Wspominałem już, że w całej sprawie ACTA najsmutniejszy nie jest sam skandaliczny akt prawny, czy sposób jego uchwalania, ale całe podejście do kwestii praw autorskich. Prawa te, stworzone w celu ochrony autorów, są obecnie wykorzystywane do bardzo wielu różnych rzeczy, pośród których ochrona autora wydaje się być na ostatnim miejscu. Warto przy tym przypomnieć, że prawa autorskie składają się z dwu elementów: zbywalnych praw majątkowych oraz niezbywalnych praw autorskich. W powszechnej świadomości jedno i drugie zlewa się i miesza, tworząc setki nieporozumień, które otwierają drogę do manipulacji podmiotom zainteresowanym nie tyle samym dziełem, ile jego otoczeniem – finansowym czy ideologicznym.
Takie akty prawne jak ACTA, SOPA, czy PIPA i wiele następnych, które w ogóle nie powinny być pomyślane nawet, są dziś rozważane i negocjowane dlatego, że ograniczająca funkcja praw autorskich, wprowadzana w przeszłości metodą małych kroczków, odniosła wielki sukces, przejawiający się traktowaniem chorych ograniczeń jako całkowicie naturalnych, zrozumiałych i akceptowalnych dla znakomitej większości uczestników naszej cywilizacji. Tak jak w przeszłości całkowicie naturalne było dobre sprawowanie niewolnika, który w ten sposób próbował zapracować na swoją wolność i dobre traktowanie, tak dzisiaj jako zupełnie oczywiste traktujemy kajdany, które są założone na kulturę i są systematycznie pogrubiane, zaledwie od kilkudziesięciu lat.
Natknąłem się ostatnio na przypadek świetnie pasujący jako ilustracja powyższych dość ogólnikowych tez. Na początku trzeba zastrzec, że nie dotykamy w najmniejszym stopniu majątkowych praw autorskich, jako że oba podmioty, między którymi pojawił się pewien spór działają społecznie, non-profit i pro publico bono. Wydawać by się mogło, że autorom publikowanych na obu internetowych witrynach treści, zależeć będzie na jak najszerszym rozpowszechnianiu prezentowanych idei i pomysłów nie tylko pośród odbiorców swojego zamkniętego kręgu odbiorców.
Autorom może i na tym zależy. Gorzej z właścicielami, którzy zatrudniają „tropicieli” naruszeń prawa autorskiego udowadniających, że kompletnie nie rozumieją na czym polega ochrona autorów. Spróbuję pokazać to na konkretnym przykładzie, który naprawdę miał miejsce w internetowej rzeczywistości. Jednak w celu uniknięcia niepotrzebnych personalnych przepychanek nie będę posługiwał się linkami i nazwiskami.
Na pewnym portalu o lewicującym charakterze został opublikowany tekst opisujący dzieje mało znanego polskiego przedsiębiorcy społecznego, któremu bardziej niż na zyskach zależało na rozwoju regionu w którym mieszkał. Tekst został zauważony przez właściciela innego portalu, o charakterze niepodległościowym, który zbiera różne informacje o godnych popularyzacji zjawiskach związanych z Polską. Został zatem dodany do działu Historia jako opowieść o wybitnym Polaku. Redakcja dopisała cytaty z pism przedsiębiorcy i kilka faktów z jego życia. W niczym na pewno nie zaszkodziła autorowi. Pojawił się jednak pewien problem.
Portal lewicujący na swojej stronie informuje bardzo wyraźnie, iż jakikolwiek przedruk lub nawet części publikowanych materiałów wymaga wcześniejszej zgody. Jeśli taka zgoda zostanie wydana, to wykorzystanie obwarowane jest dodatkowymi warunkami:
- brak komercyjnego charakteru wykorzystania.
- brak jakiejkolwiek redakcji, skrótu czy zmiany bez zgody redakcji
- opisanie fragmentu nazwiskiem autora i linkiem do portalu źródłowego.
Zaznaczone jest także wyraźnie, że jakakolwiek publikacja nawet fragmentu materiałów jest złamaniem obowiązującego prawa.
Zasady te, na pierwszy rzut oka, wydają się być sprzeczne z polskim prawem autorskim, w którym prawo cytatu zostało opisane w artykule 29 ust. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Zgodnie z nim „Wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość urywki rozpowszechnionych utworów lub drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym wyjaśnieniem, analizą krytyczną, nauczaniem, prawami gatunku twórczości.” (Szersze omówienie kategorii cytatu opracowane jest tutaj, albo choćby w wikipedii.) Zatem witryna internetowa o społecznym charakterze zawartym w swojej nazwie, zamieszcza zapisy o prawnym charakterze, które jako sprzeczne z polskim prawem nie są wiążące. Nie przeszkadza to jednak autorom tych zapisów grozić sądem (czymże innym bowiem jest przypomnienie o łamaniu polskiego prawa?) każdemu, kto się nie dostosuje do tych nieważnych zapisów. Skrócenie bowiem (czymże innym jest cytat?) artykułu, czy wykorzystanie jego fragmentu (czy to nie jest cytat?) w celu wklejenia fragmentu do własnego tekstu jest zabronione bez zezwolenia właścicieli portalu.
To jednak jest tylko dygresja. Nie chcę wchodzić w skomplikowane rozważania natury prawnej, dotyczącej rozmiarów cytatu, definicji dzieła zależnego i tym podobnych niedookreślonych prawem rzeczy, bo przecież nie chodzi o to, by ustalić od ilu słów kończy się cytat a zaczyna dzieło zależne, czy od ilu słów artykuł przestaje być „drobnym utworem”, o którym wspomina ustawa. Sprowadzanie kwestii praw autorskich do tego rodzaju absurdów mogłoby być rozrywką dla prawników, ale jest zdecydowanie stratą czasu dla normalnych, zdrowo myślących ludzi. Zatem zostawmy te granice i wróćmy do naszego przykładu.
Właściciel portalu lewicującego, gdy tylko zorientował się, że jeden z artykułów zamieszczony jest bez jego wiedzy na portalu niepodległościowym zwrócił uwagę, że zostały naruszone prawa autorskie. Faktycznie, umieszczenie całego artykułu (nawet jeśli zostało podane nazwisko autora oraz link do źródła) i poszerzenie go, jeśli nastąpiło bez niczyjej zgody jest naruszeniem prawa autorskiego. Można by się oczywiście spierać czy jest to utwór drobny, który można zacytować w całości, czy też nie, ale ponieważ nie było dodatkowego komentarza, niewątpliwe nie był to cytat. Po krótkiej wymianie zdań właściciel portalu niepodległościowego napisał od nowa sporny tekst, w którym wykorzystał cytaty z oryginalnego, oczywiście z podaniem źródła.
I tu dochodzimy do istoty absurdu, na który chcę zwrócić uwagę. Właściciel portalu lewicującego (czy też osoba odpowiedzialna za ściganie naruszeń praw autorskich) argumentuje bowiem swoją gorliwość w ściganiu tego typu przypadków obroną przed nadużyciami, gdy ktoś tak dobiera cytat, by zmanipulować oryginalny tekst.
Kiedy natomiast najłatwiej dokonać, nawet niezamierzonej, manipulacji? Ano wtedy, gdy wyrywamy z kontekstu jakiś fragment i wstawiamy go w inny. Faktycznie, warto uzgodnić wykorzystanie fragmentu z autorem. Sam często zżymałem się na różne redakcje, które drukując fragment, całkowicie wypaczały sens tekstu. Często wolałbym, aby nie drukowano jakiegoś tekstu czy listu wcale, od drukowania wybranego przez redakcję wcale nie najistotniejszego fragmentu, który traktował o pobocznej czy nawet zupełnie innej sprawie niż intencje autora. Jak najlepiej chronić integralność myśli utworu? Czy nie przedrukowując całość jego wywodu? Zwłaszcza jak ta całość to zaledwie sześć krótkich akapitów?
Mawiają, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Nadmierna troska o prawa autorskie nie tyle chroni twórcę, ile stawia sztuczne bariery dla rozpowszechniania twórczej myśli. Uzależnianie przedruku jakiegoś internetowego tekstu – który nie ma żadnego komercyjnego charakteru, a jego celem jest jedynie popularyzacja społecznie istotnej wiedzy – od każdorazowej zgody właściciela praw autorskich, jest niczym innym, jak stawianiem zupełnie niepotrzebnych barier. To tak, jakby żądać, aby wycinanie artykułu z gazety i pokazanie go kolegom na podwórku także było uzależnione od zgody redakcji. To jakieś absurdalne nieporozumienie i kompletny brak zrozumienia dla kwestii krążenia kultury i form zabezpieczania interesów twórcy. To strzelanie z armaty do wróbla.
Sam autor tekstu, nigdy nie miał nic przeciwko przedrukom swoich tekstów, bo jak większości autorów, zależy mu na jak największej liczbie czytelników. Uważa też, że nie ma sensu zamykać się na odmiennych światopoglądowo odbiorców, bo zamyka się w ten sposób dialog i krążenie kultury. Doskonale rozumie to również właściciel niepodległościowego portalu, dla którego światopogląd autora nie ma znaczenia, jeśli tekst popularyzuje godną naśladowania społeczną i patriotyczną postawę XIX-wiecznego przedsiębiorcy. Najwyraźniej jednak osoba, której powierzono kwestię ochrony praw autorskich tekstów zamieszczanych na portalu lewicującym nie do końca rozumie cele i ideę swojej funkcji, która ma śledzić nadużycia i manipulacje, a nie przeciwdziałać jakiemukolwiek nieautoryzowanemu użyciu tekstów, które w zamyśle autorów powinny dotrzeć do jak największej liczby odbiorców. Być może w naszych nadmiernie skomercjalizowanych czasach społeczne idee są trudne do przyswojenia nawet dla ich zdeklarowanych zwolenników.
Polecam też książkę L. Lessiga o Wolnej Kulturze i prawach autorskich.
piątek, 17 lutego 2012
niedziela, 5 lutego 2012
Pierre Bourdieu - O telewizji. Panowanie dziennikarstwa
Próżno szukać dyskusji wywołanych wykładem francuskiego socjologa, co zresztą nie powinno dziwić. Sami dziennikarze nie są zainteresowani analizami własnego pola, co nie dziwi, ale jak się okazuje również w polu naukowym publikacja nie wywołała większego rezonansu. A warto do tekstu zajrzeć, bo jest napisany (czy też raczej opowiedziany) dość przystępnym językiem i zawiera jednocześnie dość mocno skondensowaną treść. Pozwoliłem sobie dokonać osobistego wyboru kilku fragmentów, przede wszystkim dla zachęty do lektury całości.
