Do Marszałkowskiej dotarłem Hożą, po ominięciu kilkunastu plutonów policji. Na Marszałkowskiej usłyszałem, że główna kolumna Marszu jeszcze nie nadeszła, ale było tutaj już bardzo dużo ludzi, zaś przy wylocie ulicy Skorupki zobaczyłem pobojowisko. Karetka oblegana przez poszkodowanych, odgłosy petard, nerwowa bieganina. Pytam co się stało? Słucham chaotycznych opowieści o rzucaniu w Marsz kamieniami z dachu. Skorupki odgrodzona kordonem Straży Marszu, w głębi kordon policji. Poszedłem w stronę placu Konstytucji, gdzie zaczekałem na Marsz.
Z ulicy Skorupki zaczęły dobiegać odgłosy salw petard, które rozświetlały na biało ściany kamienic. Wyglądało to z daleka jak regularna strzelanina. Podszedłem bliżej, Straż Marszu przez megafon nawoływała, aby się nie zatrzymywać i przechodzić dalej. Za pojedynczym kordonem Straży widać było latające w kierunku kordonu policyjnego czerwone race. Mnóstwo chętnych do zadymy. W pewnym momencie zaczęła się dłuższa salwa petard, tłum rzucił się do ucieczki, opróżnione w ten sposób z zadymiarzy miejsce oddzielił podwójny tym razem kordon Straży Marszu i zadymiarze zrozumieli, że w tym miejscu to koniec.
Poszedłem z tłumem. Z placu Konstytucji widać było płonącą na placu Zbawiciela tęczę. Gdy dotarłem na miejsce, wyglądające jakby były zrobione z peerelowskiej krepiny kwiatki już się wypaliły. Mokotowską dotarłem do ronda Jazdy Polskiej, gdzie znowu połączyłem się z Marszem. Obserwowałem mijanych ludzi. Proporcje były odwrotne do zeszłorocznego Marszu. O ile poprzednio miałem poczucie, że "umundurowani narodowcy", czyli na czarno obrani szalikowcy stanowili jakieś 20% składu Marszu, o tyle teraz 20% stanowili ludzie ubrani tak, jak większość codziennie spotykanych przechodniów. Jednak i tak liczni byli rodzice z małymi dziećmi, często w wózkach, osoby niepełnosprawne, a także kombatanci i wiele osób w zaawansowanym wieku. Generalnie pełny przekrój osób od 5 do 80 roku życia.
Na Spacerowej zaczęły oprócz wyzwisk lecieć na rosyjską ambasadę petardy i race. Grupka zapaleńców zaczęła szarpać bramę, która wyglądała jakby miała się zaraz wyrwać z zawiasów. Poszły szyby w budce strażniczej stojącej na trawniku przed bramą. Nie było w okolicy Straży Marszu ani policji, więc rozzuchwaleni zadymiarze zaczęli kołysać budką i w końcu ją przewrócili. Ja poszedłem dalej, ale pewnie ktoś wrzucił do plastikowego wraku racę, co wystarczyło, byśmy mogli w telewizjach oglądać kolejny malowniczy pożar przy płocie rosyjskiej ambasady.
Czoło Marszu dotarło do Belwederskiej cały czas zabezpieczane jego Strażnikami, którzy nie pozwalali nikomu tego czoła wyprzedzać. Przed czołem jechała kolumna motorów i maszerowała niewielka grupa rekonstrukcyjna. Kręciło się też sporo luźnych osób, pomiędzy którymi czujnie rozglądali się Strażnicy, wyłapując i cofając do głównej kolumny większość awanturniczo nastawionych i zamaskowanych kominiarkami osobników.
Zatrzymałem się przy skrzyżowaniu z ulicą Sulkiewicza, bo z góry Belwederskiej schodził oddział kilkuset policjantów. W tym miejscu ulica biegnie między wysokimi płotami ambasady rosyjskiej i Belwederu, więc wiedziałem, że jeśli zrobią tam blokadę, to tłum nie będzie miał jak wyjść, a jeśli tłum ulegnie prowokacji i zacznie się zadyma, też nie będzie jak uciec. Postanowiłem z wysokiego parkanu obserwować rozwój wypadków.
Kolumna Marszu jednak weszła w zwężającą się Belwederską, więc tłum zaczął gęstnieć. Z samochodu nagłośnieniowego padła informacja, że Marsz został rozwiązany ale i tak musimy dojść na Agrykolę. Z tego miejsca i tak nie żadnego wyjścia. Boczne uliczki zostały zablokowane przez oddziały policji, zaś za kolumna Marszową posuwało się kolejnych kilkuset policjantów, z trzema armatkami wodnymi i powtarzanymi do znudzenia prośbami o opuszczenie zgromadzenia przez posłów, senatorów, kobiety i dzieci, bo zaraz będzie użyta siła. Komunikaty o tyle absurdalne, że nie było jak opuścić tego "zgromadzenia".
Gdy koniec Marszu dotarł do miejsca w którym stałem, podano że czoło Marszu jest już na Rozdrożu. Jednak apele, aby przesuwać się do przodu były całkowicie jałowe, bo tłum był na tyle gęsty, że po prostu nie było jak się ruszyć. Trzeba było cierpliwie zaczekać, tymczasem od tyłu zaczęły nadchodzić kolejne plutony prewencji, którym ktoś wydał idiotyczny rozkaz, aby wypchnąć ludzi w górę Belwederskiej. Apele ekipy nagłośnieniowej o trzymanie dystansu przez policję wobec całkowicie spokojnego tłumu nie przynosiły najmniejszego skutku. Zdezorientowani dowódcy plutonów byli besztani przez przełożonych za niesubordynację i zmuszani do wypychania całkowicie spokojnego, choć coraz bardziej nerwowego tłumu. Napięcie było duże ale chyba ktoś w końcu poszedł po rozum do głowy i policja odpuściła. Marsz w końcu wyszedł z przewężenia Belwederskiej i część plutonów się wycofała a część podążyła za Marszem.
Na Rozdrożu, w przeciwieństwie do lat poprzednich, nie było widać policji w ogóle. Organizatorzy zapraszali wszystkich na Agrykolę, gdzie miały nastąpić przemówienia i ostrzegali, że zaraz tu będzie policja, która będzie oczyszczać plac z nielegalnego zgromadzenia.
*
Kilka refleksji na gorąco po Marszu.
1) Nie zgadzam się z negatywnymi ocenami Straży Marszu. Dzięki wycofaniu policji z pierwszego planu było w tym roku o wiele spokojniej. Akcja na ulicy Skorupki paradoksalnie związała kilkudziesięciu zadymiarzy i pozwoliła kilkudziesięciu tysiącom pozostałych uczestników w miarę spokojnie dojść na Agrykolę. W zeszłym roku zalążki Straży Marszu to były jakieś chaotycznie działające nieopierzone nastolatki kompletnie nie radzące sobie ani z zadymiarzami ani ze sterowaniem tłumem. Tegoroczna Straż była po pierwsze znacznie bardziej widoczna, po drugie znacznie skuteczniejsza. Naprawdę widać ogrom włożonej pracy.
2) Podpalenie tęczy na pl. Zbawiciela było kolejnym już aktem wobec tego tworu, który miał miejsce nie tylko przy okazji jakiś manifestacji. Wyglądająca jak peerelowska instalacja z krepiny, tęcza z jakichś powodów nie zyskuje akceptacji Warszawiaków. Przykład innej kontrowersyjnej estetycznie "instalacji" jakim jest palma na Rondzie de Gaulle'a (niszczona z kolei jedynie przez swoich twórców) pokazuje, że chodzi może o coś więcej niż zwykły akt wandalizmu? Być może ta tęcza mniej jest symbolem radości i tolerancji, a bardziej jest symbolem odczuwanej przez sporą grupę społeczeństwa opresyjności, jaką cechuje cała ideologia politycznej poprawności? Może warto się zastanowić zatem czy jest sens wykładać kolejne publiczne pieniądze na remont czegoś spotykającego się z takim społecznym oporem?
3) Podpalenie plastikowej budki przed płotem rosyjskiej ambasady trudno mi uznać za atak na autonomię terytorialną tejże. Był to akt wandalizmu, jednak może tak jak w przypadku tęczy z placu Zbawiciela warto zastanowić się jakie społeczne emocje w tym akcie zostały zamanifestowane? Czy aby nie jest tak, że ta agresja spowodowana jest coraz silniejszą frustracją wynikającą z powrotu zasady podległości w stosunkach między Polską i Rosją? Mam wrażenie, że mógłby na ten temat powiedzieć coś więcej poseł Niesiołowski, który swego czasu chciał podpalać muzea i wysadzać pomniki byłego przywódcy ówczesnego ościennego państwa. Oczekiwanie, że policja, czy jakkolwiek wyszkolona straż obywatelska, będzie w stanie zapobiec tego typu sytuacjom jest naiwne. Czynnikiem zapobiegającym będzie jedynie podejmowanie takich działań i prowadzenie takiej polityki, która nie będzie powodować narastania różnego rodzaju społecznej frustracji.
4) Priorytetem nowej władzy powinna być natychmiastowa wymiana kierownictwa policji, podejmującego decyzje w kwestiach ulicznych manifestacji. Sytuacja z ulicy Belwederskiej, gdy policja naciskała na zablokowany tłum, była kolejną w ostatnich latach akcją bardzo poważnie narażającą zdrowie i życie obywateli, mających konstytucją zagwarantowane prawo do manifestowania swoich poglądów. Choć trzeba odnotować, że ustalenia sprzed Marszu o trzymaniu się policji na dystans od manifestacji w dużej mierze zostały dotrzymane.
5) Przemówienia na Agrykoli utwierdziły mnie w przekonaniu, że poza często prawidłowo zdiagnozowanymi przyczynami społecznej frustracji nie ma na razie w tym środowisku ani adekwatnych propozycji ani szerszego grona sensownych liderów, którzy byliby w stanie wyartykułować coś więcej poza oklepanymi pustymi sloganami, w formie przypominającymi jako żywo peerelowskie szkolne akademie. Niestety nie widzę polskiego Nigela Farage'a, a jeden często sensownie gadający Krzysztof Bosak jest kreowany na kolejnego eksperta od wszystkiego, czym rozwadnia swoją moc oddziaływania. Nie widzę kadr świadomych mechanizmów funkcjonowania państwa, widzę natomiast narodowych ideologów, którym do klarowności i intelektualnej kondensacji Dmowskiego jest jeszcze bardzo daleko. Co prawda, jak pokazała Straż Marszu, znaczący skok jakościowy można wykonać nawet przez rok. Pytanie czy ten skok jakościowy będzie na tyle duży, że będzie można kiedyś zobaczyć kandydatów przygotowanych do rządzenia dużym europejskim państwem? Ja na razie ich nie widzę.
6) Powyższy punkt nie zmienia faktu, że tegoroczny Marsz Niepodległości odniósł niezaprzeczalny sukces. Liczebność Marszu była porównywalna z zeszłorocznym, pomimo że część środowisk się od niego odcięła. Widać olbrzymi wzrost zaangażowania tzw. antysystemowej młodzieży, co pokazuje proces wychodzenia niej z poczucia beznadziei i życiowej bierności. Pomimo wielu subkulturowych hooligańskich okrzyków ta kilkudziesięciotysięczna rzesza, rzekomo nieokrzesanych, ludzi nie dała się sprowokować, zaś chuligańskie wybryki były udziałem naprawdę niewielkiego odsetka zadymiarzy. Pokazuje to choćby liczba zatrzymanych - 67 osób (na moment pisania tego tekstu, wobec 176 w zeszłym roku). I to pomimo absurdalnej akcji łapankowej na Rozdrożu, być może zrobionej właśnie dla nabicia statystyk.
7) Na temat rzetelności mediów - które winą za burdy kilkudziesięciu bandyckich zadymiarzy w kilkudziesięciotysięcznym tłumie osób w wieku od lat 5 do 80 obarczają organizatorów Marszu - nie będę się wypowiadał.
Tyle na gorąco.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 12 listopada 2013
poniedziałek, 12 listopada 2012
Marsz Niepodległości 2012
W zeszłym roku udało mi się pokrążyć między różnymi grupkami i poobserwować wypadki z różnych stron barykady. W tym roku dotarłem na Marsz z opóźnieniem i niestety okoliczności nie pozwoliły mi odwiedzić pozostałych imprez. Ale trochę widziałem i ku pamięci notuję.
