niedziela, 15 kwietnia 2012

Polski nie stać na fochy

Trudno się dziwić emocjom wywołanym przez refleksje Roberta Mazurka po 10 kwietnia 2012 roku. Refleksje te są komentowane po obu stronach smoleńskiego sporu, lecz co najciekawsze, obie strony skwapliwie milczą o pierwszej części artykułu, opisującej liczne przykłady - jak to ujął sam autor - „braku klasy” obecnej władzy. Kontrowersje wzbudzają natomiast wszystkie potknięcia i niestosowności zauważone na Krakowskim Przedmieściu przez autora tego ciekawego tekstu.

A przecież jeśli się dobrze zastanowić, to trudno się nie zgodzić z Robertem Mazurkiem w prawie każdym punkcie jego artykułu. Pominę pierwszą część opisującą ocenę dokonań obecnej ekipy rządzącej, ale z innego powodu niż większość komentatorów. Uważam, że jest ona najwyraźniej jasna i klarowna. Brak kontrowersji w tej materii wskazuje, że zarówno zwolennicy opozycji jak i sympatycy partii rządzącej zgadzają się co do takiej, a nie innej oceny dokonań ugrupowań rządzących dzisiaj Polską. Już samo to jest powodem, dla którego warto do tego tekstu zajrzeć. Ta zaskakująca zgodność jest też niewątpliwie zjawiskiem dającym nadzieję, że w przyszłości uda się jednak znaleźć punkty styczne w ocenie sytuacji i kondycji Państwa, co będzie niezbędne przy krokach zmierzających do jego naprawy, po latach obecnie trwającej dewastacji.

Wracając do samego tekstu. Podzielam zażenowanie autora nieobecnością na Krakowskim Przedmieściu jakiejkolwiek innej niż PiS partii politycznej. Zgadzam się, że ta nieobecność to manifestacja klasy ludzi, dla których partyjny kolega jest użyteczny jedynie wtedy, gdy jest w stanie przycisnąć guzik w sejmowej maszynce do głosowania. To niewątpliwie cenna informacja dla wszystkich o poziomie zwykłej ludzkiej przyzwoitości konkretnych osób. W katastrofie smoleńskiej zginęli politycy i państwowi urzędnicy, więc obecność ich kolegów na Krakowskim Przedmieściu jest całkowicie naturalna i zrozumiała. Fakt, że w miejscu, do którego kierowali swe kroki Polacy już w pierwszych godzinach po katastrofie, obecny jest tylko PiS – dla mnie jest to powód do uznania, a nie pretensji.

W organizację obchodów oprócz polityków PiS najbardziej zaangażowali się ludzie należący do Klubów Gazety Polskiej. Jest to realny ruch społeczny całkowicie poza kontrolą mediów głównego nurtu, podobnie jak Ruch Rodziny Radia Maryja. Ruch obywateli Rzeczpospolitej Polskiej, dla którego Gazeta Polska jest naturalnym organizacyjno-informacyjnym zapleczem. Ruch często prostych ludzi, przejętych obserwowaną i opisywaną nie tylko przez Gazetę Polską, ale często również przez takie tytuły jak dziennik Rzeczpospolita, czy tygodnik UważamRze, postępującej dewastacji struktur, instytucji oraz fizycznej infrastruktury naszego wspólnego państwa. Czy powinni milczeć o swoim udziale i zaangażowaniu? Czy transparenty z nazwą miasta, z którego przyjechała dana grupa ludzi służą niedopuszczalnej w warunkach żałoby promocji tego miasta? Czy też są czystą informacją mającą na celu jedynie zamanifestowanie obecności?

Na Krakowskim Przedmieściu 10 kwietnia 2012 roku mi też przeszkadzała ta ciągnąca się litania podziękowań dla Gazety Polskiej, dla Naszego Dziennika, dla Solidarnych 2010, dla radia Maryja, dla TVTrwam, bo jak tak wymieniać wszystkich to wszystkich, zabrakło mi podziękowań dla tygodnika UważamRze, dla portali informacyjnych typu wPolityce.pl, Blogpress.pl, Niepoprawni.pl itd. Zasługi można by wymieniać długo i pewnie kiedy indziej, tylko z drugiej strony kiedy jest dobry czas i miejsce by podziękować tysiącom ludzi dobrej woli tak, by te podziękowania dotarły do możliwie największej grupy osób? Czy jakiekolwiek medium zająknęło się o podziękowaniach Jarosława Kaczyńskiego dla Blogerów za szukanie prawdy?

Może i spotkanie żałobne nie jest najlepszym momentem na tego typu działania, może powinni zrezygnować z tego, a może wręcz powinni przeżyć tę żałobę w nabożnej ciszy, skupieniu i modlitwie? Może jednak rację ma premier, że to nieobecność na Krakowskim Przedmieściu była najlepszym wyrazem hołdu o zabitych w smoleńskiej katastrofie? Idźmy dalej, może faktycznie powinniśmy milczeć także o ofiarach Katynia? A może powinniśmy milczeć też o ofiarach holocaustu? Może powinniśmy pozamykać obozy koncentracyjne i zaorać te wielkie bezproduktywne obecnie łąki, zaś wycieczki młodzieży z Izraela powinniśmy przekierować na tereny budowy polskich autostrad, bo trzeba patrzeć w przyszłość, a budowa autostrad w Polsce jest bardzo przyszłościowa i na pewno szybko się nie skończy. Konsekwencje zdecydowanie za mocno przekraczające granice absurdu? Przykład walki z lekcjami historii pokazuje, że branie pod uwagę całokształtu działań Państwa po smoleńskiej katastrofie nie jest przesadą, ani doraźną polityczną manipulacją, lecz koniecznością, jeśli chcemy dobrze zrozumieć procesy likwidujące polską państwowość.