Wstęp
Chciałbym postawić, tu w telewizji, kilka pytań dotyczących telewizji. To zamiar dość paradoksalny, ponieważ uważam, że generalnie rzecz biorąc, w telewizji nie da się powiedzieć niczego ważnego, a już zwłaszcza, gdy chce się mówić o samej telewizji. [Jednak] nie należy zgadzać się na alternatywę: wszystko albo nic. Trzeba występować w telewizji, ale pod pewnymi warunkami. […]
Kontrast [formy wykładu] z codzienną telewizją, będącą przedmiotem prezentowanej analizy, jest celowy. Moim zamiarem było opowiedzenie się w ten sposób za autonomią dyskursu analitycznego i krytycznego, nawet za cenę przesadnej drobiazgowości i ociężałości, dydaktyzmu i dogmatyzmu uniwersyteckiego wykładu. Ta forma wypowiedzi, stopniowo wykluczana z telewizyjnych ekranów pozostaje w rzeczywistości jedną z najbardziej niezawodnych form afirmacji wolności myślenia i oporu wobec manipulacji. […]
Telewizja […] zagraża różnym sferom produkcji kulturowej: sztuce, literaturze, nauce, filozofii czy prawu. […] Analiza socjologiczna często spotyka się z pewnym nieporozumieniem: osobom, które są przedmiotem badania (w tym przypadku dziennikarzom), zdarza się myśleć, że praca polegająca na nazywaniu i odsłanianiu pewnych mechanizmów jest skierowanym przeciw nim oskarżeniem, że jest tzw. atakiem personalnym, ad hominem (nawet jeśli socjolog powie lub napisze tylko jedną dziesiątą tego, co usłyszy od samych dziennikarzy, np. o spotkaniach promocyjnych lub o fabrykowaniu - tak, to właściwe słowo - programów, zostanie przez nich oskarżony o stronniczość i brak obiektywizmu). Ogólnie rzecz biorąc, ludzie nie lubią, gdy czyni się z nich przedmiot analizy, nie lubią być obiektywizowani, a dziennikarze jeszcze mniej niż cała reszta społeczeństwa. Czują się przyszpileni i namierzeni. Tymczasem im dalej badacz zagłębia się w analizę jakiegoś środowiska, tym bardziej jest skłonny zwalniać jednostki z odpowiedzialności (co nie oznacza, że usprawiedliwia wszystko, co się dzieje). Im lepiej wie, jak dane środowisko funkcjonuje, tym bardziej zdaje sobie sprawę, że ludzie, którzy do niego należą, są w równym stopniu manipulowani, co manipulują. Często manipulują tym lepiej, im sami są bardziej poddani manipulacji i bardziej nieświadomi jej istnienia. Podkreślam ten aspekt, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, że mimo wszystko moja wypowiedź zostanie odebrana jako krytyka. To reakcja obronna na analizę. […]
Sensacje
Wcześniej usuwane i pomijane z powodu troski o poważanie narzuconej przez wzorzec poważnej prasy, teraz dzięki panowaniu telemetrii zostały wyniesione na pierwsze strony gazet i na czołówki serwisów informacyjnych. Ale te faits divers [sensacje], dostarczając rozrywki, jednocześnie odwracają uwagę [W oryginale nieprzetłumaczalna gra słów: Mais les faits divers, ce sont les faits qui font diversion. Faire diversion oznacza jednocześnie „dostarczać rozrywki" i „odwracać uwagę"]. Podstawowy trik iluzjonisty polega na odwróceniu uwagi widza od tego, co naprawdę robi. […] Sensacje to właśnie ten rodzaj podstawowego produktu żywnościowego, rodzaj informacji, który jest bardzo ważny, ponieważ interesuje wszystkich, nie niosąc zarazem żadnych konsekwencji. Sensacje zabierają czas, który mógłby być wykorzystany, by powiedzieć coś innego. Otóż czas jest w telewizji dobrem niezwykle cennym. I jeśli wykorzystuje się te cenne minuty, by mówić rzeczy tak błahe, to znaczy, że owe błahe rzeczy są w istocie bardzo ważne, gdyż ukrywają rzeczy cenne. […]
Używając zwyczajnych słów, nie zrobimy wrażenia ani na „burżuazji", ani na „ludzie". Potrzeba słów nadzwyczajnych. W rzeczywistości, co może wydawać się paradoksalne, świat obrazu zdominowany jest przez słowa. Zdjęcie nic nie znaczy bez legendy wyjaśniającej, co przedstawia - legendum. Oznacza to w praktyce tyle, że legendy wyjaśniają wszystko. Nazwać to, jak mawiają, pokazać, stworzyć, powołać do istnienia. A słowa mogą czynić prawdziwe spustoszenie: islam, islamski czy islamistyczny (islam, islamique, islamiste) - chusta jest islamska czy islamistyczna? Czy chodzi po prostu o chustę i nic więcej? Zdarza się, że mam ochotę cytować każde słowo prezenterów, którzy często mówią ot tak sobie, nie zdając sobie sprawy z trudności i wagi tematów, które poruszają, oraz z odpowiedzialności, jaka na nich ciąży, gdy mówią do tysięcy widzów, i gdy nie rozumieją tego wszystkiego, a nawet nie wiedzą, że nie rozumieją. Przecież te słowa mają swoje rzeczywiste skutki [ces mots font des choses], tworzą fantazmaty, lęki fobie, czy po prostu fałszywe wyobrażenia. Większość dziennikarzy interesuje to, co wyjątkowe - coś, co jest dla nich wyjątkowe. Rzecz dla innych banalna może być dla nich czymś nadzwyczajnym, albo na odwrót. Interesuje ich to, co wyjątkowe, niezwyczajne, co zrywa z codziennością - dzienniki muszą dawać codziennie coś nie-codziennego [l'extra-quottdien]. Nie jest to łatwe... Dlatego tak wiele uwagi poświęcają tej nadzwyczajnej zwyczajności, czyli wydarzeniom takim jak pożary, powodzie, morderstwa, faits divers. Ale nie-zwyczajne [l'extra-ordinaire] jest również (i przede wszystkim) to, co nadzwyczajne w zestawieniu z innymi gazetami - to, co jest odmienne od zwyczajności i odmienne od tego, co inne gazety mówią o zwyczajności, lub mówią zazwyczaj. Ten uciążliwy wymóg zmusza gazety do ciągłego poszukiwania sensacyjnego materiału [scoop]. Żeby być pierwszym, który coś dostrzeże i pokaże, trzeba być gotowym prawie na wszystko. Kiedy każdy patrzy na drugiego, by ubiec resztę, zrobić to przed innymi lub inaczej niż inni, kończy się to robieniem przez wszystkich tego samego. W tym wypadku poszukiwanie wyjątkowości - które gdzie indziej, w innych polach, rodzi oryginalność i odrębność - prowadzi do uniformizacji i banalizacji. […]
Presja czasu
To stary topos dyskursu filozoficznego: zarysowana już przez Platona opozycja między filozofem, który ma czas, a ludźmi na agorze, w miejscu publicznym, którzy są poddani presji czasu. Nieco dalej Platon mówi, że w pośpiechu nie daje się myśleć. […] Jednym z ważniejszych problemów, które stawia przed nami telewizja, jest właśnie pytanie o relacje między myśleniem a czasem. Czy można myśleć w biegu? Czy telewizja oddając głos myślicielom, od których wymaga się, by myśleli w pełnym biegu, nie skazuje się na zapraszanie wyłącznie fast-thinkers, myślicieli, którzy myślą szybciej niż ich własne cienie...?
Trzeba wreszcie zadać sobie pytanie, co sprawia, że są oni zdolni sprostać tym szczególnym warunkom? Jak udaje im się myśleć w warunkach, w których nikt już nie myśli? Odpowiedź, która mi się nasuwa, jest taka, że myślą „komunałami". Komunały, o których mówi Flaubert, to idee przyjęte przez wszystkich, banalne, konwencjonalne, wspólne; kiedy się na nie natykacie, są już wam znane, co oznacza, że nie pojawia się problem ich odbioru. […]
Telewizja uprzywilejowuje fast-thinkers proponujących kulturowy fast-food - już przetrawiony i prze-myślany kulturowy pokarm. Dziennikarze (co jest również wyrazem poddania się presji czasu) dysponują stałą listą obowiązkowych rozmówców (pan M lub pani X o Rosji; pan Y o Niemczech). Zwalnia to ich z konieczności poszukiwania osób mających naprawdę coś do powiedzenia, często młodych, jeszcze nieznanych, angażujących się w swoje badania, niezbyt skłonnych do występowania w mediach. Takich trzeba byłoby poszukać, podczas gdy pod ręką są medialni bywalcy, zawsze dyspozycyjni i gotowi spłodzić artykuł lub udzielić wywiadu. Jest też prawdą, że aby być zdolnym do „myślenia" w warunkach, w których nikt już nie myśli, trzeba być myślicielem szczególnego rodzaju. […]
Fałszywa prawda
Widzowie doskonale zdają sobie sprawę, że prowadzący ingeruje w program, narzucając pewne ograniczenia. To on narzuca temat, problematykę (często tak absurdalną jak w debacie zatytułowanej „Czy elity trzeba spalić na stosie?", gdzie każda odpowiedź jest równie bezsensowna), on wymusza uznanie reguł gry. Reguły te są płynne: inne dla o związkowca, a inne dla pana Peyreffite z Akademii Francuskiej. Prowadzący decyduje, kto mówi, wskazuje, kto jest kimś ważnym. Niektórzy socjologowie starali się odsłonić niewerbalną zawartość komunikacji werbalnej: równie wiele, co za pomocą mowy, mówimy przez spojrzenia, uśmiechy, gesty, mimikę, ruch oczu, również przez intonację, przez wszystko. Przesyłamy dużo więcej komunikatów niż jesteśmy w stanie kontrolować (musi to niepokoić Narcyzów ciągle spoglądających w lustro). Istnieje wiele poziomów ekspresji, nawet w samej mowie - jeśli kontrolujemy głos (poziom fonologiczny), to nie kontrolujemy składni (poziom syntaktyczny). Nikt, nawet osoba świetnie panująca nad sobą, nie jest w stanie kontrolować wszystkiego, chyba, że odgrywa jakąś rolę lub jest sztywna jak kołek. Prowadzący często ingeruje w program nieświadomie - przez formę zadawania pytań, ton głosu. Do jednych zwraca się szorstko: „Nie odpowiedział mi pan na moje pytanie"; do innych zachęcająco: „Czekam na pańską odpowiedź. Czy zamierza pan kontynuować strajk?" Inny wiele mówiący przykład to słowo „dziękuję" wypowiadane na wiele różnych sposobów. „Dziękuję" może znaczyć: „Dziękuję panu, bardzo jestem wdzięczny, z przyjemnością goszczę pana w studiu i słucham pańskich opinii". Ale można też powiedzieć „dziękuję" w sposób, który przypomina odprawę: „Dziękuję. Pana czas się skończył. Kto następny?" Wszystko to zaznacza się w sposób bardzo subtelny, w mikroskopijnych niuansach tonu. Do rozmówcy dociera i ta powierzchniowa, i ta ukryta semantyka, co może sprawić, że straci on grunt pod nogami. […]
Prowadzący robi z siebie rzecznika publiczności: „Przerywam panu, bo nie rozumiem, co pan chciał przez to powiedzieć". Nie daje do zrozumienia, że sam jest idiotą, tylko sugeruje, że nie zrozumie tego typowy widz, który z definicji jest idiotą. Przerywając inteligentny wywód, robi to rzekomo w imieniu imbecyli. Tymczasem, jak zdążyłem się przekonać, ludzie, w imieniu których odgrywa on rolę cenzora, akurat najbardziej ze wszystkich irytują się tymi cięciami. […]
Jest jeszcze ostatnia z niewidocznych rzeczy - nieświadomość prowadzących. Zdarza mi się bardzo często, nawet w rozmowie z pozytywnie nastawionymi do mnie dziennikarzami, że jestem zmuszony rozpoczynać swoją odpowiedź od podważenia sensowności postawionego mi pytania. Dziennikarze, ze swoimi okularami, ze swoimi kategoriami myślenia, zadają pytania, które są pozbawione sensu. Gdy rozmawia się z nimi na przykład o problemie przedmieść, widać, że mają w głowach wszystkie te urojenia, o których wcześniej mówiłem. Zamiast udzielić im odpowiedzi, jestem zmuszony oznajmić grzecznie: „Pańskie pytanie jest bez wątpienia interesujące, ale wydaje mi się, że bardziej istotne w tej sprawie jest...". Jeśli nie jesteśmy na to przygotowani, odpowiadamy na pytania, które w ogóle nie powinny zostać zadane. […]
Opór przed homogenizacją
Wraz z pojawieniem się telewizji w latach sześćdziesiątych XX wieku, pewna część „socjologów" (w mocnym cudzysłowie) pospieszyła z twierdzeniem, że jako „środek komunikacji masowej" stanie się ona narzędziem „umasowienia". Telewizja miała stopniowo niwelować różnice, homogenizować wszystkich telewidzów. Okazało się, że nie doceniono ich siły oporu. Przede wszystkim jednak nie doceniono specyficznej zdolności, jaką ma telewizja - zdolności zmieniania nie tylko ludzi, którzy ją tworzą (jej producentów), ale także reszty dziennikarzy i wszystkich twórców kultury. […]
W tym mikrokosmosie, jakim jest świat dziennikarski, występują również bardzo silne napięcia między dziennikarzami, którzy chcieliby bronić takich wartości, jak autonomia i wolność od komercji, zamówień, szefów, a tymi, którzy poddają się wymogom i są za to nagradzani. Te napięcia nie znajdują swojego wyrazu, przynajmniej nie na ekranie, z powodu niezbyt sprzyjających okoliczności. Myślę na przykład o opozycji między zarabiającymi krocie gwiazdami a wyrobnikami przygotowującymi informacje i reportaże. Gwiazdy są szczególnie widoczne i szczególnie nagradzane, ale również szczególnie podporządkowane. Wyrobnicy natomiast pozostają w ukryciu (za kamerami, za mikrofonami) i stają się coraz bardziej krytyczni, ponieważ logika rynku pracy sprawia, że coraz lepiej wykształcone osoby (w porównaniu choćby z latami sześćdziesiątymi ta różnica wykształcenia jest kolosalna) są zatrudniane do wykonywania coraz bardziej błahych zadań. Inaczej mówiąc, rośnie napięcie między wymaganiami stawianymi przez zawód a aspiracjami kształtowanymi w szkołach dziennikarskich, na uniwersytetach (chociaż są też absolwenci łasi na pieniądze i zaszczyty, którzy przewidująco zaadaptowali się do całej sytuacji...). Jakiś dziennikarz powiedział niedawno, że kryzys wieku średniego (w wieku 40 lat odkrywamy, że nasz zawód nie ma nic wspólnego z tym, co o nim myśleliśmy) teraz przychodzi już po trzydziestce. Ludzie coraz wcześniej odkrywają straszne wymogi związane z tym fachem, a w szczególności wszystkie ograniczenia wynikające z kryterium oglądalności. Dziennikarstwo jest jednym z tych zawodów, w których znajdujemy najwięcej ludzi niespokojnych, niezadowolonych, zbuntowanych lub cynicznie zrezygnowanych. To zawód, w którym powszechne są (oczywiście zwłaszcza po stronie zdominowanych) przejawy gniewu, obrzydzenia lub zniechęcenia do pracy, o której nadal utrzymuje się, że jest „inna niż pozostałe", i walczy o to, by taka pozostała. Jednak daleko jeszcze do sytuacji, w której niechęć i brak akceptacji mogłyby przybrać formę prawdziwego oporu, indywidualnego czy tym bardziej zbiorowego. […]
Podsumowanie
Świat dziennikarski sam w sobie stanowi pole, ale jest to pole, które nieustannie, poprzez wskaźnik oglądalności, poddawane jest naciskom ze strony pola ekonomicznego. To bardzo heteronomiczne i silnie podporządkowane naciskom komercyjnym pole, jako struktura, samo wywiera nacisk na wszystkie inne pola. Ten strukturalny, obiektywny, anonimowy i niewidzialny wpływ nie ma nic wspólnego z tym, co dostrzec można bezpośrednio, z tym, o czym mówi się zazwyczaj, to znaczy z ingerencją jakiejś jednostki. […] Nie można więc zadowalać się krytyką jakiegoś dziennikarza, jakiegoś filozofa lub jakiegoś filozofa-dziennikarza... Każdy ma swojego kozła ofiarnego. […] Trzeba dostrzec, że jest on jedynie swego rodzaju epifenomenem struktury, jest, jak elektron, przejawem pola. Nie zrozumiemy nic, jeśli nie zrozumiemy pola, które go stwarza i które daje mu jego małą siłę.