W Alejach Jerozolimskich zobaczyłem marsz Kolorowej Niepodległej pod czarno-czerwonymi sztandarami. Choć moim zdaniem barwy sztandarów powinny być raczej czarno-białe, biorąc pod uwagę, że kolumna marszowa składała się w głównej mierze z czarno umundurowanych policjantów zwieńczonych białymi kaskami. Niemniej robiła wrażenie ta "kilkudziesięciotysięczna" manifestacja w kontekście "kilkuset" uczestników Marszu Niepodległości ;-)
Aleje Jerozolimskie były zablokowane przy ulicy Kruczej. Skręciłem zatem z Kruczej w Żurawią i gdy doszedłem do Marszałkowskiej, powitał mnie huk petard i zobaczyłem fruwające w zadymionym powietrzu czerwone flary. Nagle zaroiło się od biegających we wszystkich kierunkach ubranych na czarno ludzi w kominiarkach oraz zaczęły dochodzić standardowe wezwania policji do zachowania zgodnego z prawem. Nikt nie wiedział co się dzieje, kto kogo atakuje i w którą stronę uciekać.
Gdy trochę się uspokoiło wyszedłem na środek luźniejszej ziemi niczyjej. Policja stała, zaś rzucających kamienie ludzi w kominiarkach próbowały powstrzymać służby porządkowe Marszu. Na skierowane do konkretnej osoby krzyknięcie żeby przestać rzucać, delikwent opuszczał z reguły rękę, ale były i takie osoby, które rzuciły się na mnie, krzycząc "ty agorowy prowokatorze! to my bronimy cię przed przed Michnikiem!" Na szczęście nie byłem jedyną osobą, która spontanicznie próbowała powstrzymać tę zorganizowaną akcję i napastnicy szybko się wycofali.
Z samochodu organizatorów, stojącego między Cepelią a Forum, dały się słyszeć uspakajające wezwania organizatorów do wycofania się na punkt startu, czyli na rondo Dmowskiego. Tłum zaczyna się wycofywać, ale robi się coraz ciaśniej i w końcu pada informacja od organizatorów, żeby stanąć w miejscu, bo tył też jest zablokowany przez policję. W zasadzie wszystkie wyjścia są zablokowane, a na czoło ciągle napiera tyraliera wzywająca tłum do rozejścia. Sytuacja patowa. Organizator zarządza śpiewanie hymnu narodowego, co uniemożliwia rzucanie kamieni w policję przez prowokatorów: rzucanie zamiast śpiewania w postawie zasadniczej natychmiast demaskuje intencje. Marszowe służby porządkowe opanowują sytuację, rozpoczynają się negocjacje z policją co dalej.
W końcu policja, widząc że prowokacja się nie uda, ustępuje i Marsz już bez większych przeszkód dochodzi aż na Agrykolę.
Szczegóły prowokacji można przeczytać i obejrzeć np. tu:
Kilka słów komentarza.
Tegoroczny Marsz Niepodległości okazał się kolejnym sukcesem. Konstruktywnym sukcesem organizacyjnym i edukacyjnym. Utrzymanie kilkudziesięcio-tysięcznego tłumu w ryzach, w sytuacji skrajnego napięcia, gdy policja bez większych powodów zaczyna strzelać z broni gładkolufowej do tłumu, w którym znajdują się nie tylko weterani zamieszek z policją, ale także kobiety i dzieci, gdy wezwania do rozejścia się połączone są z blokadą wszystkich wyjść z zamkniętego terenu - w takich warunkach opanowanie emocji i doprowadzenie do pokojowego zakończenia jest naprawdę wielkim osiągnięciem!
Edukacja na temat charakteru i metod policyjnych prowokacji, których celem jest osiągnięcie określonego medialno-politycznego celu przynosi piorunujące efekty. Społeczeństwo pokazało, że potrafi bardzo szybko się uczyć, pomimo totalnego opanowania większości mediów przez funkcjonariuszy jednokierunkowej propagandy. Władza dzięki temu wie, że żadne totalne metody nie zadziałają na dłuższą metę w społeczeństwie przez dziesiątki lat wytrenowanym do funkcjonowania w niesprzyjającym środowisku. Zeszłoroczny i tegoroczny Marsz pokazał, że tradycje demokratyczne i obywatelska odpowiedzialność są pieczołowicie kultywowane, przekazywane pomimo różnych fałszywych pseudo-obywatelskich akcji, które de-facto nakierowane są na dyskryminację obywatelskiej większości.
Tradycje państwowe i demokratyczne są na tyle głęboko zakorzenione w społeczeństwie, że żadna antypolska oikofobiczna propaganda nie jest w stanie zepsuć polskiej umiejętności manifestowania wspólnotowych demokratycznych wartości. Wyrastający ze starosłowiańskiej tradycji wiecowej demokratyczny instrument manifestacji jest tak mocno osadzony w zbiorowej świadomości, że nie trzeba długo tłumaczyć, czemu takie zgromadzenie służy i co jest dla takiego zgromadzenia szkodliwe.
Sukces w realizacji tego celu, pomimo niesprzyjających medialnych warunków udowadnia, że wpajana nam od lat opinia jakobyśmy niedorośli do demokracji, jest z gruntu fałszywa, bo demokracja to nasz naturalny odwieczny ustrój. Demokracja, w której każdy ma prawo do demonstrowania swoich poglądów. Każdy, to znaczy nie tylko Arianin, Kalwin czy Żyd, ale również Polak, Litwin czy Kozak. Polska tolerancja dla odmienności idzie w parze z przywiązaniem do warunków tęże tolerancję umożliwiających. Dlatego taki opór wzbudzają inicjatywy zmierzające do blokowania innym demonstrowania swoich poglądów.
Parada gejowska, Kolorowa Niepodległa, Marsz Bronka, czy jakikolwiek inny marsz nie był i nie jest blokowany przez inne czynniki niż policja. Jedynie Marsz Niepodległości ktoś usilnie chce zablokować i to pragnienie między innymi także leży u źródeł jego sukcesu.
To przywiązanie do tradycji demokratycznej tolerancji i sprzeciw wobec totalizujących tendencji obecnej władzy, manifestujące się masowym uczestnictwem w różnego rodzaju demonstracjach jest na tyle mocnym i skutecznym znakiem obywatelskiej samoorganizacji, że władza w tym roku zamiast rozdawać rękami swoich propagandystów gwizdki, postanowiła zorganizować własny marsz, zaś toporna prowokacja policji nie przyniosła oczekiwanych rezultatów.
Warto mieć świadomość tego sukcesu zadającego kłam propagandzie rzekomo polskiej nieudolności i niesamodzielności.
Jako obywatel wolnego i demokratycznego kraju będę chciał wiedzieć kto odpowiada za wydanie rozkazu do idiotycznych, nieskoordynowanych i nieadekwatnych do sytuacji interwencji polskiej policji. Dotyczy to wypadków zarówno w tym jak i w zeszłym roku. Tymczasem na razie wniosek prokuratora, stwierdzającego małą szkodliwość społeczną haniebnego czynu policjanta na służbie, kopiącego w twarz nie stawiającego oporu przechodnia jest jasnym znakiem, że obecne państwo nie jest ani demokratyczne ani sprawiedliwe. Jednak żaden totalizm i niewola nie może trwać w Polsce wiecznie, bo Polacy to naród jak żaden inny przywiązany do takich wartości jak wolność, demokracja i tolerancja.
W Alejach Jerozolimskich zobaczyłem marsz Kolorowej Niepodległej pod czarno-czerwonymi sztandarami. Choć moim zdaniem barwy sztandarów powinny być raczej czarno-białe, biorąc pod uwagę, że kolumna marszowa składała się w głównej mierze z czarno umundurowanych policjantów zwieńczonych białymi kaskami. Niemniej robiła wrażenie ta "kilkudziesięciotysięczna" manifestacja w kontekście "kilkuset" uczestników Marszu Niepodległości ;-)
Aleje Jerozolimskie były zablokowane przy ulicy Kruczej. Skręciłem zatem z Kruczej w Żurawią i gdy doszedłem do Marszałkowskiej, powitał mnie huk petard i zobaczyłem fruwające w zadymionym powietrzu czerwone flary. Nagle zaroiło się od biegających we wszystkich kierunkach ubranych na czarno ludzi w kominiarkach oraz zaczęły dochodzić standardowe wezwania policji do zachowania zgodnego z prawem. Nikt nie wiedział co się dzieje, kto kogo atakuje i w którą stronę uciekać.
Gdy trochę się uspokoiło wyszedłem na środek luźniejszej ziemi niczyjej. Policja stała, zaś rzucających kamienie ludzi w kominiarkach próbowały powstrzymać służby porządkowe Marszu. Na skierowane do konkretnej osoby krzyknięcie żeby przestać rzucać, delikwent opuszczał z reguły rękę, ale były i takie osoby, które rzuciły się na mnie, krzycząc "ty agorowy prowokatorze! to my bronimy cię przed przed Michnikiem!" Na szczęście nie byłem jedyną osobą, która spontanicznie próbowała powstrzymać tę zorganizowaną akcję i napastnicy szybko się wycofali.
Z samochodu organizatorów, stojącego między Cepelią a Forum, dały się słyszeć uspakajające wezwania organizatorów do wycofania się na punkt startu, czyli na rondo Dmowskiego. Tłum zaczyna się wycofywać, ale robi się coraz ciaśniej i w końcu pada informacja od organizatorów, żeby stanąć w miejscu, bo tył też jest zablokowany przez policję. W zasadzie wszystkie wyjścia są zablokowane, a na czoło ciągle napiera tyraliera wzywająca tłum do rozejścia. Sytuacja patowa. Organizator zarządza śpiewanie hymnu narodowego, co uniemożliwia rzucanie kamieni w policję przez prowokatorów: rzucanie zamiast śpiewania w postawie zasadniczej natychmiast demaskuje intencje. Marszowe służby porządkowe opanowują sytuację, rozpoczynają się negocjacje z policją co dalej.
W końcu policja, widząc że prowokacja się nie uda, ustępuje i Marsz już bez większych przeszkód dochodzi aż na Agrykolę.
Szczegóły prowokacji można przeczytać i obejrzeć np. tu:
Kilka słów komentarza.
Tegoroczny Marsz Niepodległości okazał się kolejnym sukcesem. Konstruktywnym sukcesem organizacyjnym i edukacyjnym. Utrzymanie kilkudziesięcio-tysięcznego tłumu w ryzach, w sytuacji skrajnego napięcia, gdy policja bez większych powodów zaczyna strzelać z broni gładkolufowej do tłumu, w którym znajdują się nie tylko weterani zamieszek z policją, ale także kobiety i dzieci, gdy wezwania do rozejścia się połączone są z blokadą wszystkich wyjść z zamkniętego terenu - w takich warunkach opanowanie emocji i doprowadzenie do pokojowego zakończenia jest naprawdę wielkim osiągnięciem!
Edukacja na temat charakteru i metod policyjnych prowokacji, których celem jest osiągnięcie określonego medialno-politycznego celu przynosi piorunujące efekty. Społeczeństwo pokazało, że potrafi bardzo szybko się uczyć, pomimo totalnego opanowania większości mediów przez funkcjonariuszy jednokierunkowej propagandy. Władza dzięki temu wie, że żadne totalne metody nie zadziałają na dłuższą metę w społeczeństwie przez dziesiątki lat wytrenowanym do funkcjonowania w niesprzyjającym środowisku. Zeszłoroczny i tegoroczny Marsz pokazał, że tradycje demokratyczne i obywatelska odpowiedzialność są pieczołowicie kultywowane, przekazywane pomimo różnych fałszywych pseudo-obywatelskich akcji, które de-facto nakierowane są na dyskryminację obywatelskiej większości.
Tradycje państwowe i demokratyczne są na tyle głęboko zakorzenione w społeczeństwie, że żadna antypolska oikofobiczna propaganda nie jest w stanie zepsuć polskiej umiejętności manifestowania wspólnotowych demokratycznych wartości. Wyrastający ze starosłowiańskiej tradycji wiecowej demokratyczny instrument manifestacji jest tak mocno osadzony w zbiorowej świadomości, że nie trzeba długo tłumaczyć, czemu takie zgromadzenie służy i co jest dla takiego zgromadzenia szkodliwe.
Sukces w realizacji tego celu, pomimo niesprzyjających medialnych warunków udowadnia, że wpajana nam od lat opinia jakobyśmy niedorośli do demokracji, jest z gruntu fałszywa, bo demokracja to nasz naturalny odwieczny ustrój. Demokracja, w której każdy ma prawo do demonstrowania swoich poglądów. Każdy, to znaczy nie tylko Arianin, Kalwin czy Żyd, ale również Polak, Litwin czy Kozak. Polska tolerancja dla odmienności idzie w parze z przywiązaniem do warunków tęże tolerancję umożliwiających. Dlatego taki opór wzbudzają inicjatywy zmierzające do blokowania innym demonstrowania swoich poglądów.
Parada gejowska, Kolorowa Niepodległa, Marsz Bronka, czy jakikolwiek inny marsz nie był i nie jest blokowany przez inne czynniki niż policja. Jedynie Marsz Niepodległości ktoś usilnie chce zablokować i to pragnienie między innymi także leży u źródeł jego sukcesu.
