityczny może się wyrodzić w swoje zaprzeczenie, że każda rewolucja zjada własne dzieci. Nie uwalnia nas to jednak do nieskrępowanego bezwarunkowym zaufaniem do ideologów poszukiwania rozwiązań. Ta świadomość uwalnia nas od potrzeby jakichkolwiek poszukiwań wykraczających poza zastane ramy świata.

Posłuchaj tekstu przeczytanego w Niepoprawnym Radiu