Pierre Bourdieu, O telewizji. Panowanie dziennikarstwa, PWN, Warszawa 2011
Zobacz także:
Tekst Dariusza Żukowskiego
Tekst Pawła Miecha
Osoby znające francuski mogą obejrzeć nagranie wykładu tutaj:
sobota, 28 stycznia 2012
Uruchomić Palikota! Rozkaz!
Kolejny raz mogliśmy się przekonać, że refleks internautów, ich potencjał twórczy, znacznie przewyższa zdolności szybkiego reagowania profesjonalnych zarówno medialnych jak i politycznych koncernów. Oto po pięciu prawie latach tajnych negocjacji okazało się, że Polska nie może odmówić podpisania dokumentu, który niczego nie zmienia. Ludzie zareagowali natychmiast na ten niezwykły dowód wpływu sztuki filmowej na rzeczywistość społeczno-polityczno-gospodarczą. Po ponad 30-latach od powstania najlepszych filmów Barei, urzędnicy państwowi okazali się tak nasiąknięci jego absurdalnym poczuciem humoru, że przestali odróżniać co jest tworem wyobraźni a co jest rzeczywistością i prawdopodobnie postanowili zatrzeć granicę przesuwając ją znacznie poza uznawany dotąd obszar. To jest tak naprawdę realna przyczyna wszystkich poczynań naszych polityków i dziennikarzy wokół ACTA.
Jak to wyglądało w praktyce, pokazuje rekonstrukcja z posiedzenia polskiego rządu:
Funkcjonariusze służby propagandy wzięli sobie zalecenia pana Premiera głęboko do serca i postanowiły uraczyć nas taką oto satyryczną groteską:
Na polecenie Premiera nie pozostał głuchy także Ruch Poparcia Przewodniczącego, który pojawił się na protestach z samym Przewodniczącym na czele. Okazało się jednak, że upojony krzyżowymi sukcesami podopiecznego Tarasa, Przewodniczący zlekceważył sytuację, ludzie zlekceważyli Durczoka i Przewodniczący razem z podopiecznymi musiał salwować się ucieczką:
Wygląda jednak na to, że że inercja profesjonalnie zarządzanych korporacji, jakimi są przeicież media, jest zbyt duża i w dzisiejszej prasie, pomimo porażki piątkowej akcji, mamy niepowtarzalną okazję oglądać dalsze etapy uruchamiania dymnej zasłony wytworzonej paleniem zwierząt futerkowych. Możemy się mianowicie dowiedzieć, że "Ruch Palikota zyskuje wyborców, już 13 proc. Polaków popiera tę partię - wynika z sondażu SMG/KRC dla "Faktów" TVN. To jeden z najlepszych wyników w historii.":
Tymczasem sonda obok artykułu o wzroście poparcia dla RPP pokazuje jeszcze inne dziwne jakieś wyniki (czyżby kolejny atak Anonymous?):
Czyż Bareja mógł marzyć o bardziej szlachetnym pomniku? Takiego pomnika nawet Horacy by się nie powstydził!!!
Publikuję filmy i obrazki bez niczyjej zgody, więc jeśli będą niewidoczne, to będzie oznaczało, że ACTA już działa i wydawca zablokował ich wyświetlanie na innych serwisach niż macierzysty, najpewniej w celu zabezpieczenia się przed stratami, spowodowanymi drastycznym wzrostem mojej satysfakcji z powodu nieustannie powiększającej się liczby czytelników. Jak wiadomo satysfakcja autora, w której niewątpliwy udział ma cudzy obrazek, jest przejawem karygodnego złodziejstwa własności intelektualnej i rabowania kieszeni artysty który to wiekopomne dzieło stworzył!
Jak to wyglądało w praktyce, pokazuje rekonstrukcja z posiedzenia polskiego rządu:
Funkcjonariusze służby propagandy wzięli sobie zalecenia pana Premiera głęboko do serca i postanowiły uraczyć nas taką oto satyryczną groteską:
Na polecenie Premiera nie pozostał głuchy także Ruch Poparcia Przewodniczącego, który pojawił się na protestach z samym Przewodniczącym na czele. Okazało się jednak, że upojony krzyżowymi sukcesami podopiecznego Tarasa, Przewodniczący zlekceważył sytuację, ludzie zlekceważyli Durczoka i Przewodniczący razem z podopiecznymi musiał salwować się ucieczką:
Wygląda jednak na to, że że inercja profesjonalnie zarządzanych korporacji, jakimi są przeicież media, jest zbyt duża i w dzisiejszej prasie, pomimo porażki piątkowej akcji, mamy niepowtarzalną okazję oglądać dalsze etapy uruchamiania dymnej zasłony wytworzonej paleniem zwierząt futerkowych. Możemy się mianowicie dowiedzieć, że "Ruch Palikota zyskuje wyborców, już 13 proc. Polaków popiera tę partię - wynika z sondażu SMG/KRC dla "Faktów" TVN. To jeden z najlepszych wyników w historii.":
Tymczasem sonda obok artykułu o wzroście poparcia dla RPP pokazuje jeszcze inne dziwne jakieś wyniki (czyżby kolejny atak Anonymous?):
Czyż Bareja mógł marzyć o bardziej szlachetnym pomniku? Takiego pomnika nawet Horacy by się nie powstydził!!!
Publikuję filmy i obrazki bez niczyjej zgody, więc jeśli będą niewidoczne, to będzie oznaczało, że ACTA już działa i wydawca zablokował ich wyświetlanie na innych serwisach niż macierzysty, najpewniej w celu zabezpieczenia się przed stratami, spowodowanymi drastycznym wzrostem mojej satysfakcji z powodu nieustannie powiększającej się liczby czytelników. Jak wiadomo satysfakcja autora, w której niewątpliwy udział ma cudzy obrazek, jest przejawem karygodnego złodziejstwa własności intelektualnej i rabowania kieszeni artysty który to wiekopomne dzieło stworzył!
piątek, 27 stycznia 2012
Czy Rzeczy Wspólne są lewackie?
Banałem już jest stwierdzenie, że polityka stała się domeną osób myślących nie w kategoriach Dobra Wspólnego, lecz w kategoriach biznesowych. Warto jednak nieustannie próbować definiować to zjawisko, aby kiedyś w końcu może uchwycić istotę problemu. Wszelkie działania polityków mają dziś charakter reklamowo-propagandowy, zaś motywacją tych działań jest biznesowa kalkulacja opłacalności. Kapitałem niekoniecznie jednak są pieniądze, a tzw. społeczne poparcie, które jak wiadomo jest dosyć emocjonalne i bardzo mobilne. Profesjonalizacja doradców idzie zatem w kierunku metod sterowania fluktuacją tych nastrojów w odpowiednią stronę. Jeśli na przykład sprowokujemy do przyjęcia przepisów, które wzbudzą społeczny protest, to nasi przeciwnicy najpierw polegną pod naporem ulicy, a następnie odwrócona ulica skieruje się być może do nas. Ale kombinacje operacyjne już dawno opuściły przedszkole i wraz z rozwojem wiedzy stają się - niczym bijące kolejne rekordy wysokości wieżowce - coraz bardziej piętrowe. Dzisiejsze protesty pozwolą odwrócić uwagę od przeprowadzenia znacznie poważniejszych zapisów, na które nikt nie zwróci uwagi. Protestującym rzuci się ofiarnego kozła, może nawet pozwoli na zmianę rządzącej formacji, by dać im ułudę własnej sprawczości oraz realności konstytucyjnego zapisu o tym, że władza należy do Narodu.
System społeczno-biznesowych naczyń połączonych działa sprawnie. Poparcie mierzone jest przez sondażownie, których warsztat pozwala na wyprodukowanie wyniku podkręconego w odpowiednią stronę, w sposób nie do podważenia przez niezależnych kontrolerów. Sondaże zamawiane i publikowane są w mediach, które teoretycznie są tubą dla tzw. opinii społecznej. Praca polityków z wyborcami ogranicza się zatem do utrzymywania przyjaznych stosunków z ludźmi mediów. Media, instytuty, sprofesjonalizowane partie polityczne – wszystko działa jak sprawnie zarządzane korporacje, od których tak naprawdę różnią się tylko nazwą . W tym pankorporacjonizmie nawet opinia publiczna, nawet uliczne protesty, są od dawna elementem systemu biznesowej walki o udziały w rynku.
W tej sytuacji nie tylko parlamenty, ale nawet uniwersytety przestały być miejscem intelektualnej debaty i filozoficznych poszukiwań definicji trafnie opisujących rzeczywistość. Prawda przestała mieć znaczenie nie dlatego, że jest dla mniej lub bardziej nieokreślonych sił niewygodna, tylko dlatego, że jeśli nie przynosi zysków to jest po prostu niepotrzebna! Jestem przekonany, że jeśli zabraknie naukowców badających dorobek Mickiewicza, jeśli przestaniemy robić badania archeologiczne na terenie infrastrukturalnych inwestycji, jeśli znikną prace magisterskie o filozoficznych koncepcjach Spinozy, to nie dlatego, że ktoś odgórnie zakaże upowszechniania niebezpiecznych idei, tylko dlatego, że wyniki tych badań nie będą w stanie przynieść natychmiastowych wymiernych korzyści.
Musze przyznać, że zaskoczył mnie tekst Piotra Zaremby. Ten jeden z nielicznych tak naprawdę autorów starających się docierać do sedna, potraktował rzeczywistość zgodnie z obowiązującymi obecnie standardami. Piotr Zaremba piętnując ekstremizm sam popadł w ekstremizm, używając standardowych chwytów oddalających czytelnika od sensu oraz istoty analizowanych spraw. Okazuje się bowiem, że większe znaczenie ma dziwność koalicji Warzechy i Żakowskiego niż treść ich tekstów. Sensowny tekst Jacka Żakowskiego nie został potraktowany, jak na to zasługuje, jako klasyczna próba legitymizacji manipulacyjnej publicystyki tego autora, lecz jako próbę przemycenia lewackich idei. Zastanawiam się w tym momencie czy publicystyka Fundacji Republikańskiej też jest kryptolewacka, bo traktuje o Rzeczach Wspólnych? Ta karygodna zbieżność opinii Warzechy z politrukiem Żakowskim jest chyba przyczyną sprowadzenia z kolei opinii Warzechy do absurdu zaleceniem, aby pisał „anonimowo swoje teksty. A co ważniejsze, niech nie żąda za nie w żadnej redakcji zapłaty. Bo z jakiego tytułu?”
Ani Żakowski nie jest sojusznikiem Warzechy, ani odwrotnie, tylko dlatego, że jest jakiś temat, o którym obaj maja podobne zdanie. Zgoda z akcentowaniem finansjalizacji rzeczywistości nie musi oznaczać wsparcia dla idei komunistycznych, podobnie jak brak zgody na ACTA nie musi oznaczać akceptacji krzyża w przestrzeni publicznej przez Krytykę Polityczną. Czy Wojciech Cejrowski przez swój tekst o zagrożeniu płynącym ze strony ACTA stał się sojusznikiem Krytyki Politycznej i reszty lewaków?