To przywiązanie do tradycji demokratycznej tolerancji i sprzeciw wobec totalizujących tendencji obecnej władzy, manifestujące się masowym uczestnictwem w różnego rodzaju demonstracjach jest na tyle mocnym i skutecznym znakiem obywatelskiej samoorganizacji, że władza w tym roku zamiast rozdawać rękami swoich propagandystów gwizdki, postanowiła zorganizować własny marsz, zaś toporna prowokacja policji nie przyniosła oczekiwanych rezultatów.
Warto mieć świadomość tego sukcesu zadającego kłam propagandzie rzekomo polskiej nieudolności i niesamodzielności.
Jako obywatel wolnego i demokratycznego kraju będę chciał wiedzieć kto odpowiada za wydanie rozkazu do idiotycznych, nieskoordynowanych i nieadekwatnych do sytuacji interwencji polskiej policji. Dotyczy to wypadków zarówno w tym jak i w zeszłym roku. Tymczasem na razie wniosek prokuratora, stwierdzającego małą szkodliwość społeczną haniebnego czynu policjanta na służbie, kopiącego w twarz nie stawiającego oporu przechodnia jest jasnym znakiem, że obecne państwo nie jest ani demokratyczne ani sprawiedliwe. Jednak żaden totalizm i niewola nie może trwać w Polsce wiecznie, bo Polacy to naród jak żaden inny przywiązany do takich wartości jak wolność, demokracja i tolerancja.
środa, 11 kwietnia 2012
Widziałem wolny Naród
Wybiegłem z pracy i na Królewskiej dołączyłem do pochodu Solidarnych 2010. Na przedzie niesione portrety ofiar smoleńskiej katastrofy. Za nimi prawie 2 tys. osób z różnych stron Polski. A przecież ten Marsz nie był w zasadnie nagłaśniany poza internetową stroną Solidarnych 2010.
Pobiegłem pod Pałac Namiestnika, gdzie zbierał się coraz większy tłum. Ludzie spokojnie się przemieszczali, większość stała obserwując telebimy. Zacząłem spotykać znajomych. Wujek mojej żony, dawno niewidziany bloger, kolega ze studiów… Krótkie przywitanie, wymiana uprzejmości i po chwili kontynuowałem krążenie między ludźmi. Nie byłem w nastroju do pogłębionych rozmów i wymiany relacji o tym „co u ciebie słychać”. Skupienie zogniskowało się na nieznanych ludziach, rozpraszając własne myśli i likwidując elokwencję.
Pierwsze przemówienie Kaczyńskiego, w którym uderzały podziękowania dla wielu grup i inicjatyw, dzięki którym obnażane zostawały kolejne kłamstwa. Gazeta Polska i Nasz Dziennik jako chlubne wyjątki prasy zainteresowanej demaskowaniem kłamstw. Radio Maryja i Telewizja Trwam jako wyłomy w murze medialnego milczenia w relacjonowaniu istotnych wydarzeń. Deklaracje jedności i dobitnie powtarzane apele, żeby zło dobrem zwyciężać, że tak naprawdę to jedyna metoda na jego pokonanie.
Pierwsza próba przejścia w kierunku pl. Zamkowego zakończyła się fiaskiem. Zbyt duży tłum, zbyt duży ścisk. Jednocześnie zaskakujący był brak widocznej obstawy zarówno Pałacu jak i otoczenia Manifestacji. Nie ustawiono żadnych metalowych barierek, nie było widocznych żadnych grup szturmowych z kamizelkami, kaskami i tarczami. Policjanci kierujący ruchem byli umundurowani tak jak na codzienne patrole. Nie było też widać podpitych prowokatorów. To zupełnie nowa jakość, aż dziwny stan normalności, który jeszcze bardziej unaoczniał mechanizmy kreowania sytuacji i medialnego przekazu.
Od strony Karowej dotarły balony Lasu Smoleńskiego. Po kolejnym tego dnia przypomnieniu nazwisk ofiar katastrofy, w górę poleciały Znaki Pamięci. Biało-czerwona chmura uniosła się majestatycznie unosząc hołd oddany osobom, którym nie udało się w 2010 roku pokłonić się w imieniu wszystkich Polaków na grobach pomordowanych polskich oficerów. Jest czymś bardzo znaczącym, że dziś świadectwa pamięci o zrównanych przez śmierć politycznych przeciwnikach, są czymś naturalnym dla obywateli i czymś niepojętym dla medialnych celebrytów.
Gdy tłum nieco zelżał udało się w końcu przejść w kierunku pl. Zamkowego. W jednej z kawiarni grupa blogerów zjednoczonych wokół idei Ob-Ciachu. Idea wyszydzenia szydzenia, ironizowania z ironii, wykpienia kpiny. Ta sama idea, która utworzyła hasła w stylu „lepiej być moherem niż Tuska frajerem”. Jeśli bycie patriotą jest obciachowe, jeśli troska o dobro wspólne jest obciachowa, jeśli przywiązanie do narodowych tradycji jest obciachowe – to tak! Warto być obciachowym! Warto po obywatelsku ciachać schematy i poznawcze klisze serwowane nam w sprowadzającej rzeczywistość do absurdów propagandzie. Zachować zdrowy rozsądek i wyczucie granic jest niezwykle trudno, gdy posunięte do skrajności medialne kłamstwa rodzą w odruchu oporu skrajne postawy i oceny opierające się na niewystarczających przesłankach. Humor często okazuje się ostatnią skuteczną bronią.
Wieczorna msza w Katedrze słuchana jest przez głośniki na pl. Zamkowym. Ludzie schodzą się cały czas, luźny tłum zajmuje przestrzeń aż do Miodowej. Jeszcze za widoku, zanim przed mszą sformuje się kolumna z flagą, jakiś trzech młodych ludzi zaczyna pośrodku tłumu coś wrzeszczeć przy gitarze, nie reagując na zwracaną przez przechodniów uwagę. Podchodzi dwu policjantów, próbują ich wylegitymować. Dotychczasowa bezkarność ulicznych chuliganów procentuje. Policjanci oglądają język i bezsensowne kpiące pomruki. I znowu zaskoczenie: zamiast niedopatrzenia się znamion przestępstwa (młodzieńcy nie są agresywni) następuje zatrzymanie i wszyscy lądują w radiowozie.
Po mszy wieczorny pochód formuje się wyjątkowo długo. Ludzie szczelnie wypełniają cały plac Zamkowy. Pod sceną przy Pałacu Namiestnika czekają kolejne tysiące osób. Długa na 150 metrów biało-czerwona flaga ma problem by przecisnąć się na drugą stronę sceny. Jednocześnie chwilę później tą samą trasą bez większych problemów przeciska się przez tłum karetka. Ludzie stoją w sporym ścisku ale są zdyscyplinowani. Utworzone pośrodku tłumu przejście dla polityków PiS nie musi być zabezpieczone służbami porządkowymi. Ludzie pilnują sami siebie.
Wieczorne przemówienie jest w zasadzie powtórzeniem popołudniowego. Dochodzą jeszcze emocjonalne wystąpienia Ewy Błasik, Marty Kaczyńskiej i ks. Małkowskiego przerywane wyciskającym łzy skandowaniem „Dziękujemy” oraz „Cześć i chwała bohaterom”. Owacją powitany jest Antonii Macierewicz, którego wytrwałość ludzie ewidentnie widzą i doceniają. Wytrwałość w dochodzeniu do prawdy o okolicznościach śmierci przedstawicieli wszystkich politycznych ugrupowań.
Ludzie rozchodząc się w spokoju i zadumie, zostawiali pod Pałacem ostanie znicze. Znicze, po których nad ranem nie było już śladu. Pamięci jednak nie da się łatwo posprzątać. Pamięci nie tylko o katastrofie, ale także o dumnych i wolnych Polakach, którzy 10 kwietnia pokazują przede wszystkim sobie samym, że można godnie, z szacunkiem i w porządku razem być i tworzyć Wspólnotę. Polską Wspólnotę.
Pobiegłem pod Pałac Namiestnika, gdzie zbierał się coraz większy tłum. Ludzie spokojnie się przemieszczali, większość stała obserwując telebimy. Zacząłem spotykać znajomych. Wujek mojej żony, dawno niewidziany bloger, kolega ze studiów… Krótkie przywitanie, wymiana uprzejmości i po chwili kontynuowałem krążenie między ludźmi. Nie byłem w nastroju do pogłębionych rozmów i wymiany relacji o tym „co u ciebie słychać”. Skupienie zogniskowało się na nieznanych ludziach, rozpraszając własne myśli i likwidując elokwencję.

Pierwsze przemówienie Kaczyńskiego, w którym uderzały podziękowania dla wielu grup i inicjatyw, dzięki którym obnażane zostawały kolejne kłamstwa. Gazeta Polska i Nasz Dziennik jako chlubne wyjątki prasy zainteresowanej demaskowaniem kłamstw. Radio Maryja i Telewizja Trwam jako wyłomy w murze medialnego milczenia w relacjonowaniu istotnych wydarzeń. Deklaracje jedności i dobitnie powtarzane apele, żeby zło dobrem zwyciężać, że tak naprawdę to jedyna metoda na jego pokonanie.
Pierwsza próba przejścia w kierunku pl. Zamkowego zakończyła się fiaskiem. Zbyt duży tłum, zbyt duży ścisk. Jednocześnie zaskakujący był brak widocznej obstawy zarówno Pałacu jak i otoczenia Manifestacji. Nie ustawiono żadnych metalowych barierek, nie było widocznych żadnych grup szturmowych z kamizelkami, kaskami i tarczami. Policjanci kierujący ruchem byli umundurowani tak jak na codzienne patrole. Nie było też widać podpitych prowokatorów. To zupełnie nowa jakość, aż dziwny stan normalności, który jeszcze bardziej unaoczniał mechanizmy kreowania sytuacji i medialnego przekazu.
Od strony Karowej dotarły balony Lasu Smoleńskiego. Po kolejnym tego dnia przypomnieniu nazwisk ofiar katastrofy, w górę poleciały Znaki Pamięci. Biało-czerwona chmura uniosła się majestatycznie unosząc hołd oddany osobom, którym nie udało się w 2010 roku pokłonić się w imieniu wszystkich Polaków na grobach pomordowanych polskich oficerów. Jest czymś bardzo znaczącym, że dziś świadectwa pamięci o zrównanych przez śmierć politycznych przeciwnikach, są czymś naturalnym dla obywateli i czymś niepojętym dla medialnych celebrytów.

Gdy tłum nieco zelżał udało się w końcu przejść w kierunku pl. Zamkowego. W jednej z kawiarni grupa blogerów zjednoczonych wokół idei Ob-Ciachu. Idea wyszydzenia szydzenia, ironizowania z ironii, wykpienia kpiny. Ta sama idea, która utworzyła hasła w stylu „lepiej być moherem niż Tuska frajerem”. Jeśli bycie patriotą jest obciachowe, jeśli troska o dobro wspólne jest obciachowa, jeśli przywiązanie do narodowych tradycji jest obciachowe – to tak! Warto być obciachowym! Warto po obywatelsku ciachać schematy i poznawcze klisze serwowane nam w sprowadzającej rzeczywistość do absurdów propagandzie. Zachować zdrowy rozsądek i wyczucie granic jest niezwykle trudno, gdy posunięte do skrajności medialne kłamstwa rodzą w odruchu oporu skrajne postawy i oceny opierające się na niewystarczających przesłankach. Humor często okazuje się ostatnią skuteczną bronią.
Wieczorna msza w Katedrze słuchana jest przez głośniki na pl. Zamkowym. Ludzie schodzą się cały czas, luźny tłum zajmuje przestrzeń aż do Miodowej. Jeszcze za widoku, zanim przed mszą sformuje się kolumna z flagą, jakiś trzech młodych ludzi zaczyna pośrodku tłumu coś wrzeszczeć przy gitarze, nie reagując na zwracaną przez przechodniów uwagę. Podchodzi dwu policjantów, próbują ich wylegitymować. Dotychczasowa bezkarność ulicznych chuliganów procentuje. Policjanci oglądają język i bezsensowne kpiące pomruki. I znowu zaskoczenie: zamiast niedopatrzenia się znamion przestępstwa (młodzieńcy nie są agresywni) następuje zatrzymanie i wszyscy lądują w radiowozie.

Po mszy wieczorny pochód formuje się wyjątkowo długo. Ludzie szczelnie wypełniają cały plac Zamkowy. Pod sceną przy Pałacu Namiestnika czekają kolejne tysiące osób. Długa na 150 metrów biało-czerwona flaga ma problem by przecisnąć się na drugą stronę sceny. Jednocześnie chwilę później tą samą trasą bez większych problemów przeciska się przez tłum karetka. Ludzie stoją w sporym ścisku ale są zdyscyplinowani. Utworzone pośrodku tłumu przejście dla polityków PiS nie musi być zabezpieczone służbami porządkowymi. Ludzie pilnują sami siebie.
Wieczorne przemówienie jest w zasadzie powtórzeniem popołudniowego. Dochodzą jeszcze emocjonalne wystąpienia Ewy Błasik, Marty Kaczyńskiej i ks. Małkowskiego przerywane wyciskającym łzy skandowaniem „Dziękujemy” oraz „Cześć i chwała bohaterom”. Owacją powitany jest Antonii Macierewicz, którego wytrwałość ludzie ewidentnie widzą i doceniają. Wytrwałość w dochodzeniu do prawdy o okolicznościach śmierci przedstawicieli wszystkich politycznych ugrupowań.
Ludzie rozchodząc się w spokoju i zadumie, zostawiali pod Pałacem ostanie znicze. Znicze, po których nad ranem nie było już śladu. Pamięci jednak nie da się łatwo posprzątać. Pamięci nie tylko o katastrofie, ale także o dumnych i wolnych Polakach, którzy 10 kwietnia pokazują przede wszystkim sobie samym, że można godnie, z szacunkiem i w porządku razem być i tworzyć Wspólnotę. Polską Wspólnotę.
sobota, 28 stycznia 2012
Uruchomić Palikota! Rozkaz!
Kolejny raz mogliśmy się przekonać, że refleks internautów, ich potencjał twórczy, znacznie przewyższa zdolności szybkiego reagowania profesjonalnych zarówno medialnych jak i politycznych koncernów. Oto po pięciu prawie latach tajnych negocjacji okazało się, że Polska nie może odmówić podpisania dokumentu, który niczego nie zmienia. Ludzie zareagowali natychmiast na ten niezwykły dowód wpływu sztuki filmowej na rzeczywistość społeczno-polityczno-gospodarczą. Po ponad 30-latach od powstania najlepszych filmów Barei, urzędnicy państwowi okazali się tak nasiąknięci jego absurdalnym poczuciem humoru, że przestali odróżniać co jest tworem wyobraźni a co jest rzeczywistością i prawdopodobnie postanowili zatrzeć granicę przesuwając ją znacznie poza uznawany dotąd obszar. To jest tak naprawdę realna przyczyna wszystkich poczynań naszych polityków i dziennikarzy wokół ACTA.
Jak to wyglądało w praktyce, pokazuje rekonstrukcja z posiedzenia polskiego rządu:
Funkcjonariusze służby propagandy wzięli sobie zalecenia pana Premiera głęboko do serca i postanowiły uraczyć nas taką oto satyryczną groteską:
Na polecenie Premiera nie pozostał głuchy także Ruch Poparcia Przewodniczącego, który pojawił się na protestach z samym Przewodniczącym na czele. Okazało się jednak, że upojony krzyżowymi sukcesami podopiecznego Tarasa, Przewodniczący zlekceważył sytuację, ludzie zlekceważyli Durczoka i Przewodniczący razem z podopiecznymi musiał salwować się ucieczką:
Wygląda jednak na to, że że inercja profesjonalnie zarządzanych korporacji, jakimi są przeicież media, jest zbyt duża i w dzisiejszej prasie, pomimo porażki piątkowej akcji, mamy niepowtarzalną okazję oglądać dalsze etapy uruchamiania dymnej zasłony wytworzonej paleniem zwierząt futerkowych. Możemy się mianowicie dowiedzieć, że "Ruch Palikota zyskuje wyborców, już 13 proc. Polaków popiera tę partię - wynika z sondażu SMG/KRC dla "Faktów" TVN. To jeden z najlepszych wyników w historii.":
Tymczasem sonda obok artykułu o wzroście poparcia dla RPP pokazuje jeszcze inne dziwne jakieś wyniki (czyżby kolejny atak Anonymous?):
Czyż Bareja mógł marzyć o bardziej szlachetnym pomniku? Takiego pomnika nawet Horacy by się nie powstydził!!!
Publikuję filmy i obrazki bez niczyjej zgody, więc jeśli będą niewidoczne, to będzie oznaczało, że ACTA już działa i wydawca zablokował ich wyświetlanie na innych serwisach niż macierzysty, najpewniej w celu zabezpieczenia się przed stratami, spowodowanymi drastycznym wzrostem mojej satysfakcji z powodu nieustannie powiększającej się liczby czytelników. Jak wiadomo satysfakcja autora, w której niewątpliwy udział ma cudzy obrazek, jest przejawem karygodnego złodziejstwa własności intelektualnej i rabowania kieszeni artysty który to wiekopomne dzieło stworzył!
Jak to wyglądało w praktyce, pokazuje rekonstrukcja z posiedzenia polskiego rządu:
Funkcjonariusze służby propagandy wzięli sobie zalecenia pana Premiera głęboko do serca i postanowiły uraczyć nas taką oto satyryczną groteską:
Na polecenie Premiera nie pozostał głuchy także Ruch Poparcia Przewodniczącego, który pojawił się na protestach z samym Przewodniczącym na czele. Okazało się jednak, że upojony krzyżowymi sukcesami podopiecznego Tarasa, Przewodniczący zlekceważył sytuację, ludzie zlekceważyli Durczoka i Przewodniczący razem z podopiecznymi musiał salwować się ucieczką:
Wygląda jednak na to, że że inercja profesjonalnie zarządzanych korporacji, jakimi są przeicież media, jest zbyt duża i w dzisiejszej prasie, pomimo porażki piątkowej akcji, mamy niepowtarzalną okazję oglądać dalsze etapy uruchamiania dymnej zasłony wytworzonej paleniem zwierząt futerkowych. Możemy się mianowicie dowiedzieć, że "Ruch Palikota zyskuje wyborców, już 13 proc. Polaków popiera tę partię - wynika z sondażu SMG/KRC dla "Faktów" TVN. To jeden z najlepszych wyników w historii.":
Tymczasem sonda obok artykułu o wzroście poparcia dla RPP pokazuje jeszcze inne dziwne jakieś wyniki (czyżby kolejny atak Anonymous?):
Czyż Bareja mógł marzyć o bardziej szlachetnym pomniku? Takiego pomnika nawet Horacy by się nie powstydził!!!
Publikuję filmy i obrazki bez niczyjej zgody, więc jeśli będą niewidoczne, to będzie oznaczało, że ACTA już działa i wydawca zablokował ich wyświetlanie na innych serwisach niż macierzysty, najpewniej w celu zabezpieczenia się przed stratami, spowodowanymi drastycznym wzrostem mojej satysfakcji z powodu nieustannie powiększającej się liczby czytelników. Jak wiadomo satysfakcja autora, w której niewątpliwy udział ma cudzy obrazek, jest przejawem karygodnego złodziejstwa własności intelektualnej i rabowania kieszeni artysty który to wiekopomne dzieło stworzył!
środa, 16 listopada 2011
Sukces w Marszu do Niepodległości
Trzeba to jasno i wyraźnie powiedzieć: Polacy to cywilizowany zdyscyplinowany Naród, przywiązany do konstytuujących go wypisanych na sztandarach wartości: Honor i Ojczyzna. Dotyczy to wszystkich, nie tylko „matek z dziećmi” i „trzęsących się staruszków”, ale także, a może przede wszystkim tak poniżanych „środowisk kibicowskich”.
Od 1989 roku straszy się Polaków niebezpieczeństwem nacjonalizmu, którego dowodem miały być paramilitarne bojówki organizowane przez różnego rodzaju Tejkowskich i innych byłych agentów SB. Po zmianie ustroju kontynuowali oni swoją prowokacyjną działalność, lecz niestety Polacy są niezmiennie dalecy od jakichkolwiek skrajnych ideologii. Polacy nigdy masowo nie ulegli żadnym antyludzkim totalitarnym w swojej istocie pomysłom. To dlatego przecież na terenie Polski chronili się przed wiekami, szykanowani w całej Europie heretycy, Żydzi oraz inni innowiercy. Polacy okazali się przy tym na tyle przywiązani do swojej tradycji, że pomimo współistnienia z protestantami z jednej i prawosławnymi z drugiej, dziś w dalszym ciągu Polska jest katolicką wyspą otoczoną jak przed wiekami prawosławiem wschodu, protestantyzmem zachodu i ateizmem południa. Dotychczasowe próby złamania ducha narodu, najpierw poprzez fizyczna eksterminację, a następnie przez wieloletnia propagandę nie przyniosły spodziewanych rezultatów i dziś rozlewający się po Europie młodzi ludzie są cenionymi poszukiwanymi pracownikami, którzy swoją pracowitością i rzetelnością wzbudzają zawiść miejscowych robotników. Czy byłoby to możliwe bez przywiązania do wartości umożliwiających współdziałanie?
Tendencje oikofobiczne, przekonanie o niskiej wartości graniczące z nienawiścią do własnej nacji, są w medialnej propagandzie dziwnie skorelowane ze stopniem edukacji. Im wyższe wykształcenie tym częstsze przejawy pogardy do własnego narodu. Nieprzypadkowe jest przecież sformułowanie "młodzi, wykształceni z wielkich miast". Świadczy to jednak nie tylko o kreowanym wizerunku postawy, ale także o jakości edukacji, która oprócz przekazywania wiedzy i umiejętności ma przekazywać określony światopogląd. Wykształcenie jest przecież także czynnikiem warunkującym dostęp do władzy i nie jest przypadkiem, że im wyżej w państwowej urzędniczej hierarchii, ale też im bliżej publiczności szklanego ekranu, tym większe przekonanie o niskiej wartości ludzi mieszkających miedzy Bugiem a Odrą. A przecież - i trzeba to też powtarzać wyraźnie i głośno - takie przekonanie jest celem wbijanej nam co najmniej od 1945 roku do głowy komunistycznej propagandy.
Intencją blokady Marszu Niepodległości było nie tyle „powstrzymanie faszyzmu”, ile przede wszystkim kompromitacja idei niepodległościowych. Cała sytuacja zmierzała do sprowokowania zamieszek, by uwiarygodnić deklarowany strach przed demonami faszyzujących radykałów. Blokady w centrum miasta, informacje o zaproszeniu niemieckich bojówek, histeria antyfaszystowskich apeli, która wywoływała u większości Polaków odruch pukania się w czoło. To jednak nie zrażało funkcjonariuszy systemu propagandy i atmosfera absurdu nakręcała się coraz bardziej.
Intencją samego Marszu Niepodległości była zaś demistyfikacja propagandowego wizerunku oszołoma, jaki ze skutkiem udaje się przypiąć do każdego Polaka nie wstydzącego się swojej polskości. Stąd rezygnacja z partyjnych transparentów i znaków. Stąd nieustanne apelowanie o spokój, godność i nieuleganie prowokacjom. Stąd nieustanne próby wyciszenia skrajnych głosów i trzymanie do samego końca trasy Marszu w tajemnicy, by nie było okazji do konfrontacji, nad którą trudno będzie zapanować.
Po zeszłorocznym Marszu Niepodległości obie strony wyciągnęły wnioski. Gdy poprzednim razem zmieniono jego trasę, a kolejne nielegalne blokady były profesjonalnie pacyfikowane przez policję poprzez zablokowanie blokady, uczestnicy Marszu cierpliwie stali i czekali, aż policja puści ich nową trasą. W tym roku organizatorzy trzymali trasę przemarszu w tajemnicy, zaś druga strona wpuściła prowokatorów do środka Marszu. W efekcie udało się wywołać zamieszki w medialnych punktach: startu na pl. Konstytucji i docelowym na Rozdrożu. Znamienne, że rozruchy na Nowym Świecie w okolicach siedziby Krytyki Politycznej, która była współorganizatorem blokady przeszły w zasadzie bez medialnego echa. Znamienne, że gdy policyjny klin wszedł w sam środek tłumu na Rozdrożu, jedyna reakcja było skandowanie przez tenże tłum okrzyku "prowokacja! prowokacja!" Znamienne, że idący po ulicach Warszawy przez dwie godziny Marsz nie był rejestrowany przez żadną stację TV i nie towarzyszyła mu żadna eskorta policji. Wszyscy po prostu doskonale sobie zdawali sprawę, że podczas Marszu nie będzie żadnych zadym, bo przecież nie o zadymy w Marszu chodzi.
Nie chcę się zajmować prezentowaniem dowodów na prowokacje różnych stron, od lewackich bojówek, przez kompromitującą się policję, aż do bezmyślnych narwanych kiboli. To świetnie robią obecnie wszyscy komentatorzy. Chcę skupić się na innym aspekcie wydarzeń z 11 listopada 2011 roku.
Trzeba to jasno i wyraźnie podkreślić: Marsz Niepodległości 2011 odniósł spektakularny sukces na wielu polach. Polacy udowodnili sobie samym, że stać ich ciągle na samoorganizację, że siła dobrych idei jest ciągle żywa i jest silniejsza niż medialna propaganda nienawiści i podziałów. Pokazali sobie samym, że agresja nie jest sposobem na rozwiazywanie problemów, a Polska jest naszym wspólnym domem, o który wszyscy musimy dbać wspólnie, bo jeśli sami o niego nie zadbamy to nikt o niego nie zadba.