Trzeba zauważyć, że obecnie prawa autorskie zaczynają coraz bardziej służyć kneblowaniu kultury i wolności słowa. Jakiś czas temu furorę robił kolaż z audycji publicystycznych, w których Monika Olejnik w kilku programach ordynarnie kłamała swoim gościom, jakoby Marek Migalski uzależniał jakąś decyzje PiS od konwersyjnej decyzji Jerzego Buzka. Okazało się, że wypowiedź Migalskiego była kpiną z prowadzącego, który w klasyczny sposób sprowadzał inną sprawę do absurdu. Nie znajdziemy dzisiaj w sieci ani tego filmu, ani żadnej innej wersji podobnego zestawienia. Stacje telewizyjne skutecznie zablokowały dostęp obywateli do kompromitujących informacji, używając do tego właśnie prawa autorskiego.
Jeszcze popularniejsze w internecie były swego czasu satyryczne przeróbki jednego krótkiego fragmentu niemieckiego filmu pt. Upadek. Filmu, który jest kamieniem milowym na drodze do zdjęcia z Niemiec odpowiedzialności za wywołanie drugiej wojny światowej. Hitler jest w nim przedstawiony jako szaleniec, otoczony garstką innych psychopatów, którzy porządnych Niemców doprowadzili do nieszczęścia. René Pollesch, niemiecki reżyser teatralny uważany za lewaka, powiedział kiedyś w wywiadzie dla Rzeczpospolitej, że „Poczynając od filmu "Upadek" o Adolfie Hitlerze, historia w Niemczech jest pisana na nowo. Obawiam się, że Niemcy będą chcieli, by Polacy ich przeprosili za II wojnę światową. Jestem tym oburzony.” Czy przeróbki filmowego fragmentu odbierały mu widzów? Raczej napędzały, bo (nomen omen) rzesza widzów pragnących obejrzeć oryginał rosła. A może chodziło o coś innego? Może chodziło o zapobieżenie neutralizacji wymowy filmu poprzez sprowadzenie go do groteski? Znowu prawa autorskie zostały użyte do kneblowania swobody wypowiedzi zamiast do zabezpieczenia zysków.
Lawrence Lessig na swoim wykładzie w ramach TED w 2007 roku powiedział między innymi:
Po obu stronach barykady przybywa ekstremistów w odpowiedzi na konflikt pomiędzy prawem a użyciem technologii. Jedna strona tworzy technologie, jak ta ogłoszona niedawno, która pozwoli automatycznie usuwać ze stron takich jak YouTube wszystko, co zawiera treści chronione prawami autorskimi, bez względu na to, w jakim celu zostały użyte. A z drugiej strony wśród naszych dzieci narasta lekceważenie praw autorskich. Pokolenie, które neguje sensowność praw autorskich, odrzuca je i uważa, że prawo to osioł, którego należy ignorować i zwalczać przy każdej okazji. Ekstremizm z jednej strony prowadzi do ekstremizmu z drugiej (już dawno powinniśmy byli się tego nauczyć), a żadna ze stron nie ma racji. Ja domagam się równowagi i jak każdy dobry liberał zwracam się w tej sprawie do rządu. Pudło, prawda? [...] Nie ma dziś domeny publicznej, z której moglibyśmy czerpać, potrzebujemy więc dwóch zmian: po pierwsze, twórcy muszą zaakceptować ten pomysł i pozwolić, by ich dzieła były ogólnodostępne. Na przykład pod warunkiem, że wolno z nich korzystać w celach niekomercyjnych. Amatorskich, ale nie w komercyjnych. Po drugie firmy, które już wspierają kulturę odczytu i zapisu, muszą wykorzystać tę szansę, umożliwić rozwój ekologii wolnych treści na neutralnej platformie, gdzie mniej i bardziej wolne formy będą mogły konkurować ze sobą. A dzięki rodzącym się z tej konkurencji pomysłom obie strony mogą się wiele od siebie nauczyć.
Obecne manifestacje przeciwko ACTA niewątpliwie są przejawem znacznie głębszej gry operacyjnej na wielu różnych poziomach. Sposób relacjonowania protestów przez media, które w końcu zauważają kilkutysięczne demonstracje, choć wcześniej potrafiły przeoczyć kilkudziesięciotysięczne demonstracje niepodległościowe, nie wzbudza zaufania. Jednak nie potrafię znaleźć akceptacji dla doszukiwania się lewackości w każdej wspólnotowej idei, tylko dlatego, że podobne opinie akurat koniunkturalnie wypowiadają funkcjonariusze ośrodków postkomunistycznej propagandy. Zamiast przybliżać bowiem, oddala nas to od istoty niewątpliwie bardzo złożonych problemów.
System społeczno-biznesowych naczyń połączonych działa sprawnie. Poparcie mierzone jest przez sondażownie, których warsztat pozwala na wyprodukowanie wyniku podkręconego w odpowiednią stronę, w sposób nie do podważenia przez niezależnych kontrolerów. Sondaże zamawiane i publikowane są w mediach, które teoretycznie są tubą dla tzw. opinii społecznej. Praca polityków z wyborcami ogranicza się zatem do utrzymywania przyjaznych stosunków z ludźmi mediów. Media, instytuty, sprofesjonalizowane partie polityczne – wszystko działa jak sprawnie zarządzane korporacje, od których tak naprawdę różnią się tylko nazwą . W tym pankorporacjonizmie nawet opinia publiczna, nawet uliczne protesty, są od dawna elementem systemu biznesowej walki o udziały w rynku.
W tej sytuacji nie tylko parlamenty, ale nawet uniwersytety przestały być miejscem intelektualnej debaty i filozoficznych poszukiwań definicji trafnie opisujących rzeczywistość. Prawda przestała mieć znaczenie nie dlatego, że jest dla mniej lub bardziej nieokreślonych sił niewygodna, tylko dlatego, że jeśli nie przynosi zysków to jest po prostu niepotrzebna! Jestem przekonany, że jeśli zabraknie naukowców badających dorobek Mickiewicza, jeśli przestaniemy robić badania archeologiczne na terenie infrastrukturalnych inwestycji, jeśli znikną prace magisterskie o filozoficznych koncepcjach Spinozy, to nie dlatego, że ktoś odgórnie zakaże upowszechniania niebezpiecznych idei, tylko dlatego, że wyniki tych badań nie będą w stanie przynieść natychmiastowych wymiernych korzyści.
Musze przyznać, że zaskoczył mnie tekst Piotra Zaremby. Ten jeden z nielicznych tak naprawdę autorów starających się docierać do sedna, potraktował rzeczywistość zgodnie z obowiązującymi obecnie standardami. Piotr Zaremba piętnując ekstremizm sam popadł w ekstremizm, używając standardowych chwytów oddalających czytelnika od sensu oraz istoty analizowanych spraw. Okazuje się bowiem, że większe znaczenie ma dziwność koalicji Warzechy i Żakowskiego niż treść ich tekstów. Sensowny tekst Jacka Żakowskiego nie został potraktowany, jak na to zasługuje, jako klasyczna próba legitymizacji manipulacyjnej publicystyki tego autora, lecz jako próbę przemycenia lewackich idei. Zastanawiam się w tym momencie czy publicystyka Fundacji Republikańskiej też jest kryptolewacka, bo traktuje o Rzeczach Wspólnych? Ta karygodna zbieżność opinii Warzechy z politrukiem Żakowskim jest chyba przyczyną sprowadzenia z kolei opinii Warzechy do absurdu zaleceniem, aby pisał „anonimowo swoje teksty. A co ważniejsze, niech nie żąda za nie w żadnej redakcji zapłaty. Bo z jakiego tytułu?”
Ani Żakowski nie jest sojusznikiem Warzechy, ani odwrotnie, tylko dlatego, że jest jakiś temat, o którym obaj maja podobne zdanie. Zgoda z akcentowaniem finansjalizacji rzeczywistości nie musi oznaczać wsparcia dla idei komunistycznych, podobnie jak brak zgody na ACTA nie musi oznaczać akceptacji krzyża w przestrzeni publicznej przez Krytykę Polityczną. Czy Wojciech Cejrowski przez swój tekst o zagrożeniu płynącym ze strony ACTA stał się sojusznikiem Krytyki Politycznej i reszty lewaków?
Trzeba zauważyć, że obecnie prawa autorskie zaczynają coraz bardziej służyć kneblowaniu kultury i wolności słowa. Jakiś czas temu furorę robił kolaż z audycji publicystycznych, w których Monika Olejnik w kilku programach ordynarnie kłamała swoim gościom, jakoby Marek Migalski uzależniał jakąś decyzje PiS od konwersyjnej decyzji Jerzego Buzka. Okazało się, że wypowiedź Migalskiego była kpiną z prowadzącego, który w klasyczny sposób sprowadzał inną sprawę do absurdu. Nie znajdziemy dzisiaj w sieci ani tego filmu, ani żadnej innej wersji podobnego zestawienia. Stacje telewizyjne skutecznie zablokowały dostęp obywateli do kompromitujących informacji, używając do tego właśnie prawa autorskiego.
Jeszcze popularniejsze w internecie były swego czasu satyryczne przeróbki jednego krótkiego fragmentu niemieckiego filmu pt. Upadek. Filmu, który jest kamieniem milowym na drodze do zdjęcia z Niemiec odpowiedzialności za wywołanie drugiej wojny światowej. Hitler jest w nim przedstawiony jako szaleniec, otoczony garstką innych psychopatów, którzy porządnych Niemców doprowadzili do nieszczęścia. René Pollesch, niemiecki reżyser teatralny uważany za lewaka, powiedział kiedyś w wywiadzie dla Rzeczpospolitej, że „Poczynając od filmu "Upadek" o Adolfie Hitlerze, historia w Niemczech jest pisana na nowo. Obawiam się, że Niemcy będą chcieli, by Polacy ich przeprosili za II wojnę światową. Jestem tym oburzony.” Czy przeróbki filmowego fragmentu odbierały mu widzów? Raczej napędzały, bo (nomen omen) rzesza widzów pragnących obejrzeć oryginał rosła. A może chodziło o coś innego? Może chodziło o zapobieżenie neutralizacji wymowy filmu poprzez sprowadzenie go do groteski? Znowu prawa autorskie zostały użyte do kneblowania swobody wypowiedzi zamiast do zabezpieczenia zysków.
Lawrence Lessig na swoim wykładzie w ramach TED w 2007 roku powiedział między innymi:
Po obu stronach barykady przybywa ekstremistów w odpowiedzi na konflikt pomiędzy prawem a użyciem technologii. Jedna strona tworzy technologie, jak ta ogłoszona niedawno, która pozwoli automatycznie usuwać ze stron takich jak YouTube wszystko, co zawiera treści chronione prawami autorskimi, bez względu na to, w jakim celu zostały użyte. A z drugiej strony wśród naszych dzieci narasta lekceważenie praw autorskich. Pokolenie, które neguje sensowność praw autorskich, odrzuca je i uważa, że prawo to osioł, którego należy ignorować i zwalczać przy każdej okazji. Ekstremizm z jednej strony prowadzi do ekstremizmu z drugiej (już dawno powinniśmy byli się tego nauczyć), a żadna ze stron nie ma racji. Ja domagam się równowagi i jak każdy dobry liberał zwracam się w tej sprawie do rządu. Pudło, prawda? [...] Nie ma dziś domeny publicznej, z której moglibyśmy czerpać, potrzebujemy więc dwóch zmian: po pierwsze, twórcy muszą zaakceptować ten pomysł i pozwolić, by ich dzieła były ogólnodostępne. Na przykład pod warunkiem, że wolno z nich korzystać w celach niekomercyjnych. Amatorskich, ale nie w komercyjnych. Po drugie firmy, które już wspierają kulturę odczytu i zapisu, muszą wykorzystać tę szansę, umożliwić rozwój ekologii wolnych treści na neutralnej platformie, gdzie mniej i bardziej wolne formy będą mogły konkurować ze sobą. A dzięki rodzącym się z tej konkurencji pomysłom obie strony mogą się wiele od siebie nauczyć.