Wypunktowując trzeba stwierdzić, że:
Lepiej sobie nie wyobrażać, co by było gdyby te tłumy skrzyknęły się do protestu o porównywalnie „pokojowym” charakterze co środowisko kawiorowego lewactwa. To czego nie podają media dociera jednak do decydentów i dlatego prezydent Komorowski od razu wyraził "ogromny niepokój", że "ktoś mógł wpaść na pomysł, aby do Polski zapraszać ludzi spoza granic naszego kraju, którzy wyraźnie nie są zainteresowani świętowaniem polskiej niepodległości, a urządzaniem na polskich ulicach awantur i burd". "To narodowy polski wstyd." Donald Tusk z kolei podkreślał, że awantury tego dnia miały chuligański charakter, a nie polityczny. Zaś Tomasz Nałęcz wychodzi z propozycją zorganizowania w przyszłym roku wspólnego dla wszystkich środowisk Marszu Niepodległości, w którym znalazło by się "miejsce dla całego spektrum postaw - od profesora Jana Żaryna po Sławomira Sierakowskiego".
Te wypowiedzi świadczą o wypunktowanych przeze mnie elementach wielkiego sukcesu Marszu Niepodległości, poprzez który Polacy pokazali, że nie dadzą sobie zrobić wody z mózgu i są w stanie legalnymi pokojowymi metodami skutecznie działać w przestrzeni publicznej. Przekaz tego Marszu nie tylko pokazał coś obywatelom, ale realnie oddziałał na zabetonowane wydawałoby się władze. Pytanie czy obywatele uwierzą w tą nagłą zmianę narracji. Bo jest już chyba dla wszystkich jasne, że idące w zaparte środowisko Krytyki Politycznej popełniło spektakularne polityczne samobójstwo.
Posłuchaj tekstu przeczytanego przez JaWa dla Niepoprawnego Radia
Od 1989 roku straszy się Polaków niebezpieczeństwem nacjonalizmu, którego dowodem miały być paramilitarne bojówki organizowane przez różnego rodzaju Tejkowskich i innych byłych agentów SB. Po zmianie ustroju kontynuowali oni swoją prowokacyjną działalność, lecz niestety Polacy są niezmiennie dalecy od jakichkolwiek skrajnych ideologii. Polacy nigdy masowo nie ulegli żadnym antyludzkim totalitarnym w swojej istocie pomysłom. To dlatego przecież na terenie Polski chronili się przed wiekami, szykanowani w całej Europie heretycy, Żydzi oraz inni innowiercy. Polacy okazali się przy tym na tyle przywiązani do swojej tradycji, że pomimo współistnienia z protestantami z jednej i prawosławnymi z drugiej, dziś w dalszym ciągu Polska jest katolicką wyspą otoczoną jak przed wiekami prawosławiem wschodu, protestantyzmem zachodu i ateizmem południa. Dotychczasowe próby złamania ducha narodu, najpierw poprzez fizyczna eksterminację, a następnie przez wieloletnia propagandę nie przyniosły spodziewanych rezultatów i dziś rozlewający się po Europie młodzi ludzie są cenionymi poszukiwanymi pracownikami, którzy swoją pracowitością i rzetelnością wzbudzają zawiść miejscowych robotników. Czy byłoby to możliwe bez przywiązania do wartości umożliwiających współdziałanie?
Tendencje oikofobiczne, przekonanie o niskiej wartości graniczące z nienawiścią do własnej nacji, są w medialnej propagandzie dziwnie skorelowane ze stopniem edukacji. Im wyższe wykształcenie tym częstsze przejawy pogardy do własnego narodu. Nieprzypadkowe jest przecież sformułowanie "młodzi, wykształceni z wielkich miast". Świadczy to jednak nie tylko o kreowanym wizerunku postawy, ale także o jakości edukacji, która oprócz przekazywania wiedzy i umiejętności ma przekazywać określony światopogląd. Wykształcenie jest przecież także czynnikiem warunkującym dostęp do władzy i nie jest przypadkiem, że im wyżej w państwowej urzędniczej hierarchii, ale też im bliżej publiczności szklanego ekranu, tym większe przekonanie o niskiej wartości ludzi mieszkających miedzy Bugiem a Odrą. A przecież - i trzeba to też powtarzać wyraźnie i głośno - takie przekonanie jest celem wbijanej nam co najmniej od 1945 roku do głowy komunistycznej propagandy.
Intencją blokady Marszu Niepodległości było nie tyle „powstrzymanie faszyzmu”, ile przede wszystkim kompromitacja idei niepodległościowych. Cała sytuacja zmierzała do sprowokowania zamieszek, by uwiarygodnić deklarowany strach przed demonami faszyzujących radykałów. Blokady w centrum miasta, informacje o zaproszeniu niemieckich bojówek, histeria antyfaszystowskich apeli, która wywoływała u większości Polaków odruch pukania się w czoło. To jednak nie zrażało funkcjonariuszy systemu propagandy i atmosfera absurdu nakręcała się coraz bardziej.
Intencją samego Marszu Niepodległości była zaś demistyfikacja propagandowego wizerunku oszołoma, jaki ze skutkiem udaje się przypiąć do każdego Polaka nie wstydzącego się swojej polskości. Stąd rezygnacja z partyjnych transparentów i znaków. Stąd nieustanne apelowanie o spokój, godność i nieuleganie prowokacjom. Stąd nieustanne próby wyciszenia skrajnych głosów i trzymanie do samego końca trasy Marszu w tajemnicy, by nie było okazji do konfrontacji, nad którą trudno będzie zapanować.
Po zeszłorocznym Marszu Niepodległości obie strony wyciągnęły wnioski. Gdy poprzednim razem zmieniono jego trasę, a kolejne nielegalne blokady były profesjonalnie pacyfikowane przez policję poprzez zablokowanie blokady, uczestnicy Marszu cierpliwie stali i czekali, aż policja puści ich nową trasą. W tym roku organizatorzy trzymali trasę przemarszu w tajemnicy, zaś druga strona wpuściła prowokatorów do środka Marszu. W efekcie udało się wywołać zamieszki w medialnych punktach: startu na pl. Konstytucji i docelowym na Rozdrożu. Znamienne, że rozruchy na Nowym Świecie w okolicach siedziby Krytyki Politycznej, która była współorganizatorem blokady przeszły w zasadzie bez medialnego echa. Znamienne, że gdy policyjny klin wszedł w sam środek tłumu na Rozdrożu, jedyna reakcja było skandowanie przez tenże tłum okrzyku "prowokacja! prowokacja!" Znamienne, że idący po ulicach Warszawy przez dwie godziny Marsz nie był rejestrowany przez żadną stację TV i nie towarzyszyła mu żadna eskorta policji. Wszyscy po prostu doskonale sobie zdawali sprawę, że podczas Marszu nie będzie żadnych zadym, bo przecież nie o zadymy w Marszu chodzi.
Nie chcę się zajmować prezentowaniem dowodów na prowokacje różnych stron, od lewackich bojówek, przez kompromitującą się policję, aż do bezmyślnych narwanych kiboli. To świetnie robią obecnie wszyscy komentatorzy. Chcę skupić się na innym aspekcie wydarzeń z 11 listopada 2011 roku.
Trzeba to jasno i wyraźnie podkreślić: Marsz Niepodległości 2011 odniósł spektakularny sukces na wielu polach. Polacy udowodnili sobie samym, że stać ich ciągle na samoorganizację, że siła dobrych idei jest ciągle żywa i jest silniejsza niż medialna propaganda nienawiści i podziałów. Pokazali sobie samym, że agresja nie jest sposobem na rozwiazywanie problemów, a Polska jest naszym wspólnym domem, o który wszyscy musimy dbać wspólnie, bo jeśli sami o niego nie zadbamy to nikt o niego nie zadba.
Wypunktowując trzeba stwierdzić, że:
- Udało się zdemaskować skalę medialnego kłamstwa, porównywalnego jedynie, jak to ujął prof. Żaryn ze stalinowska propagandą. Stało się tak dzięki masowemu ruchowi dziennikarzy obywatelskich, czyli zwykłych ludzi, którzy zabrali ze sobą na Marsz swoje kamery. Zebrane przez Nowy Ekran materiały były następnie wykorzystywane przez inne media, często bez podania źródła, co w kolejny sposób zdemaskowało złodziejski charakter tych instytucji. Zostały bowiem naruszone zarówno zbywalne jak i niezbywalne prawa autorskie prezentowanych materiałów. Efekty tej demistyfikacji przyjdą z czasem.
- Skala tzw. zamieszek po podsumowaniu strat jest w porównaniu z liczebnością tej pokojowej manifestacji marginalna i pomijalna. Wystarczy sobie uświadomić, że nawet jeśli przyjąć, że liczba awanturników przekroczyła 1 tys. to jest to mikroskopijny ułamek uczestników obu manifestacji, który według ostrożnych szacunków oscyluje w sumie w granicach 30-40 tys. osób. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że zatrzymanych osób było 210 to daje pół procenta uczestników. Jeśli uświadomimy sobie że prawie połowa z tych zatrzymanych to lewaccy obcokrajowcy, to okaże się, że burdy były nie były znacząco większe niż w codziennych policyjnych statystykach. Do przemocy wobec siebie nawzajem niechętni są zarówno prawicowi jak i lewicowi Polacy. To ważna konstatacja.
- Wobec powyższego faktu zupełnie inaczej należy spojrzeć na, jednak bardzo liczne, środowiska kibicowskie uczestniczące w Marszu Niepodległości. Okazuje się, że są w stanie masowo przyjąć do wiadomości apel o spokój i godne zamanifestowanie przywiązania do idei niepodległości, że wobec tej idei nie mają najmniejszego znaczenia podziały między wrogimi na co dzień klubami oraz, że są w stanie powstrzymać się od agresywnych reakcji na policyjne i lewackie prowokacje, jeśli wymaga tego potrzeba chwili. Udowodnili, że nie są bezmyślnym bydłem, jak chcą ich usilnie pokazać propagandowe media. Udowodnili sobie samym, że są godnymi ludźmi, przywiązanymi do wartości które wynieśli z domów, a które tak usilnie stara się zniwelować szkoła i medialna propaganda.
Pod tym transparentem szła w Marszu Niepodległości Klubokawiarnia Republikańska i Ob-Ciach
Lepiej sobie nie wyobrażać, co by było gdyby te tłumy skrzyknęły się do protestu o porównywalnie „pokojowym” charakterze co środowisko kawiorowego lewactwa. To czego nie podają media dociera jednak do decydentów i dlatego prezydent Komorowski od razu wyraził "ogromny niepokój", że "ktoś mógł wpaść na pomysł, aby do Polski zapraszać ludzi spoza granic naszego kraju, którzy wyraźnie nie są zainteresowani świętowaniem polskiej niepodległości, a urządzaniem na polskich ulicach awantur i burd". "To narodowy polski wstyd." Donald Tusk z kolei podkreślał, że awantury tego dnia miały chuligański charakter, a nie polityczny. Zaś Tomasz Nałęcz wychodzi z propozycją zorganizowania w przyszłym roku wspólnego dla wszystkich środowisk Marszu Niepodległości, w którym znalazło by się "miejsce dla całego spektrum postaw - od profesora Jana Żaryna po Sławomira Sierakowskiego".
Te wypowiedzi świadczą o wypunktowanych przeze mnie elementach wielkiego sukcesu Marszu Niepodległości, poprzez który Polacy pokazali, że nie dadzą sobie zrobić wody z mózgu i są w stanie legalnymi pokojowymi metodami skutecznie działać w przestrzeni publicznej. Przekaz tego Marszu nie tylko pokazał coś obywatelom, ale realnie oddziałał na zabetonowane wydawałoby się władze. Pytanie czy obywatele uwierzą w tą nagłą zmianę narracji. Bo jest już chyba dla wszystkich jasne, że idące w zaparte środowisko Krytyki Politycznej popełniło spektakularne polityczne samobójstwo.
Posłuchaj tekstu przeczytanego przez JaWa dla Niepoprawnego Radia
piątek, 11 listopada 2011
Marsz Niepodległości
1. Kolorowa w czerni
Na Marszałkowską dotarłem od Hożej w okolicach godziny 13. Za Wilczą widać i słychać było zgromadzenie Kolorowej Niepodległej. Bez większych problemów wszedłem w środek festynu. Afrykańskie rytmy, piknikowa atmosfera, kolorowe dmuchane piłki odbijane w powietrzu, sielanka. Zobaczyłem znajomą, która roztańczona świętowała chyba jeszcze niedawno obchodzone 60-te urodziny. Powiedziałem jej ze śmiechem, że jesteśmy z dwu stron barykady, na co ona również ze śmiechem odparła, że przecież nie musi nam to przeszkadzać w tańcu. Zgodziłem się, ale na taniec nie miałem ochoty i rozstaliśmy się w przyjaznej atmosferze. Pokręciłem się jeszcze trochę i spróbowałem przedostać się przez kordon policji w stronę pl. Konstytucji. Niestety policjanci byli bardziej stanowczy niż zabezpieczający drugą stronę festynu bojówki antify i musiałem zawrócić.
Idąc w kierunku Wilczej dostrzegłem poruszenie po lewej stronie. Nagle używane jako barierki kolorowe transparenty poszły w dół, zza czarnych kurtek zostały wyjęte jasne kije, szereg zafalował i zaczęła się regularna młócka. Z dalszych rzędów poleciały szklane butelki z farbą. Nadbiegła policja i czarny szereg szybko wrócił na swoje miejsce.
Wyszedłem na zewnątrz kordonu. Do karetki odprowadzono trzy osoby z rozciętymi głowami. Słychać okrzyki "zajebać faszystę!!!" Jeden z poszkodowanych, zalany krwią z rozciętej na wysokim czole skóry krzyczy że jest swój. Gapie dają mu spokój, a on pozuje fotoreporterom na tle karetki. Krew obciera dopiero wtedy gdy aparaty fotograficzne i kamery się znudziły. Wracam do czoła kordonu i uświadamiam sobie, że ta Kolorowa Niepodległa jest dziwnie jednolicie czarna. Próbuję zadać pytanie zamaskowanym osobnikom, ale oni tylko kręcą głowami. W końcu wołają jakiegoś gościa, który jest w stanie coś wydukać, albo nie ma zakazu wypowiedzi. Pytam:
- dlaczego Kolorowa Niepodległa ma kolor czarny?
- głupie pytanie, głupia odpowiedź, wiec lepiej nic nie powiem.
- a ja słyszałem, że nie ma głupich pytań są tylko głupie odpowiedzi?
- to mamy innych informatorów.
2. Czarna zadyma
Na pl. Konstytucji o godzinie 14 nie było dużo ludzi. Nieco więcej niż na kolorowym festynie, ale i tak daleko było zapowiadanej liczebności Marszu. Przez ustawione na samochodzie przy wylocie na pl. Zbawiciela głośniki podawane są komunikaty organizacyjne. Apele o zdyscyplinowane i godne manifestowanie dumy z Niepodległości. Informacje o spodziewanych prowokacjach i potrzebie nieulegania im. Z biegiem czasu gromadzi się coraz więcej ludzi. Zorganizowane grupy kibicowskie są oczywiście najbardziej widoczne. Ale są też wspierające się na laskach osoby starsze i rodziny z dziećmi. Kręcę się po placu, żeby objąć wzrokiem możliwie największy przekrój ludzi. W pewnym momencie od strony Koszykowej zaczyna się ruch policji. Dodatkowe szpalery, armatki wodne, niedawno zakupione zestawy LRAD. Robią wrażenie. Ludzie zaczynają się irytować, ale inni, przedstawiciele organizatorów, uspokajają, że taka jest rola policji i taka ich praca i żeby to uszanować.
Tuż przed godziną 15, od strony Pięknej zaczyna się rzucanie petard. Odpalone są race. Widzę nerwowe bieganie organizatorów wzdłuż policyjnego szpaleru, sam też podchodzę bliżej. Widać dziwnie rachitycznych ubranych na czarno "kiboli", którzy z zasłoniętymi twarzami rzucają w policję petardami. Policja zaczyna apelować o rozsądek i spokój. Gdy obserwuję to z boku, staje się jasne, że ktoś albo faktycznie nie wytrzymał, albo to klasyczna prowokacja. Czekam na interwencję samych kiboli, którzy na zdrowy rozum powinni jeśli nie uspokoić to odseparować się szybko od zadymiarzy, zrobić miejsce policji, która z kolei szybko by odseparowała zadymę tak jak w zeszłym roku. Tym bardziej że chuliganów nie jest dużo. Sam stoję niedaleko wśród kiboli, którzy absolutnie nie kwapią się do zadymy, tylko są tak jak ja zdziwieni zastanawiając się o co chodzi. Reakcji jednak nie ma. Policja zamiast wejść klinem w tłum i odseparować ewidentnie oddzielną od reszty bojówkę posuwa się tyralierą. Idą w ruch armatki wodne. W odpowiedzi oprócz petard idą tłuczone płyty chodnikowe.
Dostrzegam faceta z megafonem szybkim krokiem wychodzącego od strony zamieszek. Pytam się, co tam się dzieje, dlaczego dają się prowokować? Nie widzisz - pada odpowiedź - przecież to lewactwo udaje kiboli, nic z tym nie da się zrobić, idziemy wszyscy pod MDM!!!
Faktycznie nic z tym nie dało się zrobić. Tyraliera policji zaczęła spychać wszystkich w kierunku MDM. Zarówno demolującą chodnik bojówkę, jak i całą spokojną resztę. Gdy ludzie zaczęli kierować się w stronę Waryńskiego, bojówka została sama. Zajęci rozbijaniem chodnika zadymiarze przez moment stracili za plecami wizualne wsparcie. Dzięki temu można było zobaczyć, że tych chuliganów było wszystkiego może ze 100 osób.
3. Marsz Niepodległości
Dopiero gdy manifestacja wyszła z pl. Konstytucji można mówić o pełnym godności i dumy Marszu Niepodległości. Komentując burdę na placu ludzie przekazują sobie także informacje o wydarzeniach pod siedzibą nawołującej wprost do terroru Krytyki Politycznej. Pobiegłem Marszałkowską wyprzedzając pochód i spotkałem czoło przy Boya-Żeleńskiego. Manifestacja nie prowokowana przez policję szła karnie, zgodnie z zaleceniami megafonu zajmując jedną jezdnię trasy. Skręciła w Goworka i Spacerową, przy Chocimskiej główny marsz spotkał się z jakąś inną grupą, która częściowo dołączyła do pochodu, a część pobiegła Chocimską dalej, twierdząc że tam są lewacy. Na szczęście obyło się tym razem bez prowokacji być może dlatego, że nie było w pobliżu żadnych kamer telewizyjnych stacji. Marsz posuwał się powoli, ale spokojnie, skandowano hasła, ale nie usłyszałem żadnego ocierającego się chociaż o cień antysemityzmu czy homofobii.
Przy pomniku Tarasa Szewczenki postanowiłem zobaczyć całość Marszu. Od jego czoła do samego końca zdążyło się całkowicie ściemnić, a ja sam zdążyłem potwornie zmarznąć. SMS-em dostałem informację od osoby mającej doświadczenie w szacunkach tłumu, że idzie co najmniej 30 tys. ludzi. Bałem się, że w ogonie będą ciągnęły się jakieś niedobitki nieszczęsnych zadymiarzy, ale pochód grzecznie zamykał transparent i nie było żadnych ogonów. Telewizyjnych kamer oczywiście też nie było. Po co pokazywać godność i dyscyplinę przywiązanych do idei niepodległej Polski manifestantów?
Przebiegłem szybko Klonową pod Belweder i pomnik Piłsudskiego. Tutaj ponownie dołączyłem do czoła Marszu i razem dotarliśmy na pl. Na Rozdrożu. Zająłem miejsce w Al. Szucha na przeciwko Dmowskiego. Przedstawiciel organizatorów przez megafon co chwilę prosi wszystkich o przechodzenie w kierunku pl. Trzech Krzyży, żeby zrobić miejsce wszystkim manifestantom. To zbieranie trwa długo. W 1/3 pochodu jedzie samochód z nagłośnieniem. Samochód właśnie dotarł, czyli można przyjąć, że upłynie jeszcze sporo czasu zanim wszyscy się zbiorą, zostaną wygłoszone przemówienia i manifestacja się zakończy.
4. Przedwczesny koniec.
Od strony Al. Szucha nadjeżdża armatka wodna wraz tłumem policjantów. Pierwsza myśl, że nadciągają lewacy i policja ich odgradza. Ale samochód się nie zatrzymał. Komunikaty wzywające do spokoju i klin policji przedzielił ten duży już tłum na pół. Od Szucha aż po barierki przy Parku Ujazdowskim kordon. Tłum skanduje "prowokacja! prowokacja!" Bo to jest klasyczna prowokacja. Jeśli coś się działo po przeciwnej stronie placu Na Rozdrożu, to można było przysłać policję od tamtej strony. Od strony Szucha był całkowity spokój i oczekiwanie na przemówienia. Tymczasem zaczął płonąć samochód TVN.
Po demonstracji znajomy opowiadał o dziwnych sytuacjach. Gdy pochód wychodził z pl. Konstytucji próbowano podpalić samochód Polsatu. Zaczęli go gasić z jakimś przygodnym "kibolem". Tymczasem dwaj podpalacze zniknęli jak kamfora. Spalenie Samochodu TVN już w trakcie manifestacji było komentowane na miejscu jako kolejna prowokacja. Potwierdzają to nagrania, na których jeden z organizatorów próbuje bronić tych aut przed wandalami. 30 tysięcy ludzi przechodzi koło kompleksu ambasady rosyjskiej i poza okrzykami nie ma żadnych prowokacji. Podobnie pod Belwederem, ale tam nie ma też kamer.
Trudno nie mieć skojarzeń z relacjami z demonstracji w latach 80-tych, gdy rzecznik rządu Jerzy Urban opisywał bandyckie wybryki Solidarności, zrywany na ulicach bruk, pijani chuligani, pobite matki i dzieci. Na koniec Marszu, gdy ku zaskoczeniu wszystkich włącznie z organizatorami, zostało ogłoszone jego rozwiązanie, ten 30-tys. "agresywny tłum" po prostu się rozszedł w ciągu ok. 30 min. Jeszcze wszyscy nie dotarli na miejsce gdy policja zdelegalizowała Manifestację po wcześniejszej brutalnej prowokacji. Nie było końcowych przemówień, podziękowań, bo ktoś najwyraźniej zdecydował, że nie można dopuścić do podsumowania tej najliczniejszej niepodległościowej manifestacji w ciągu ostatnich lat.
Wracałem z bólem w sercu. Ze świadomością, że brak dostatecznego organizacyjnego zabezpieczenia tyłów przed wewnętrzne służby porządkowe umożliwił nagłośnienie ekscesów i kolejny raz skompromitowanie idei polskiej niepodległości. Świetna policyjna organizacja w zeszłym roku pozwoliła łudzić się, że policja jest wystarczającą siłą do ochrony manifestantów przed bandytami. Niestety stało się inaczej. Bandyci wmieszali się w tłum, a tłum okazał się nieprzygotowany na wewnętrzne prowokacje. Jednak było tam ok. 30 tys. świadków, którzy na własne oczy widzieli to, co się działo i jak te wydarzenia zostały pokazane w mediach. 30 tysięcy osób zaszczepionych na medialne kłamstwa w stylu Jerzego Urbana. Niech relacje uczestników Marszu roznoszą się szeroko. Polska jest dla wszystkich.
* * *
Na koniec trzy filmy uzupełniające.
Mocna, ale bardzo trafna i bardzo prawdziwa wypowiedź prof. Jana Żaryna:
Blogerski reportaż "Widziałem naziola":
Sfilmowany fragment Marszu Niepodległości
- tego nie zobaczysz w żadnej telewizji:
Konfrontacja medialnych doniesień i faktycznych obrazów z Marszu:
Na Marszałkowską dotarłem od Hożej w okolicach godziny 13. Za Wilczą widać i słychać było zgromadzenie Kolorowej Niepodległej. Bez większych problemów wszedłem w środek festynu. Afrykańskie rytmy, piknikowa atmosfera, kolorowe dmuchane piłki odbijane w powietrzu, sielanka. Zobaczyłem znajomą, która roztańczona świętowała chyba jeszcze niedawno obchodzone 60-te urodziny. Powiedziałem jej ze śmiechem, że jesteśmy z dwu stron barykady, na co ona również ze śmiechem odparła, że przecież nie musi nam to przeszkadzać w tańcu. Zgodziłem się, ale na taniec nie miałem ochoty i rozstaliśmy się w przyjaznej atmosferze. Pokręciłem się jeszcze trochę i spróbowałem przedostać się przez kordon policji w stronę pl. Konstytucji. Niestety policjanci byli bardziej stanowczy niż zabezpieczający drugą stronę festynu bojówki antify i musiałem zawrócić.
Idąc w kierunku Wilczej dostrzegłem poruszenie po lewej stronie. Nagle używane jako barierki kolorowe transparenty poszły w dół, zza czarnych kurtek zostały wyjęte jasne kije, szereg zafalował i zaczęła się regularna młócka. Z dalszych rzędów poleciały szklane butelki z farbą. Nadbiegła policja i czarny szereg szybko wrócił na swoje miejsce.