Obecne manifestacje przeciwko ACTA niewątpliwie są przejawem znacznie głębszej gry operacyjnej na wielu różnych poziomach. Sposób relacjonowania protestów przez media, które w końcu zauważają kilkutysięczne demonstracje, choć wcześniej potrafiły przeoczyć kilkudziesięciotysięczne demonstracje niepodległościowe, nie wzbudza zaufania. Jednak nie potrafię znaleźć akceptacji dla doszukiwania się lewackości w każdej wspólnotowej idei, tylko dlatego, że podobne opinie akurat koniunkturalnie wypowiadają funkcjonariusze ośrodków postkomunistycznej propagandy. Zamiast przybliżać bowiem, oddala nas to od istoty niewątpliwie bardzo złożonych problemów.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Wolna Kultura ad ACTA
Trzeba przyznać, że weekendowa internetowa akcja sprzeciwu wobec aktu prawnego o którym jeszcze kilka dni mało kto słyszał robi wrażenie. Spektakularny przyrost uczestników grup sprzeciwu na społecznościowych portalach, zablokowanie rządowych stron internetowych, zapowiedzi kontynuacji akcji w realu – wszystko to aż wzbudza nieufność swoją dynamiką.
Czy to możliwe aby, wydawałoby się bierne, społeczeństwo tak poruszył jakiś tajemniczy akt prawny, nawet jeśli negocjowany po kryjomu od 2007 roku, bez żadnych konsultacji, o którym nagle dowiadujemy się, że ma go podpisać Prezydent? Czy może jest to kolejna akcja odciągająca uwagę od realnych problemów? Mam wrażenie jednak, że jest to dowód na przetrwanie instynktu społecznego w coraz bardziej pozbawianych podmiotowości obywatelach.
Wskazuje na to całkiem zdroworozsądkowe akcentowanie niedookreśloności przepisów, pod które przy odrobinie złej woli można podciągnąć wszystko. Na oddolny charakter tych ruchów wskazuje także fakt, że sprzeciw połączył takie środowiska jak Stowarzyszenie Marsz Niepodelgłości i Krytykę Polityczną, przy czym wśród lewicowców pojawiły się głosy, jakoby prawica chciała przechwycić ich akcję. Ciekawi mnie czy wspólnota antytotalitarnego celu będzie w stanie pokonać światopoglądowe podziały?
Przy tej okazji warto jednak powrócić do pytania czym jest przedmiot ACTA. Co to są prawa autorskie, co to jest własność intelektualna, czemu służyła jej ochrona w przeszłości a czemu służy teraz? Istnieje na rynku świetna książka, która w przystępny, żeby nie powiedzieć w pasjonujący sposób opisuje historię, ideę i teraźniejszość ochrony wytworów ludzkiego intelektu. Okraszony konkretnymi anegdotami wykład czyta się jak sensacyjną powieść, a można dzięki niemu zrozumieć jak od ochrony twórców doszliśmy dzisiaj do ochrony medialnych koncernów z jednoczesnym szykanowaniem tychże twórców.
Lawrence Lessig swoją książkę pod znamiennym tytułem „Wolna Kultura” udostępnił na prawach Creative Commons, czyli m.in. wolno kopiować, rozprowadzać, przedstawiać i wykonywać objęty prawem autorskim utwór oraz opracowane na jego podstawie utwory zależne pod warunkiem, że zostanie przywołane nazwisko autora pierwowzoru. Jest on dowodem na to, że można udostępnić w internecie utwór do dalszej dowolnej obróbki oraz jednocześnie zarabiać na sprzedaży jego materialnego nośnika. W Polsce książka została wydana przez Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, ale próżno szukać tej książki czy choćby informacji o niej na stronach wydawnictwa. Jest ona dostępna na prywatnym serwerze.
Warto do niej zajrzeć, by poznać ewolucję prawa autorskiego i móc wyrobić sobie zdanie na temat jego funkcjonowania we współczesnym świecie. Pozwoli ona lepiej zrozumieć zagrożenia jakie niosą ze sobą takie ustawy jak ACTA i zobaczyć, że zabójczy dla kultury przemysł kulturalny jest niezwykle wytrwały i konsekwentny w swoim dążeniu nie tylko do utrzymania, ale też do nieustannego rozszerzania zakresu kontroli twórczych procesów uczestników życia intelektualnego. Warto wiedzieć i nie zapominać, że ACTA nie są pierwszą i nie będą ostatnią próbą rozszerzenia tej kontroli. W 2004 roku Lessig zauważył:
Rozpętana dziś wojna jest wojną prohibicji. Jak każda tego typu batalia, jest skierowana przeciwko zachowaniom dużej liczby obywateli. Według danych ogłoszonych przez „The New York Times”, w maju 2002 roku 43 miliony Amerykanów ściągało muzykę przez internet. Zdaniem RIAA postępowanie tych 43 milionów Amerykanów jest przestępstwem. Mamy zatem prawo, które przekształca 20 procent mieszkańców Ameryki w przestępców. […] Wojny prohibicji nie są w Ameryce niczym nowym. Ta jest tylko trochę bardziej radykalna niż wszystkie poprzednie.
Zachęcając do sięgnięcia do tej niezwykle inspirującej lektury pozwolę sobie jeszcze przytoczyć obszerne fragmenty ze wstępu do polskiego wydania książki, autorstwa Edwina Bendyka:
Kim jest Lawrence Lessig? Wśród wielu polskich czytelników nazwisko to zapewne nie wywoła żadnego rezonansu. Nie znamy go w Polsce, choć on zna nas bardzo dobrze. Pierwszą ze swych głośnych książek, Code and Other Laws of Cyberspace (‘Kod i inne prawa cyberprzestrzeni’) z 1999 roku zaczyna tak: „Dekadę wstecz, jesienią 1989 roku komunizm w Europie skonał – upadł, tak jak namiot, z którego usunięto główne maszty. Przyczyną tego upadku nie była żadna wojna ani rewolucja. Przyczyną było wyczerpanie”.
Co jednak może mieć wspólnego cyberprzestrzeń i kultura w epoce cyfrowej z upadkiem komunizmu? Całkiem sporo. Nowe, z założenia demokratyczne systemy polityczne, powstawały w swoistej próżni. Skompromitowane przez lata komunizmu instytucje państwa były zbyt słabe, by efektywnie pełnić regulacyjne funkcje. A poza tym, zgodnie z dominującą wówczas intelektualną modą szerzoną przez kolegów Lessiga z Chicago (słynni „chłopcy z Chicago”, uczniowie Miltona Friedmana, guru neoliberalizmu) słabe państwo stwarzało szansę na szybką budowę silnego wolnego rynku. Friedman dawał wówczas prostą, w napoleońskim stylu odpowiedź, gdy go pytano jak rozwiązywać problemy przechodzących transformację pokomunistycznych społeczeństw: prywatyzować, prywatyzować, prywatyzować.
Lessig, prawnik-konstytucjonalista, a nie ekonomista-teoretyk szybko dostrzegł skutki prowadzonej w ten sposób przebudowy. Jak wspomina, zanik władzy państwowej nie oznaczał, że władza ustąpiła zupełnie, dając pole wyimaginowanej swobodnej i czystej konkurencji na lśniącym nowością wolnym rynku. Władza zmieniła locus, przeszła w ręce instytucji nieformalnych, choć potwornie skutecznych: mafii i oligarchicznych sieci. Tak „regulowany” wolny rynek, to optymalne zdaniem ekonomistów, narzędzie alokacji zasobów, posłużył do podziału do niedawna jeszcze państwowego majątku między beneficjentów transformacji.
Zdaniem Lessiga pierwsze lata debaty o cyberprzestrzeni przypominały do złudzenia problemy posocjalistycznej transformacji. Oto bowiem nagle powstała wirtualna, ale angażująca jak najbardziej realne emocje i pieniądze przestrzeń społeczna, pozbawiona stabilnych regulacji normatywnych, słowem – pozbawiona konstytucji. Lessig, opierając się na swych doświadczeniach z krajów pokomunistycznych wiedział, że cyberprzestrzeń pozostawiona samej sobie, lub inaczej, wystawiona na nieskrępowaną specyficznymi regulacjami grę sił rynkowych i konkurencji ekonomicznej, stanie się przestrzenią podobnych patologii, jak społeczeństwa Europy Wschodniej. Tam gdzie nie ma konstytucji, rozumianej nie tyle jako ustawa zasadnicza, lecz w sensie brytyjskim – jako zestaw zarówno spisanych, ale i zwyczajowych reguł postępowania – zaczyna rządzić mafia, czyli ten, kto jest w stanie narzucić swoje reguły.
Co więc pozostaje? Zamiast komunizmu budujmy „commonizm”. Ten wątek Lessig eksploatuje w swej drugiej głośnej książce, The Future of Ideas (‘Przyszłość idei’) z 2001 roku. Amerykański prawnik przypomina w niej instytucję dobra wspólnotowego, która była powszechna w społeczeństwach przednowoczesnych. W Wielkiej Brytanii commons było słowem, którym nazywano gminne pastwiska, na których wszyscy mieszkańcy wsi mogli wypasać swoje bydło. Prywatyzacja tych wspólnotowych pastwisk, rozpoczęta w XVI wieku, przeszła do historii jako proces enclosure, ogradzania – jeden z ważniejszych czynników, który umożliwił późniejszy szybki rozwój brytyjskiego kapitalizmu i sukces rewolucji przemysłowej.
„Commons” stały się sławne po raz drugi w XX wieku za sprawą biologa Garretta Hardina, który w 1967 roku ogłosił w czasopiśmie „Science” artykuł Tragedy of the Commons. Wykazywał w nim, opierając się na czysto racjonalnej analizie wspomaganej m. in. osiągnięciami teorii gier, że dobro wspólnotowe, owo gminne pastwisko musi prędzej czy później ulec zagładzie. Gdy wszyscy są właścicielami, zawsze znajdzie się free rider, cwaniak, który będzie chciał uszczknąć więcej, niż mu się należy. Niewiele trzeba, żeby inni poszli jego śladem. Czyż tego nie dowodziła socjalistyczna wersja wspólnotowych pastwisk, czyli kołchozy i „uspołeczniona własność środków produkcji”?
Problem commons powraca w nowym wydaniu w cyberprzestrzeni. Oto bowiem jesteśmy świadkami narodzin nowego kapitalizmu, w którym źródłem największej akumulacji kapitału nie jest już produkcja przemysłowa, ale przetwarzanie symboli, wiedzy, idei. Głównym nośnikiem wartości są dziś symbole. A jeśli tak, to znaczy, że będą one przedmiotem coraz większego zainteresowania nie tylko konsumentów, ale i kapitału. To, co cenne, trzeba chronić, grodzić jak setki lat temu wspólnotowe pastwiska, drutem kolczastym praw chroniących własność intelektualną. I to się dzieje, jeśli uważnie przyjrzeć się statystykom. Z roku na rok przybywa zgłoszeń patentowych; tylko w ciągu lat 90. ich liczba w Stanach Zjednoczonych podwoiła się. Jeśli popatrzeć, co jest przedmiotem najbardziej zażartych sporów podczas międzynarodowych negocjacji handlowych, okaże się, że prawa autorskie i patentowe.
Jak czytać Wolną kulturę? Krytycznie. Błyskotliwy styl Lessiga powoduje, że książkę czyta się jak powieść sensacyjną. Nie chodzi jednak o to, by po przyjemnej lekturze odstawić tę książkę na półkę, a jej treść zapomnieć. Nie chodzi też o to, żeby zgadzać się z autorem. Im więcej dyskusji, zwłaszcza krytycznych i otwartych, tym lepiej. Projekt wolnej kultury jest zbyt wielki, by go zamknąć w jednej książce.
Wolna kultura, L. Lessig, WSiP, Warszawa 2005
Warto też zajrzeć do raportu z badania:
Obiegi kultury. Społeczna cyrkulacja treści
Czy to możliwe aby, wydawałoby się bierne, społeczeństwo tak poruszył jakiś tajemniczy akt prawny, nawet jeśli negocjowany po kryjomu od 2007 roku, bez żadnych konsultacji, o którym nagle dowiadujemy się, że ma go podpisać Prezydent? Czy może jest to kolejna akcja odciągająca uwagę od realnych problemów? Mam wrażenie jednak, że jest to dowód na przetrwanie instynktu społecznego w coraz bardziej pozbawianych podmiotowości obywatelach.
Wskazuje na to całkiem zdroworozsądkowe akcentowanie niedookreśloności przepisów, pod które przy odrobinie złej woli można podciągnąć wszystko. Na oddolny charakter tych ruchów wskazuje także fakt, że sprzeciw połączył takie środowiska jak Stowarzyszenie Marsz Niepodelgłości i Krytykę Polityczną, przy czym wśród lewicowców pojawiły się głosy, jakoby prawica chciała przechwycić ich akcję. Ciekawi mnie czy wspólnota antytotalitarnego celu będzie w stanie pokonać światopoglądowe podziały?