Wyszedłem na zewnątrz kordonu. Do karetki odprowadzono trzy osoby z rozciętymi głowami. Słychać okrzyki "zajebać faszystę!!!" Jeden z poszkodowanych, zalany krwią z rozciętej na wysokim czole skóry krzyczy że jest swój. Gapie dają mu spokój, a on pozuje fotoreporterom na tle karetki. Krew obciera dopiero wtedy gdy aparaty fotograficzne i kamery się znudziły. Wracam do czoła kordonu i uświadamiam sobie, że ta Kolorowa Niepodległa jest dziwnie jednolicie czarna. Próbuję zadać pytanie zamaskowanym osobnikom, ale oni tylko kręcą głowami. W końcu wołają jakiegoś gościa, który jest w stanie coś wydukać, albo nie ma zakazu wypowiedzi. Pytam:
- dlaczego Kolorowa Niepodległa ma kolor czarny?
- głupie pytanie, głupia odpowiedź, wiec lepiej nic nie powiem.
- a ja słyszałem, że nie ma głupich pytań są tylko głupie odpowiedzi?
- to mamy innych informatorów.
2. Czarna zadyma
Na pl. Konstytucji o godzinie 14 nie było dużo ludzi. Nieco więcej niż na kolorowym festynie, ale i tak daleko było zapowiadanej liczebności Marszu. Przez ustawione na samochodzie przy wylocie na pl. Zbawiciela głośniki podawane są komunikaty organizacyjne. Apele o zdyscyplinowane i godne manifestowanie dumy z Niepodległości. Informacje o spodziewanych prowokacjach i potrzebie nieulegania im. Z biegiem czasu gromadzi się coraz więcej ludzi. Zorganizowane grupy kibicowskie są oczywiście najbardziej widoczne. Ale są też wspierające się na laskach osoby starsze i rodziny z dziećmi. Kręcę się po placu, żeby objąć wzrokiem możliwie największy przekrój ludzi. W pewnym momencie od strony Koszykowej zaczyna się ruch policji. Dodatkowe szpalery, armatki wodne, niedawno zakupione zestawy LRAD. Robią wrażenie. Ludzie zaczynają się irytować, ale inni, przedstawiciele organizatorów, uspokajają, że taka jest rola policji i taka ich praca i żeby to uszanować.
Tuż przed godziną 15, od strony Pięknej zaczyna się rzucanie petard. Odpalone są race. Widzę nerwowe bieganie organizatorów wzdłuż policyjnego szpaleru, sam też podchodzę bliżej. Widać dziwnie rachitycznych ubranych na czarno "kiboli", którzy z zasłoniętymi twarzami rzucają w policję petardami. Policja zaczyna apelować o rozsądek i spokój. Gdy obserwuję to z boku, staje się jasne, że ktoś albo faktycznie nie wytrzymał, albo to klasyczna prowokacja. Czekam na interwencję samych kiboli, którzy na zdrowy rozum powinni jeśli nie uspokoić to odseparować się szybko od zadymiarzy, zrobić miejsce policji, która z kolei szybko by odseparowała zadymę tak jak w zeszłym roku. Tym bardziej że chuliganów nie jest dużo. Sam stoję niedaleko wśród kiboli, którzy absolutnie nie kwapią się do zadymy, tylko są tak jak ja zdziwieni zastanawiając się o co chodzi. Reakcji jednak nie ma. Policja zamiast wejść klinem w tłum i odseparować ewidentnie oddzielną od reszty bojówkę posuwa się tyralierą. Idą w ruch armatki wodne. W odpowiedzi oprócz petard idą tłuczone płyty chodnikowe.
Dostrzegam faceta z megafonem szybkim krokiem wychodzącego od strony zamieszek. Pytam się, co tam się dzieje, dlaczego dają się prowokować? Nie widzisz - pada odpowiedź - przecież to lewactwo udaje kiboli, nic z tym nie da się zrobić, idziemy wszyscy pod MDM!!!
Faktycznie nic z tym nie dało się zrobić. Tyraliera policji zaczęła spychać wszystkich w kierunku MDM. Zarówno demolującą chodnik bojówkę, jak i całą spokojną resztę. Gdy ludzie zaczęli kierować się w stronę Waryńskiego, bojówka została sama. Zajęci rozbijaniem chodnika zadymiarze przez moment stracili za plecami wizualne wsparcie. Dzięki temu można było zobaczyć, że tych chuliganów było wszystkiego może ze 100 osób.
3. Marsz Niepodległości
Dopiero gdy manifestacja wyszła z pl. Konstytucji można mówić o pełnym godności i dumy Marszu Niepodległości. Komentując burdę na placu ludzie przekazują sobie także informacje o wydarzeniach pod siedzibą nawołującej wprost do terroru Krytyki Politycznej. Pobiegłem Marszałkowską wyprzedzając pochód i spotkałem czoło przy Boya-Żeleńskiego. Manifestacja nie prowokowana przez policję szła karnie, zgodnie z zaleceniami megafonu zajmując jedną jezdnię trasy. Skręciła w Goworka i Spacerową, przy Chocimskiej główny marsz spotkał się z jakąś inną grupą, która częściowo dołączyła do pochodu, a część pobiegła Chocimską dalej, twierdząc że tam są lewacy. Na szczęście obyło się tym razem bez prowokacji być może dlatego, że nie było w pobliżu żadnych kamer telewizyjnych stacji. Marsz posuwał się powoli, ale spokojnie, skandowano hasła, ale nie usłyszałem żadnego ocierającego się chociaż o cień antysemityzmu czy homofobii.
Przy pomniku Tarasa Szewczenki postanowiłem zobaczyć całość Marszu. Od jego czoła do samego końca zdążyło się całkowicie ściemnić, a ja sam zdążyłem potwornie zmarznąć. SMS-em dostałem informację od osoby mającej doświadczenie w szacunkach tłumu, że idzie co najmniej 30 tys. ludzi. Bałem się, że w ogonie będą ciągnęły się jakieś niedobitki nieszczęsnych zadymiarzy, ale pochód grzecznie zamykał transparent i nie było żadnych ogonów. Telewizyjnych kamer oczywiście też nie było. Po co pokazywać godność i dyscyplinę przywiązanych do idei niepodległej Polski manifestantów?
Przebiegłem szybko Klonową pod Belweder i pomnik Piłsudskiego. Tutaj ponownie dołączyłem do czoła Marszu i razem dotarliśmy na pl. Na Rozdrożu. Zająłem miejsce w Al. Szucha na przeciwko Dmowskiego. Przedstawiciel organizatorów przez megafon co chwilę prosi wszystkich o przechodzenie w kierunku pl. Trzech Krzyży, żeby zrobić miejsce wszystkim manifestantom. To zbieranie trwa długo. W 1/3 pochodu jedzie samochód z nagłośnieniem. Samochód właśnie dotarł, czyli można przyjąć, że upłynie jeszcze sporo czasu zanim wszyscy się zbiorą, zostaną wygłoszone przemówienia i manifestacja się zakończy.
4. Przedwczesny koniec.
Od strony Al. Szucha nadjeżdża armatka wodna wraz tłumem policjantów. Pierwsza myśl, że nadciągają lewacy i policja ich odgradza. Ale samochód się nie zatrzymał. Komunikaty wzywające do spokoju i klin policji przedzielił ten duży już tłum na pół. Od Szucha aż po barierki przy Parku Ujazdowskim kordon. Tłum skanduje "prowokacja! prowokacja!" Bo to jest klasyczna prowokacja. Jeśli coś się działo po przeciwnej stronie placu Na Rozdrożu, to można było przysłać policję od tamtej strony. Od strony Szucha był całkowity spokój i oczekiwanie na przemówienia. Tymczasem zaczął płonąć samochód TVN.
Po demonstracji znajomy opowiadał o dziwnych sytuacjach. Gdy pochód wychodził z pl. Konstytucji próbowano podpalić samochód Polsatu. Zaczęli go gasić z jakimś przygodnym "kibolem". Tymczasem dwaj podpalacze zniknęli jak kamfora. Spalenie Samochodu TVN już w trakcie manifestacji było komentowane na miejscu jako kolejna prowokacja. Potwierdzają to nagrania, na których jeden z organizatorów próbuje bronić tych aut przed wandalami. 30 tysięcy ludzi przechodzi koło kompleksu ambasady rosyjskiej i poza okrzykami nie ma żadnych prowokacji. Podobnie pod Belwederem, ale tam nie ma też kamer.
Trudno nie mieć skojarzeń z relacjami z demonstracji w latach 80-tych, gdy rzecznik rządu Jerzy Urban opisywał bandyckie wybryki Solidarności, zrywany na ulicach bruk, pijani chuligani, pobite matki i dzieci. Na koniec Marszu, gdy ku zaskoczeniu wszystkich włącznie z organizatorami, zostało ogłoszone jego rozwiązanie, ten 30-tys. "agresywny tłum" po prostu się rozszedł w ciągu ok. 30 min. Jeszcze wszyscy nie dotarli na miejsce gdy policja zdelegalizowała Manifestację po wcześniejszej brutalnej prowokacji. Nie było końcowych przemówień, podziękowań, bo ktoś najwyraźniej zdecydował, że nie można dopuścić do podsumowania tej najliczniejszej niepodległościowej manifestacji w ciągu ostatnich lat.
Wracałem z bólem w sercu. Ze świadomością, że brak dostatecznego organizacyjnego zabezpieczenia tyłów przed wewnętrzne służby porządkowe umożliwił nagłośnienie ekscesów i kolejny raz skompromitowanie idei polskiej niepodległości. Świetna policyjna organizacja w zeszłym roku pozwoliła łudzić się, że policja jest wystarczającą siłą do ochrony manifestantów przed bandytami. Niestety stało się inaczej. Bandyci wmieszali się w tłum, a tłum okazał się nieprzygotowany na wewnętrzne prowokacje. Jednak było tam ok. 30 tys. świadków, którzy na własne oczy widzieli to, co się działo i jak te wydarzenia zostały pokazane w mediach. 30 tysięcy osób zaszczepionych na medialne kłamstwa w stylu Jerzego Urbana. Niech relacje uczestników Marszu roznoszą się szeroko. Polska jest dla wszystkich.
* * *
Na koniec trzy filmy uzupełniające.
Mocna, ale bardzo trafna i bardzo prawdziwa wypowiedź prof. Jana Żaryna:
Blogerski reportaż "Widziałem naziola":
Sfilmowany fragment Marszu Niepodległości
- tego nie zobaczysz w żadnej telewizji:
Konfrontacja medialnych doniesień i faktycznych obrazów z Marszu:
środa, 8 czerwca 2011
Czy oni robią nas w konia? Skądże!!!
Poszedłem zobaczyć na własne oczy, jak trójka obiektywnych dziennikarzy oraz kwiat polskiej profesury, intelektualnie niszczy jednego z największych dziennikarskich oszołomów, czyli Rafała Ziemkiewicza. Tematem debaty było retoryczne pytanie: “Czy oni robią nas w konia?” Ponieważ w debacie brali udział głównie ludzie znani z radia z lufcikiem, zwanego też szklanym okienkiem, albo tak bardziej nowocześnie telewizorem, sądziłem przez chwilę, że rozmowa dotyczyć może nie tyle krętactw oszołoma Ziemkiewicza, ile samych telewidzów, którzy udają, że słuchają i oglądają, a tak naprawdę to robią i wiedzą swoje. Skład dyskutantów do ostatniej chwili pozostawiał tę sprawę nierozstrzygniętą, jako że pośród kwiatu polskiej niezależnej inteligencji, oprócz wspomnianego Ziemkiewicza, pojawić się miały takie tuzy jak Jarosław Gugała, Katarzyna Kolenda-Zaleska i Grzegorz Miecugow, zaś wsparcia ze strony Uniwersytetu dostarczyli profesorowie Janusz Czapiński i Janusz Adamowski.
Okazało się, że bronić Ziemkiewicza przed jakże uzasadnioną krytyką nie ma potrzeby, bo już na samym wstępie Grzegorz Miecugow zdefiniował sytuację stwierdzając, że największym problemem mediów są ich odbiorcy. Kolenda-Zaleska próbowała skierować dyskusję na właściwe tory punktując obsesje redaktora Ziemkiewicza, ale profesor Czapiński zasugerował jakąś psychoterapię i uspokojona Katarzyna nie musiała więcej się odzywać. Jarosław Gugała opowiedział zaś historię swoich dokonań w telewizji, co miało być dowodem na brak jakiejkolwiek ingerencji kogokolwiek w działania dziennikarzy, a wszelkie rzekome medialne manipulacje są według niego jedynie efektem prostego lenistwa dziennikarzy i braku wypracowanych standardów. Polskie dziennikarstwo bowiem, podobnie jak polska demokracja jest bardzo młode, niedoświadczone, nieopierzone i ciągle się uczy, dlatego trzeba wiele mu wybaczyć. Fakt, że mówił to człowiek całkowicie siwy o niczym nie świadczy, wszak mamy tyle lat na ile się czujemy, a nie tyle ile mamy w metryce.