Przy tej okazji warto jednak powrócić do pytania czym jest przedmiot ACTA. Co to są prawa autorskie, co to jest własność intelektualna, czemu służyła jej ochrona w przeszłości a czemu służy teraz? Istnieje na rynku świetna książka, która w przystępny, żeby nie powiedzieć w pasjonujący sposób opisuje historię, ideę i teraźniejszość ochrony wytworów ludzkiego intelektu. Okraszony konkretnymi anegdotami wykład czyta się jak sensacyjną powieść, a można dzięki niemu zrozumieć jak od ochrony twórców doszliśmy dzisiaj do ochrony medialnych koncernów z jednoczesnym szykanowaniem tychże twórców.
Lawrence Lessig swoją książkę pod znamiennym tytułem „Wolna Kultura” udostępnił na prawach Creative Commons, czyli m.in. wolno kopiować, rozprowadzać, przedstawiać i wykonywać objęty prawem autorskim utwór oraz opracowane na jego podstawie utwory zależne pod warunkiem, że zostanie przywołane nazwisko autora pierwowzoru. Jest on dowodem na to, że można udostępnić w internecie utwór do dalszej dowolnej obróbki oraz jednocześnie zarabiać na sprzedaży jego materialnego nośnika. W Polsce książka została wydana przez Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, ale próżno szukać tej książki czy choćby informacji o niej na stronach wydawnictwa. Jest ona dostępna na prywatnym serwerze.
Warto do niej zajrzeć, by poznać ewolucję prawa autorskiego i móc wyrobić sobie zdanie na temat jego funkcjonowania we współczesnym świecie. Pozwoli ona lepiej zrozumieć zagrożenia jakie niosą ze sobą takie ustawy jak ACTA i zobaczyć, że zabójczy dla kultury przemysł kulturalny jest niezwykle wytrwały i konsekwentny w swoim dążeniu nie tylko do utrzymania, ale też do nieustannego rozszerzania zakresu kontroli twórczych procesów uczestników życia intelektualnego. Warto wiedzieć i nie zapominać, że ACTA nie są pierwszą i nie będą ostatnią próbą rozszerzenia tej kontroli. W 2004 roku Lessig zauważył:
Rozpętana dziś wojna jest wojną prohibicji. Jak każda tego typu batalia, jest skierowana przeciwko zachowaniom dużej liczby obywateli. Według danych ogłoszonych przez „The New York Times”, w maju 2002 roku 43 miliony Amerykanów ściągało muzykę przez internet. Zdaniem RIAA postępowanie tych 43 milionów Amerykanów jest przestępstwem. Mamy zatem prawo, które przekształca 20 procent mieszkańców Ameryki w przestępców. […] Wojny prohibicji nie są w Ameryce niczym nowym. Ta jest tylko trochę bardziej radykalna niż wszystkie poprzednie.
Zachęcając do sięgnięcia do tej niezwykle inspirującej lektury pozwolę sobie jeszcze przytoczyć obszerne fragmenty ze wstępu do polskiego wydania książki, autorstwa Edwina Bendyka:
Kim jest Lawrence Lessig? Wśród wielu polskich czytelników nazwisko to zapewne nie wywoła żadnego rezonansu. Nie znamy go w Polsce, choć on zna nas bardzo dobrze. Pierwszą ze swych głośnych książek, Code and Other Laws of Cyberspace (‘Kod i inne prawa cyberprzestrzeni’) z 1999 roku zaczyna tak: „Dekadę wstecz, jesienią 1989 roku komunizm w Europie skonał – upadł, tak jak namiot, z którego usunięto główne maszty. Przyczyną tego upadku nie była żadna wojna ani rewolucja. Przyczyną było wyczerpanie”.
Co jednak może mieć wspólnego cyberprzestrzeń i kultura w epoce cyfrowej z upadkiem komunizmu? Całkiem sporo. Nowe, z założenia demokratyczne systemy polityczne, powstawały w swoistej próżni. Skompromitowane przez lata komunizmu instytucje państwa były zbyt słabe, by efektywnie pełnić regulacyjne funkcje. A poza tym, zgodnie z dominującą wówczas intelektualną modą szerzoną przez kolegów Lessiga z Chicago (słynni „chłopcy z Chicago”, uczniowie Miltona Friedmana, guru neoliberalizmu) słabe państwo stwarzało szansę na szybką budowę silnego wolnego rynku. Friedman dawał wówczas prostą, w napoleońskim stylu odpowiedź, gdy go pytano jak rozwiązywać problemy przechodzących transformację pokomunistycznych społeczeństw: prywatyzować, prywatyzować, prywatyzować.
Lessig, prawnik-konstytucjonalista, a nie ekonomista-teoretyk szybko dostrzegł skutki prowadzonej w ten sposób przebudowy. Jak wspomina, zanik władzy państwowej nie oznaczał, że władza ustąpiła zupełnie, dając pole wyimaginowanej swobodnej i czystej konkurencji na lśniącym nowością wolnym rynku. Władza zmieniła locus, przeszła w ręce instytucji nieformalnych, choć potwornie skutecznych: mafii i oligarchicznych sieci. Tak „regulowany” wolny rynek, to optymalne zdaniem ekonomistów, narzędzie alokacji zasobów, posłużył do podziału do niedawna jeszcze państwowego majątku między beneficjentów transformacji.
Zdaniem Lessiga pierwsze lata debaty o cyberprzestrzeni przypominały do złudzenia problemy posocjalistycznej transformacji. Oto bowiem nagle powstała wirtualna, ale angażująca jak najbardziej realne emocje i pieniądze przestrzeń społeczna, pozbawiona stabilnych regulacji normatywnych, słowem – pozbawiona konstytucji. Lessig, opierając się na swych doświadczeniach z krajów pokomunistycznych wiedział, że cyberprzestrzeń pozostawiona samej sobie, lub inaczej, wystawiona na nieskrępowaną specyficznymi regulacjami grę sił rynkowych i konkurencji ekonomicznej, stanie się przestrzenią podobnych patologii, jak społeczeństwa Europy Wschodniej. Tam gdzie nie ma konstytucji, rozumianej nie tyle jako ustawa zasadnicza, lecz w sensie brytyjskim – jako zestaw zarówno spisanych, ale i zwyczajowych reguł postępowania – zaczyna rządzić mafia, czyli ten, kto jest w stanie narzucić swoje reguły.
Co więc pozostaje? Zamiast komunizmu budujmy „commonizm”. Ten wątek Lessig eksploatuje w swej drugiej głośnej książce, The Future of Ideas (‘Przyszłość idei’) z 2001 roku. Amerykański prawnik przypomina w niej instytucję dobra wspólnotowego, która była powszechna w społeczeństwach przednowoczesnych. W Wielkiej Brytanii commons było słowem, którym nazywano gminne pastwiska, na których wszyscy mieszkańcy wsi mogli wypasać swoje bydło. Prywatyzacja tych wspólnotowych pastwisk, rozpoczęta w XVI wieku, przeszła do historii jako proces enclosure, ogradzania – jeden z ważniejszych czynników, który umożliwił późniejszy szybki rozwój brytyjskiego kapitalizmu i sukces rewolucji przemysłowej.
„Commons” stały się sławne po raz drugi w XX wieku za sprawą biologa Garretta Hardina, który w 1967 roku ogłosił w czasopiśmie „Science” artykuł Tragedy of the Commons. Wykazywał w nim, opierając się na czysto racjonalnej analizie wspomaganej m. in. osiągnięciami teorii gier, że dobro wspólnotowe, owo gminne pastwisko musi prędzej czy później ulec zagładzie. Gdy wszyscy są właścicielami, zawsze znajdzie się free rider, cwaniak, który będzie chciał uszczknąć więcej, niż mu się należy. Niewiele trzeba, żeby inni poszli jego śladem. Czyż tego nie dowodziła socjalistyczna wersja wspólnotowych pastwisk, czyli kołchozy i „uspołeczniona własność środków produkcji”?
Problem commons powraca w nowym wydaniu w cyberprzestrzeni. Oto bowiem jesteśmy świadkami narodzin nowego kapitalizmu, w którym źródłem największej akumulacji kapitału nie jest już produkcja przemysłowa, ale przetwarzanie symboli, wiedzy, idei. Głównym nośnikiem wartości są dziś symbole. A jeśli tak, to znaczy, że będą one przedmiotem coraz większego zainteresowania nie tylko konsumentów, ale i kapitału. To, co cenne, trzeba chronić, grodzić jak setki lat temu wspólnotowe pastwiska, drutem kolczastym praw chroniących własność intelektualną. I to się dzieje, jeśli uważnie przyjrzeć się statystykom. Z roku na rok przybywa zgłoszeń patentowych; tylko w ciągu lat 90. ich liczba w Stanach Zjednoczonych podwoiła się. Jeśli popatrzeć, co jest przedmiotem najbardziej zażartych sporów podczas międzynarodowych negocjacji handlowych, okaże się, że prawa autorskie i patentowe.
Jak czytać Wolną kulturę? Krytycznie. Błyskotliwy styl Lessiga powoduje, że książkę czyta się jak powieść sensacyjną. Nie chodzi jednak o to, by po przyjemnej lekturze odstawić tę książkę na półkę, a jej treść zapomnieć. Nie chodzi też o to, żeby zgadzać się z autorem. Im więcej dyskusji, zwłaszcza krytycznych i otwartych, tym lepiej. Projekt wolnej kultury jest zbyt wielki, by go zamknąć w jednej książce.
Wolna kultura, L. Lessig, WSiP, Warszawa 2005
Warto też zajrzeć do raportu z badania:
Obiegi kultury. Społeczna cyrkulacja treści
niedziela, 15 stycznia 2012
Fałsz jest zgubny dla fałszerza
Zagrożeń na świecie jest wiele i nie mam tu na myśli jedynie tropikalnej malarii, AIDS czy mitycznych szalonych terrorystów. Czy mamy jednak jakąkolwiek szansę rozpoznać prawdziwe ostrzeżenie przed realnym niebezpieczeństwem w tym natłoku fałszywych informacji? Atak na WTC, zamachy w londyńskim metrze, poprzedziły ćwiczenia odwzorowujące niemal dokładnie scenariusz tego co się wydarzyło. Zamach na Manhattanie przeprowadzony był w trakcie ćwiczeń dotyczących dokładnie takiego przypadku i piloci myśliwców nie byli w stanie odróżnić realnego ataku od fikcyjnego. Jaką mamy gwarancję, że prawdziwy alarm bombowy czy nawet pożarowy w naszym biurze nie zostanie zignorowany jako kolejne ćwiczenia?
Problem fikcji w naszym codziennym życiu nie ogranicza się przecież tylko do próbnych alarmów. Zamachy na Dubrowce, broń masowego rażenia w Iraku, Osama Bin Laden w Afganistanie, Błasik w kokpicie – to wszystko w tzw. normalnej demokracji doprowadziłoby nie tylko do dymisji, ale także do trybunału stanu. Dywersja i prowokacja prowadzące do zbrodni miałaby szansę nie przynieść konsekwencji dla autorów tylko wtedy, gdy nie zostałaby ujawniona. Dziś jednak można przytoczyć przykłady z dowolnej długości geograficznej bezkarności władców, którzy oszukali swoje własne społeczeństwo w celu wywołania ściśle określonego efektu propagandowego. Czy jako społeczeństwo jesteśmy pomimo tych wysokich kosztów bardziej bezpieczni?
Kto z nas jako dziecko nie bawił się udając tonącego? Zawsze to pretekst do chlapania wodą na wszystkie strony, zwrócenia na siebie uwagi i rozkoszowania się nieważką swobodą zanurzonego w wodzie ciała. Ten rodzaj zabawy kończył się jednak z reguły dosyć szybko, gdy dziecko zostawało skrzywdzone przez dorosłego uświadamiającą pogawędką na temat zgubnych skutków fałszywego apelowania o pomoc: gdy faktycznie pomoc będzie potrzebna, wszyscy pomyślą że to kolejna zabawa. Jest w tej przestrodze zawarte także pozytywne ostrzeżenie: notoryczne kłamstwo przynosi zgubę.
Mam wrażenie, że większość polityków nie przeszła albo nie przyswoiła sobie tej lekcji. Używane na co dzień święte oburzenie, ekskomunika, oskarżenia o najgorsze zbrodnie, straszenie tragicznymi skutkami doprowadziły wszystkich do powszechnej dziś znieczulicy na faktyczne i realne tragiczne konsekwencje. Nie zwracamy uwagi ani na opłakane skutki, które przecież na pewno są wyolbrzymione, ani na apokaliptyczne ostrzeżenia, wszak końcem świata straszy się nas od średniowiecza. Zatem świat i tak będzie się toczył, a na słowa w telewizorach nie ma sensu zwracać najmniejszej uwagi. Po co schodzić do schronu jak to pewnie kolejny performance w stylu Orsona Wellesa?