Słowa Ziemkiewicza o jakiś powiązaniach między mitycznym Prezesem, Dziennikarzem, a Sponsorem należy włożyć miedzy bajki. Aferalna historia Dominique Strauss-Kahn’a, która wypłynęła tylko dlatego, że wydarzyła się w USA, bo w Europie prawdopodobnie zostałaby zamieciona pod dywan jak wiele podobnych historii z udziałem tego pana w ciągu ostatnich kilku lat - ta historia absolutnie nie świadczy, że albo mamy w całej Europie niewydolne media albo teraz ktoś znowu nas robi w konia - ta historia jest na pewno wymysłem chorego umysłu Ziemkiewicza, a nawet jeśli jest prawdziwa, to i tak o niczym nie świadczy. Podobnie jak setki innych podobnych doniesień.
Wśród dzisiejszych newsów można np. znaleźć informację, że na Litwie realną władzę sprawują media właśnie. Władza jest przy tym wykorzystywana do celów mafijno-zarobkowych, a nie politycznych. Otóż jeśli chcesz robić biznes na Litwie, musisz zapłacić haracz. Nie sztampowo - jak na Sycylii, Ukrainie czy w Rosji: różnego rodzaju firmom ochroniarskim - haracz przyjmowali dziennikarze. Płacisz - masz dobrą prasę, nie płacisz, wychodzą na jaw jakieś ogórki, kiełki czy inne viagry.
W raporcie ambasady USA z 2008 roku można przeczytać m.in.: "Szef litewskiego przedstawicielstwa amerykańskiej firmy Pfizer Raimundas Voiszka twierdzi, że przed kilku laty otrzymał propozycję, iż za 1 milion litów +Respublika+ rozgromi konkurentów jego spółki. Voiszka odrzucił propozycję. Wkrótce w +Respublice+ ukazały się artykuły o zgonach w wyniku zażycia preparatu Viagra, który produkuje Pfizer, a także wiele innych oszczerstw".
Vilius Kavaliauskas, dziennikarz, doradca byłego premiera Litwy Gediminasa Kirkilasa, stwierdza: “na Litwie trzeba kupić sobie prawo do tego, aby nie być atakowanym". "Wygląda na to, że przedstawiciele władzy są sparaliżowani przez media".
Pamiętajmy! To wszystko to jednak wyjątki i rojenia chorych na obsesje oszołomów! Tak naprawdę to nikt nas w konia nie robi, a jeśli nawet to z czystego lenistwa! Tako rzecze Gugała i Miecugow. Bo Kolenda-Zaleska nie ma już nic do dodania na ten temat.
Okazało się, że bronić Ziemkiewicza przed jakże uzasadnioną krytyką nie ma potrzeby, bo już na samym wstępie Grzegorz Miecugow zdefiniował sytuację stwierdzając, że największym problemem mediów są ich odbiorcy. Kolenda-Zaleska próbowała skierować dyskusję na właściwe tory punktując obsesje redaktora Ziemkiewicza, ale profesor Czapiński zasugerował jakąś psychoterapię i uspokojona Katarzyna nie musiała więcej się odzywać. Jarosław Gugała opowiedział zaś historię swoich dokonań w telewizji, co miało być dowodem na brak jakiejkolwiek ingerencji kogokolwiek w działania dziennikarzy, a wszelkie rzekome medialne manipulacje są według niego jedynie efektem prostego lenistwa dziennikarzy i braku wypracowanych standardów. Polskie dziennikarstwo bowiem, podobnie jak polska demokracja jest bardzo młode, niedoświadczone, nieopierzone i ciągle się uczy, dlatego trzeba wiele mu wybaczyć. Fakt, że mówił to człowiek całkowicie siwy o niczym nie świadczy, wszak mamy tyle lat na ile się czujemy, a nie tyle ile mamy w metryce.
Słowa Ziemkiewicza o jakiś powiązaniach między mitycznym Prezesem, Dziennikarzem, a Sponsorem należy włożyć miedzy bajki. Aferalna historia Dominique Strauss-Kahn’a, która wypłynęła tylko dlatego, że wydarzyła się w USA, bo w Europie prawdopodobnie zostałaby zamieciona pod dywan jak wiele podobnych historii z udziałem tego pana w ciągu ostatnich kilku lat - ta historia absolutnie nie świadczy, że albo mamy w całej Europie niewydolne media albo teraz ktoś znowu nas robi w konia - ta historia jest na pewno wymysłem chorego umysłu Ziemkiewicza, a nawet jeśli jest prawdziwa, to i tak o niczym nie świadczy. Podobnie jak setki innych podobnych doniesień.
Wśród dzisiejszych newsów można np. znaleźć informację, że na Litwie realną władzę sprawują media właśnie. Władza jest przy tym wykorzystywana do celów mafijno-zarobkowych, a nie politycznych. Otóż jeśli chcesz robić biznes na Litwie, musisz zapłacić haracz. Nie sztampowo - jak na Sycylii, Ukrainie czy w Rosji: różnego rodzaju firmom ochroniarskim - haracz przyjmowali dziennikarze. Płacisz - masz dobrą prasę, nie płacisz, wychodzą na jaw jakieś ogórki, kiełki czy inne viagry.
W raporcie ambasady USA z 2008 roku można przeczytać m.in.: "Szef litewskiego przedstawicielstwa amerykańskiej firmy Pfizer Raimundas Voiszka twierdzi, że przed kilku laty otrzymał propozycję, iż za 1 milion litów +Respublika+ rozgromi konkurentów jego spółki. Voiszka odrzucił propozycję. Wkrótce w +Respublice+ ukazały się artykuły o zgonach w wyniku zażycia preparatu Viagra, który produkuje Pfizer, a także wiele innych oszczerstw".
Vilius Kavaliauskas, dziennikarz, doradca byłego premiera Litwy Gediminasa Kirkilasa, stwierdza: “na Litwie trzeba kupić sobie prawo do tego, aby nie być atakowanym". "Wygląda na to, że przedstawiciele władzy są sparaliżowani przez media".
Pamiętajmy! To wszystko to jednak wyjątki i rojenia chorych na obsesje oszołomów! Tak naprawdę to nikt nas w konia nie robi, a jeśli nawet to z czystego lenistwa! Tako rzecze Gugała i Miecugow. Bo Kolenda-Zaleska nie ma już nic do dodania na ten temat.
niedziela, 15 maja 2011
Mini-wykłady pod namiotem Solidarnych 2010
Możemy długo punktować manipulacje mediów, oburzać się na świadczące o rzekomo niskich kompetencjach intelektualnych uleganie tym manipulacjom, możemy przeklinać kłamców i bandytów, lecz możemy też zrobić coś innego. Jeden obraz wart jest tysiąca słów. A jedno spotkanie warte jest tysiąca listów. Nie ma lepszego sposobu na wyrobienie sobie o kimś czy o czymś opinii niż bezpośrednie spotkanie z danym zjawiskiem. Zatrzymać się, posłuchać, popatrzeć. Nie uczestniczyć. Poobserwować. Z dystansu. Jest to najlepszy sposób, by móc spróbować wyjść z zaklętego kręgu eksperymentu Asha i odnaleźć w sobie odwagę, by przyznać się przed samym sobą, która kreska jest najkrótsza.
To jest właśnie powód, dla którego warto pojawiać się na warszawskim Krakowskim Przedmieściu nie tylko 10 dnia każdego miesiąca. To jest powód dla którego warto było pojawić się na „faszystowskiej” i „antyfaszystowskiej”, tzn. na narodowej i antynarodowej demonstracji 11 listopada 2010. To jest powód dla którego warto być w miejscu, w którym dzieją się ważne rzeczy, bo ich obraz okazuje się często zupełnie odmienny od tego co przekazują nam media. Jeśli tylko pozwala czas i odległość nie warto przegapiać takich okazji. A taką okazją będzie cykl mini-wykładów pod namiotem Solidarnych 2010.

Poniżej zamieszczam fragment zaproszenia:
Cykl spotkań "pod namiotem", jest odpowiedzią na rzeczywistość, którą możemy "pod namiotem" zastać. Tam oprócz oznak pogardy i agresji, widzimy prawdziwą troskę o Polskę, przejawiającą się w rozmowach gromadzących się tam ludzi. Rozmawiają oni ze sobą z niesamowitym zaangażowaniem o Polsce, historii, cywilizacji, kulturze i religii.
Dlatego też postanowiliśmy poczynić starania, by idąc tym tropem "namiotowi Solidarnych" nadać intelektualnego blasku. Stąd ten cykl miniwykładów. Na chwilę obecną przygotowane są 3 spotkania, jednak jesteśmy przekonani i będziemy czynić wszelkie starania, by było ich coraz więcej.
By w nich uczestniczyć, wystarczy przyjść na Krakowskie Przedmieście pod nasz biały namiot. Na miejscu będzie możliwość wysłuchania profesora Legutki, byłego ministra MSW Antoniego Macierewicza i profesora Terleckiego. Rozmowę z nimi poprowadzi Samuel Pereira.
Program spotkań:
18.05, godz. 19:00 - prof. Legutko [link do wydarzenia na FB]
19.05, godz. 17:30 - prof. Zdzisław Krasnodębski [link do wydarzenia na FB]
20.05, godz. 17:30 - poseł Antoni Macierewicz [link do wydarzenia na FB]
25.05, godz. 17:30 - prof. Ryszard Terlecki [link do wydarzenia na FB]
Wstęp wolny!
Zapraszamy wszystkich do zapisywania się na stronach wydarzenia, ale i przekazywania tej informacji bliskim i znajomym.
Zachęcam także do obejrzenia Antoniego Macierewicza w programie Pod Prąd. Program w dwu odcinkach na YT każdy w czterech częściach. Zamieszczam tylko pierwszą część każdego z odcinków, linki następnych części pojawią się na końcu filmu. Obraz Antoniego Macierewicza, jakiego nie obejrzycie w żadnej z głównych telewizji.
.
To jest właśnie powód, dla którego warto pojawiać się na warszawskim Krakowskim Przedmieściu nie tylko 10 dnia każdego miesiąca. To jest powód dla którego warto było pojawić się na „faszystowskiej” i „antyfaszystowskiej”, tzn. na narodowej i antynarodowej demonstracji 11 listopada 2010. To jest powód dla którego warto być w miejscu, w którym dzieją się ważne rzeczy, bo ich obraz okazuje się często zupełnie odmienny od tego co przekazują nam media. Jeśli tylko pozwala czas i odległość nie warto przegapiać takich okazji. A taką okazją będzie cykl mini-wykładów pod namiotem Solidarnych 2010.

Poniżej zamieszczam fragment zaproszenia:
Cykl spotkań "pod namiotem", jest odpowiedzią na rzeczywistość, którą możemy "pod namiotem" zastać. Tam oprócz oznak pogardy i agresji, widzimy prawdziwą troskę o Polskę, przejawiającą się w rozmowach gromadzących się tam ludzi. Rozmawiają oni ze sobą z niesamowitym zaangażowaniem o Polsce, historii, cywilizacji, kulturze i religii.
Dlatego też postanowiliśmy poczynić starania, by idąc tym tropem "namiotowi Solidarnych" nadać intelektualnego blasku. Stąd ten cykl miniwykładów. Na chwilę obecną przygotowane są 3 spotkania, jednak jesteśmy przekonani i będziemy czynić wszelkie starania, by było ich coraz więcej.
By w nich uczestniczyć, wystarczy przyjść na Krakowskie Przedmieście pod nasz biały namiot. Na miejscu będzie możliwość wysłuchania profesora Legutki, byłego ministra MSW Antoniego Macierewicza i profesora Terleckiego. Rozmowę z nimi poprowadzi Samuel Pereira.
Program spotkań:
18.05, godz. 19:00 - prof. Legutko [link do wydarzenia na FB]
19.05, godz. 17:30 - prof. Zdzisław Krasnodębski [link do wydarzenia na FB]
20.05, godz. 17:30 - poseł Antoni Macierewicz [link do wydarzenia na FB]
25.05, godz. 17:30 - prof. Ryszard Terlecki [link do wydarzenia na FB]
Wstęp wolny!
Zapraszamy wszystkich do zapisywania się na stronach wydarzenia, ale i przekazywania tej informacji bliskim i znajomym.
Zachęcam także do obejrzenia Antoniego Macierewicza w programie Pod Prąd. Program w dwu odcinkach na YT każdy w czterech częściach. Zamieszczam tylko pierwszą część każdego z odcinków, linki następnych części pojawią się na końcu filmu. Obraz Antoniego Macierewicza, jakiego nie obejrzycie w żadnej z głównych telewizji.
.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