Jak to możliwe, że autorzy kłamstw i manipulacji nie ponoszą konsekwencji? Bardzo prosto. Gdy do powszechnej egzaltacji dodamy globalny krajobraz mediów, w którym mała garstka firm posiada na własność praktycznie wszystkie media drukowane, radio i telewizję w każdym kraju, wszystko stanie się jasne. Jeśli nawet przez czyjąś nieuwagę okaże się, że tłumy w Iranie nie protestują przeciwko, tylko wiwatują na cześć Ahmadineżada - będzie to zbyte wzruszeniem ramion z powodu „drobnej” pomyłki, której autor nie poniesie żadnych konsekwencji. Jeśli narracja dotycząca katastrofy smoleńskiej rozsypie się jak domek z kart, a oszczerstwa okażą się zwykłym kłamstwem, rzecznik prasowy rządu stwierdzi tylko, że "nie ma znaczenia, czy w kokpicie tupolewa był generał Błasik, czy nie - ofiarom katastrofy nie przywróci to życia". Dla każdej osoby, która swojej przeciętnej ludzkiej inteligencji używa nie tylko do wymyślania kolejnych sposobów powiększenia zysków, ale też czasem do kojarzenia faktów i rozumienia świata - dla takiej osoby było jasne niemal od samego początku, że wyjaśnieniem smoleńskiej katastrofy nie byli, nie są i nie będą zainteresowane władze ani Rosji ani Polski i że te władze działają w interesie swoim własnym, lecz nie w interesie rządzonego przez siebie kraju.
Czy jest jakieś wyjście? Szczerze mówiąc nie sądzę. Rządy różnych krajów rozpoczęły już przygotowania do regulacji dostępu do internetu i jego cenzury, ale nie wydaje mi się to konieczne. Patrząc na popularność niepoprawnych i demaskatorskich informacji na społecznościowych portalach i porównując ją do popularności informacji podtrzymujących obowiązującą propagandę można odnieść wrażenie, że żadna cenzura nie jest tu potrzebna. Nie sądzę też, choć to faktycznie jedyny ratunek, by odwrócenie się od głównych (czyli od powiązanych w jakikolwiek finansowy sposób z międzynarodowymi korporacjami informacyjnymi) mediów w ogóle było realne i skuteczne.
Żeby sprawdzić własną gotowość do słuchania i otwartość na alternatywne teorie proponuję przeprowadzić prosty test. Poniżej jest film będący dalekim pokłosiem newage’owej ideologii odrodzenia. Jednak oprócz krótkiego fragmentu z mglistą utopijną wizją społeczeństwa przyszłości, film ten przekazuje także sporo alternatywnych interpretacji natury naszego świata. Interpretacji, których nie musimy przyjmować, ale które niewątpliwie poszerzają horyzont myślenia o człowieku. Prosty test polega na odpowiedzi na pytania: Czy dałem radę obejrzeć całość? Jeśli nie to dlaczego? Czy film w jakichkolwiek poruszonych aspektach trafia w sedno? Czy też jest to jedynie sekciarska propaganda? Czy byłem w stanie bez lęku wysłuchać całości?
Dlaczego wizje nawet jeśli naiwne, ale wolnych ludzi, tak łatwo kwalifikujemy jako sekciarską propagandę, a z takim trudem przychodzi nam rozpoznanie propagandy w zmanipulowanych przekazach mediów głównego nurtu? Jacek Hugo-Bader w wywiadzie dla Przeglądu stwierdził o Rosji, że „bolszewizm wyhodował nowy rodzaj człowieka, człowieka nieskłonnego do buntu, bo ci, co mieli naturalną skłonność do buntu zostali wymordowani, fizycznie unicestwieni. Taka selekcja. W okresie wielkich czystek unicestwiona została połowa rosyjskiej inteligencji. Ludzie, którzy mieli gen buntu, nie przeżyli, zatem nie mogli tych genów przekazać potomstwu.” Ja mam jednak wrażenie, że nie tylko bolszewizm i nie tylko w Rosji. I zastanawiam się też, czy obowiązująca obecnie ideologia tolerancji dla „innego” ma jakikolwiek związek z brakiem tolerancji dla niepokornych, niepasujących czy po prostu alternatywnych narracji opisujących świat.
To zadziwiające jak skutecznie doprowadzono nas do stanu odwrotnego ideałom starożytnych Greków. Nie tylko nie darzymy szacunkiem nielicznych już „miłujących mądrość”, ale wręcz powszechnym udziałem stała się wspólnota „nienawidzących mądrość” neo-sofistów. Jakakolwiek racjonalna dyskusja stała się już dawno niemożliwa, a zimna wojna trwa dalej w najlepsze w naszych głowach, zamkniętych mentalnie na obowiązujących podziałach na „lewo” i „prawo”. Dyskusja o społecznej i ekonomicznej rzeczywistości nie wychodzi poza spór o poziom ingerencji państwa w wolny rynek, a każda propozycja nowego czy też po prostu innego spojrzenia na świat szufladkowana jest jako utopia albo zakamuflowany totalitaryzm. Mamy dziś świadomość tego, że każdy system społeczno-polityczny może się wyrodzić w swoje zaprzeczenie, że każda rewolucja zjada własne dzieci. Nie uwalnia nas to jednak do nieskrępowanego bezwarunkowym zaufaniem do ideologów poszukiwania rozwiązań. Ta świadomość uwalnia nas od potrzeby jakichkolwiek poszukiwań wykraczających poza zastane ramy świata.
Posłuchaj tekstu przeczytanego w Niepoprawnym Radiu
Problem fikcji w naszym codziennym życiu nie ogranicza się przecież tylko do próbnych alarmów. Zamachy na Dubrowce, broń masowego rażenia w Iraku, Osama Bin Laden w Afganistanie, Błasik w kokpicie – to wszystko w tzw. normalnej demokracji doprowadziłoby nie tylko do dymisji, ale także do trybunału stanu. Dywersja i prowokacja prowadzące do zbrodni miałaby szansę nie przynieść konsekwencji dla autorów tylko wtedy, gdy nie zostałaby ujawniona. Dziś jednak można przytoczyć przykłady z dowolnej długości geograficznej bezkarności władców, którzy oszukali swoje własne społeczeństwo w celu wywołania ściśle określonego efektu propagandowego. Czy jako społeczeństwo jesteśmy pomimo tych wysokich kosztów bardziej bezpieczni?
Kto z nas jako dziecko nie bawił się udając tonącego? Zawsze to pretekst do chlapania wodą na wszystkie strony, zwrócenia na siebie uwagi i rozkoszowania się nieważką swobodą zanurzonego w wodzie ciała. Ten rodzaj zabawy kończył się jednak z reguły dosyć szybko, gdy dziecko zostawało skrzywdzone przez dorosłego uświadamiającą pogawędką na temat zgubnych skutków fałszywego apelowania o pomoc: gdy faktycznie pomoc będzie potrzebna, wszyscy pomyślą że to kolejna zabawa. Jest w tej przestrodze zawarte także pozytywne ostrzeżenie: notoryczne kłamstwo przynosi zgubę.
Mam wrażenie, że większość polityków nie przeszła albo nie przyswoiła sobie tej lekcji. Używane na co dzień święte oburzenie, ekskomunika, oskarżenia o najgorsze zbrodnie, straszenie tragicznymi skutkami doprowadziły wszystkich do powszechnej dziś znieczulicy na faktyczne i realne tragiczne konsekwencje. Nie zwracamy uwagi ani na opłakane skutki, które przecież na pewno są wyolbrzymione, ani na apokaliptyczne ostrzeżenia, wszak końcem świata straszy się nas od średniowiecza. Zatem świat i tak będzie się toczył, a na słowa w telewizorach nie ma sensu zwracać najmniejszej uwagi. Po co schodzić do schronu jak to pewnie kolejny performance w stylu Orsona Wellesa?
Jak to możliwe, że autorzy kłamstw i manipulacji nie ponoszą konsekwencji? Bardzo prosto. Gdy do powszechnej egzaltacji dodamy globalny krajobraz mediów, w którym mała garstka firm posiada na własność praktycznie wszystkie media drukowane, radio i telewizję w każdym kraju, wszystko stanie się jasne. Jeśli nawet przez czyjąś nieuwagę okaże się, że tłumy w Iranie nie protestują przeciwko, tylko wiwatują na cześć Ahmadineżada - będzie to zbyte wzruszeniem ramion z powodu „drobnej” pomyłki, której autor nie poniesie żadnych konsekwencji. Jeśli narracja dotycząca katastrofy smoleńskiej rozsypie się jak domek z kart, a oszczerstwa okażą się zwykłym kłamstwem, rzecznik prasowy rządu stwierdzi tylko, że "nie ma znaczenia, czy w kokpicie tupolewa był generał Błasik, czy nie - ofiarom katastrofy nie przywróci to życia". Dla każdej osoby, która swojej przeciętnej ludzkiej inteligencji używa nie tylko do wymyślania kolejnych sposobów powiększenia zysków, ale też czasem do kojarzenia faktów i rozumienia świata - dla takiej osoby było jasne niemal od samego początku, że wyjaśnieniem smoleńskiej katastrofy nie byli, nie są i nie będą zainteresowane władze ani Rosji ani Polski i że te władze działają w interesie swoim własnym, lecz nie w interesie rządzonego przez siebie kraju.
Czy jest jakieś wyjście? Szczerze mówiąc nie sądzę. Rządy różnych krajów rozpoczęły już przygotowania do regulacji dostępu do internetu i jego cenzury, ale nie wydaje mi się to konieczne. Patrząc na popularność niepoprawnych i demaskatorskich informacji na społecznościowych portalach i porównując ją do popularności informacji podtrzymujących obowiązującą propagandę można odnieść wrażenie, że żadna cenzura nie jest tu potrzebna. Nie sądzę też, choć to faktycznie jedyny ratunek, by odwrócenie się od głównych (czyli od powiązanych w jakikolwiek finansowy sposób z międzynarodowymi korporacjami informacyjnymi) mediów w ogóle było realne i skuteczne.
Żeby sprawdzić własną gotowość do słuchania i otwartość na alternatywne teorie proponuję przeprowadzić prosty test. Poniżej jest film będący dalekim pokłosiem newage’owej ideologii odrodzenia. Jednak oprócz krótkiego fragmentu z mglistą utopijną wizją społeczeństwa przyszłości, film ten przekazuje także sporo alternatywnych interpretacji natury naszego świata. Interpretacji, których nie musimy przyjmować, ale które niewątpliwie poszerzają horyzont myślenia o człowieku. Prosty test polega na odpowiedzi na pytania: Czy dałem radę obejrzeć całość? Jeśli nie to dlaczego? Czy film w jakichkolwiek poruszonych aspektach trafia w sedno? Czy też jest to jedynie sekciarska propaganda? Czy byłem w stanie bez lęku wysłuchać całości?
Dlaczego wizje nawet jeśli naiwne, ale wolnych ludzi, tak łatwo kwalifikujemy jako sekciarską propagandę, a z takim trudem przychodzi nam rozpoznanie propagandy w zmanipulowanych przekazach mediów głównego nurtu? Jacek Hugo-Bader w wywiadzie dla Przeglądu stwierdził o Rosji, że „bolszewizm wyhodował nowy rodzaj człowieka, człowieka nieskłonnego do buntu, bo ci, co mieli naturalną skłonność do buntu zostali wymordowani, fizycznie unicestwieni. Taka selekcja. W okresie wielkich czystek unicestwiona została połowa rosyjskiej inteligencji. Ludzie, którzy mieli gen buntu, nie przeżyli, zatem nie mogli tych genów przekazać potomstwu.” Ja mam jednak wrażenie, że nie tylko bolszewizm i nie tylko w Rosji. I zastanawiam się też, czy obowiązująca obecnie ideologia tolerancji dla „innego” ma jakikolwiek związek z brakiem tolerancji dla niepokornych, niepasujących czy po prostu alternatywnych narracji opisujących świat.
To zadziwiające jak skutecznie doprowadzono nas do stanu odwrotnego ideałom starożytnych Greków. Nie tylko nie darzymy szacunkiem nielicznych już „miłujących mądrość”, ale wręcz powszechnym udziałem stała się wspólnota „nienawidzących mądrość” neo-sofistów. Jakakolwiek racjonalna dyskusja stała się już dawno niemożliwa, a zimna wojna trwa dalej w najlepsze w naszych głowach, zamkniętych mentalnie na obowiązujących podziałach na „lewo” i „prawo”. Dyskusja o społecznej i ekonomicznej rzeczywistości nie wychodzi poza spór o poziom ingerencji państwa w wolny rynek, a każda propozycja nowego czy też po prostu innego spojrzenia na świat szufladkowana jest jako utopia albo zakamuflowany totalitaryzm. Mamy dziś świadomość tego, że każdy system społeczno-polityczny może się wyrodzić w swoje zaprzeczenie, że każda rewolucja zjada własne dzieci. Nie uwalnia nas to jednak do nieskrępowanego bezwarunkowym zaufaniem do ideologów poszukiwania rozwiązań. Ta świadomość uwalnia nas od potrzeby jakichkolwiek poszukiwań wykraczających poza zastane ramy świata.
Posłuchaj tekstu przeczytanego w Niepoprawnym Radiu
czwartek, 5 stycznia 2012
Powrót sofistów
W radiowej trójce Zofia Wojtkowska wyraziła retoryczne zaskoczenie faktem, że "dla lekarzy kłopot kończy się w momencie, gdy rząd obiecuje, że nie będzie ich finansowo karał. Leki pełnopłatne przestają być kłopotem, bo kłopotem dla lekarzy jest to, że oni by finansowo odpowiadali za źle wypisaną receptę." Przypomina mi to sytuację, gdy klient wchodzi do sklepu i widzi nową cenę butów – 500 zł. Łapie się za głowę, bo dotychczas kosztowały one 200 zł, ale za chwilę się cieszy, bo przychodzi sprzedawca, który mówi że jako stałemu klientowi sprzeda buty za 300 zł. No toż to 40% rabatu!!!
Gdy leżałem niedawno w szpitalu, bardzo sympatyczna starsza sprzątaczka pełniła funkcję oddziałowego psychoterapeuty. Razem ze mną leżeli naprawdę nieszczęśliwi ludzie. Facet któremu jedną rękę obciął tramwaj, a w drugiej miał poprzecinane piłą tarczową wszystkie ścięgna w dłoni. Inny facet praktycznie bez twarzy, który przed laty cudem wyszedł z wypadku samochodowego, ale cała prawie skóra była spalona i dziś lekarze walczą o odbudowanie mu dłoni. Sprzątaczka przychodziła, wysłuchiwała ich narzekań, a następnie opowiadała historie ze swojego naprawdę bogatego życia i przekonywała, że każdy ma jakieś swoje problemy i że opinie innych są nieważne, bo każdy jest indywidualnym człowiekiem i ma wartość niezależnie od tego w jakim stanie jest jego ciało.
Inny mój znajomy, który też wylądował w szpitalu, trafnie zauważył, że poziom humanizmu jest odwrotnie proporcjonalny do poziomu wykształcenia. Zacząłem się zastanawiać co takiego w naszej edukacji decyduje, że tak skutecznie jesteśmy trenowani w dehumanizacji i codziennej hipokryzji? Dla prostego człowieka świat jest prosty i nieskomplikowany, ale to jednak człowiek zajmuje w nim centralne miejsce. Ten człowiek z najbliższego otoczenia, nie jakieś abstrakcyjne społeczeństwo, naród czy mniejszość religijna albo seksualna. Czy naprawdę rozwijanie zdolności do abstrakcyjnego myślenia musi pociągać za sobą utratę wyczucia humanistycznych wartości?
Lawrence Summers, był głównym ekonomistą Banku Światowego, gdy zasłynął zaproponowaniem w 1991 roku pomysłu likwidacji toksycznych odpadów poprzez ich eksport do krajów trzeciego świata, ponieważ ludzie żyją tam krócej i koszty pracy są bardzo niskie co zasadniczo oznacza, że wartość rynkowa ludzi w krajach trzeciego świata jest znacznie niższa. Mimo takich, w swojej istocie bliskich Hitlerowi, poglądów Summers w latach 1999–2001 pełnił funkcję sekretarza skarbu Stanów Zjednoczonych w gabinecie prezydenta Billa Clintona.
To pokazuje że dehumanizacja oraz ignorowanie wpływu politycznych decyzji na życie ludzi nie jest domeną Rosji, Polski czy Białorusi. Ideologiczne klapki na oczach, wykorzystywanie rozumu do uzasadniania dowolnej podłości wydaje się być cechą władców niezależną od czasu i szerokości geograficznej. Nie podzielam zdania satyryka Makowskiego, że "za komuny było tak samo: najłatwiej było omamić ludzi najbardziej inteligentnych. To paradoks, ale tak było. Ludzie nie tak zapatrzeni w media nie dawali się tak łatwo ogłupić. A ci rzekomo najinteligentniejsi do dzisiaj wierzą w różne bzdury, jak w to, że samolot uderzył w brzozę i się rozwalił." Uważam, że jest to jakieś intelektualne skażenie o wiele większym zasięgu.
Nie mogę pozbyć się wrażenia, że historia po raz kolejny zatoczyła koło, gdy człowiek, istota jedynie z nazwy rozumna, znowu zanegował samą możliwość dotarcia do Prawdy, której w rzeczywistości przecież nie ma. Umożliwiło to powrót sofistów, będących w stanie za pieniądze udowodnić dowolną tezę, podczas gdy płacący im podatnicy łykają te tłumaczenia jak pelikan, ciesząc się z błyskotliwości przeprowadzonego dowodu. To nie jest kwestia ostatnich dni czy miesięcy, bo na długo przed przekopywaniem smoleńskiej ziemi na jeden metr w głąb, w lutym 2009 roku minister zdrowia Ewa Kopacz przekonywała nas, że kolejki w przychodniach wynikają z tego, że ludzie zaczęli bardziej dbać o zdrowie.
W latach 80 tłumaczono podwyżki wyrobów cukierniczych i obniżenie przydziałów kartkowych na czekoladę troską o zdrowie społeczeństwa, które trawione jest plagą otyłości. Naprawdę dziwię się, że obecna afera z listą leków refundowanych nie jest jak najbardziej racjonalnie tłumaczona na wzór argumentacji Summersa: Skoro pacjenci bardziej dbają o zdrowie to będą dłużej żyli. A przecież mamy kryzys demograficzny i nie możemy sobie pozwolić na utrzymywanie coraz większej rzeszy emerytów. Zatem oprócz wydłużenia wieku emerytalnego trzeba zastosować inne środki, które zrekompensują społeczne skutki wyższego poziomu medycyny. Zatem pomysły wykreślenia z listy refundowanych leków niezbędnych przy przewlekłych chorobach jest jak najbardziej racjonalną decyzją przeciwdziałającą problemom rentowo-emerytalnym w nieodległej przyszłości. Co więcej łatwo wykazać, że korzyści odnosi społeczeństwo, bo przecież jest to działanie niezgodne z interesami wielkich koncernów farmaceutycznych. Zatem zdrowa większość społeczeństwa powinna być zadowolona z tego posunięcia.
Dodatkowym profitem całej sytuacji jest zatrzymanie na sobie uwagi opinii publicznej, która choć na chwilę przestała zajmować się dyrdymałami o jakiejś zdradzie interesów narodowych, NordStreamie, czy biciem na patriotycznej demonstracji przypadkowych przechodniów przez policję.
Zatem nie idźmy w ślady Sokratesa, nie szukajmy istoty rzeczy, bo prawda nie istnieje, a za pieniądze można udowodnić wszystko. Nawet to, że kolejki w aptekach zapewnią rekonwalescentom niezbędną gimnastykę.
Gdy leżałem niedawno w szpitalu, bardzo sympatyczna starsza sprzątaczka pełniła funkcję oddziałowego psychoterapeuty. Razem ze mną leżeli naprawdę nieszczęśliwi ludzie. Facet któremu jedną rękę obciął tramwaj, a w drugiej miał poprzecinane piłą tarczową wszystkie ścięgna w dłoni. Inny facet praktycznie bez twarzy, który przed laty cudem wyszedł z wypadku samochodowego, ale cała prawie skóra była spalona i dziś lekarze walczą o odbudowanie mu dłoni. Sprzątaczka przychodziła, wysłuchiwała ich narzekań, a następnie opowiadała historie ze swojego naprawdę bogatego życia i przekonywała, że każdy ma jakieś swoje problemy i że opinie innych są nieważne, bo każdy jest indywidualnym człowiekiem i ma wartość niezależnie od tego w jakim stanie jest jego ciało.
Inny mój znajomy, który też wylądował w szpitalu, trafnie zauważył, że poziom humanizmu jest odwrotnie proporcjonalny do poziomu wykształcenia. Zacząłem się zastanawiać co takiego w naszej edukacji decyduje, że tak skutecznie jesteśmy trenowani w dehumanizacji i codziennej hipokryzji? Dla prostego człowieka świat jest prosty i nieskomplikowany, ale to jednak człowiek zajmuje w nim centralne miejsce. Ten człowiek z najbliższego otoczenia, nie jakieś abstrakcyjne społeczeństwo, naród czy mniejszość religijna albo seksualna. Czy naprawdę rozwijanie zdolności do abstrakcyjnego myślenia musi pociągać za sobą utratę wyczucia humanistycznych wartości?
Lawrence Summers, był głównym ekonomistą Banku Światowego, gdy zasłynął zaproponowaniem w 1991 roku pomysłu likwidacji toksycznych odpadów poprzez ich eksport do krajów trzeciego świata, ponieważ ludzie żyją tam krócej i koszty pracy są bardzo niskie co zasadniczo oznacza, że wartość rynkowa ludzi w krajach trzeciego świata jest znacznie niższa. Mimo takich, w swojej istocie bliskich Hitlerowi, poglądów Summers w latach 1999–2001 pełnił funkcję sekretarza skarbu Stanów Zjednoczonych w gabinecie prezydenta Billa Clintona.
To pokazuje że dehumanizacja oraz ignorowanie wpływu politycznych decyzji na życie ludzi nie jest domeną Rosji, Polski czy Białorusi. Ideologiczne klapki na oczach, wykorzystywanie rozumu do uzasadniania dowolnej podłości wydaje się być cechą władców niezależną od czasu i szerokości geograficznej. Nie podzielam zdania satyryka Makowskiego, że "za komuny było tak samo: najłatwiej było omamić ludzi najbardziej inteligentnych. To paradoks, ale tak było. Ludzie nie tak zapatrzeni w media nie dawali się tak łatwo ogłupić. A ci rzekomo najinteligentniejsi do dzisiaj wierzą w różne bzdury, jak w to, że samolot uderzył w brzozę i się rozwalił." Uważam, że jest to jakieś intelektualne skażenie o wiele większym zasięgu.
Nie mogę pozbyć się wrażenia, że historia po raz kolejny zatoczyła koło, gdy człowiek, istota jedynie z nazwy rozumna, znowu zanegował samą możliwość dotarcia do Prawdy, której w rzeczywistości przecież nie ma. Umożliwiło to powrót sofistów, będących w stanie za pieniądze udowodnić dowolną tezę, podczas gdy płacący im podatnicy łykają te tłumaczenia jak pelikan, ciesząc się z błyskotliwości przeprowadzonego dowodu. To nie jest kwestia ostatnich dni czy miesięcy, bo na długo przed przekopywaniem smoleńskiej ziemi na jeden metr w głąb, w lutym 2009 roku minister zdrowia Ewa Kopacz przekonywała nas, że kolejki w przychodniach wynikają z tego, że ludzie zaczęli bardziej dbać o zdrowie.
W latach 80 tłumaczono podwyżki wyrobów cukierniczych i obniżenie przydziałów kartkowych na czekoladę troską o zdrowie społeczeństwa, które trawione jest plagą otyłości. Naprawdę dziwię się, że obecna afera z listą leków refundowanych nie jest jak najbardziej racjonalnie tłumaczona na wzór argumentacji Summersa: Skoro pacjenci bardziej dbają o zdrowie to będą dłużej żyli. A przecież mamy kryzys demograficzny i nie możemy sobie pozwolić na utrzymywanie coraz większej rzeszy emerytów. Zatem oprócz wydłużenia wieku emerytalnego trzeba zastosować inne środki, które zrekompensują społeczne skutki wyższego poziomu medycyny. Zatem pomysły wykreślenia z listy refundowanych leków niezbędnych przy przewlekłych chorobach jest jak najbardziej racjonalną decyzją przeciwdziałającą problemom rentowo-emerytalnym w nieodległej przyszłości. Co więcej łatwo wykazać, że korzyści odnosi społeczeństwo, bo przecież jest to działanie niezgodne z interesami wielkich koncernów farmaceutycznych. Zatem zdrowa większość społeczeństwa powinna być zadowolona z tego posunięcia.
Dodatkowym profitem całej sytuacji jest zatrzymanie na sobie uwagi opinii publicznej, która choć na chwilę przestała zajmować się dyrdymałami o jakiejś zdradzie interesów narodowych, NordStreamie, czy biciem na patriotycznej demonstracji przypadkowych przechodniów przez policję.
Zatem nie idźmy w ślady Sokratesa, nie szukajmy istoty rzeczy, bo prawda nie istnieje, a za pieniądze można udowodnić wszystko. Nawet to, że kolejki w aptekach zapewnią rekonwalescentom niezbędną gimnastykę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