Całkowicie zgadzam się też z Robertem Mazurkiem, że „w rocznicę śmierci nie przynosi się szubienic na plakatach, transparentów i głów zdrajcy w ruskiej czapce”. Nie gasi się też papierosów na szyjach modlących się kobiet, nie pluje na klęczące staruszki, nie przynosi krzyży z puszek po piwie Lech, nie robi się wielu różnych rzeczy, które mimo wszystko wydarzają się ciągle i niepotrzebnie. Nie zawiesza się chyłkiem pamiątkowej tablicy z nieuzgodnionym z nikim tekstem, nie sprząta palących się jeszcze zniczy, nie pozwala się na niszczenie dowodów. Tak, były pod Pałacem i na placu Zamkowym niewłaściwe hasła. Były też pewnie niewłaściwe zachowania skwapliwie później nagłośnione przez telewizje - ja osobiście ich nie widziałem. Ale w końcu mamy wolność słowa? Czy centralnie sterowaną partyjną propagandę, w której za pojawienie się nieprzyzwoitego hasła albo niepoprawną teatralną sztukę odpowiada pierwszy sekretarz?

Do dziś wszyscy pamiętamy rzucone przez zirytowanego Lecha Kaczyńskiego do zbyt nachalnego wyborcy skandaliczne „spieprzaj dziadu”. Wszyscy pamiętamy tę wypowiedź, bo była to chyba jedyna zarejestrowana wypowiedź Lecha Kaczyńskiego wychodząca poza przyjęte standardy statecznego profesora prawa. Jakże liczne bon-moty Niesiołowskiego, Palikota, czy innych tuzów ekipy rządzącej jednym uchem wpuszczamy drugim wypuszczamy, bo nie są one czymkolwiek wyjątkowym, lecz stanowią immanentny składnik języka tego środowiska. Od prezydenta wymagamy więcej i to zrozumiałe. Od pierwszego prezydenta nieuwikłanego w przeszłości we współpracę ze służbami PRL wymagamy ponadstandardowo więcej. Ani Wałęsa, ani Kwaśniewski, ani obecnie Komorowski nie zaskakują nikogo swoimi prostackimi gafami. Od nich nie wymagamy tak wiele, jak od zwykłego przeciętnego przechodnia na Krakowskim Przedmieściu w dniu rocznicy smoleńskiej katastrofy.

Tak, ja też więcej wymagam od tych ludzi. Dlatego przychodziłem, przychodzę i będę przychodził pod Pałac Prezydencki jeśli tylko będą tam zbierać się ci ludzie. Będę przychodził, by dać świadectwo, by w miarę możliwości zareagować, gdy ktoś nie będzie spełniać standardów człowieka przyzwoitego. Będę przychodził, by patrzeć jak złość i frustracja wykluczonych z publicznego dyskursu zamienia się w spokojną pewność siebie dojrzałych obywateli. To jest proces i nie jest to proces bezbolesny. Ale z tymi konkretnymi ludźmi warto nawet stracić i na pewno warto o nich pamiętać. A o tamtych ludziach, z którymi nie warto nawet znaleźć - o tamtych ludziach warto zapomnieć. I w zasadzie jest to jedyna rzecz którą można z nimi zrobić.

W mojej relacji z 10 kwietnia 2012 roku opisałem co widziałem. Opis zawsze jest wyborem. Czasem wyjątkowe wydarzenie jest znaczące, czasem jest marginesem do pominięcia. Mamy różne oceny dotyczące tego co jest warte zauważenia, dlatego tak ważny jest pluralizm przekazów. Też widziałem radykalne hasła na transparentach, też słyszałem całkowicie niepotrzebne śpiewanie „100-lat”, też z zażenowaniem słuchałem skandowania „Jarosław, Jarosław”. Tylko czy był to najważniejszy element tego dnia? Czy ludzie rzeczywiście przyszli tam na polityczny wiec? Czy pamięć o zabitych w katastrofie politykach i urzędnikach państwowych jest polityczna? Wątpię i szczerze mówiąc jestem przekonany, że wątpiła w to znakomita większość ludzi krążących tego dnia po głównej arterii warszawskiej Starówki. Mi też było przykro, że jedyną partią obecną w tej okolicy jest PiS.

Robert Mazurek chciałby spokojnej chwili zadumy i żałoby tego właśnie dnia. Też tego chciałbym. Chciałbym mądrych refleksji odpowiedzialnych mężów stanu, którzy na co dzień różnią się w kwestii metod organizowania życia państwa, ale wobec ogólnopaństwowych kataklizmów wspólnie pochylają głowy nad ofiarami wyjaśnionej, rozliczonej i zamkniętej tragedii. Chciałbym oglądać uroczyste obchody z udziałem najwyższych urzędników Państwa w miejscu, które obywatele intuicyjnie i zbiorowo wybrali na miejsce manifestacji swojej pamięci. W pełni podzielam te idealistyczne oczekiwania redaktora Mazurka. Jednak państwo w którym przyszło nam żyć, dalekie jest niestety od tego przecież racjonalnego i realnie osiągalnego „ideału”.

Przewaga instytucjonalna i komunikacyjna jednej strony poważnie zakłóca efekt równowagi pluralistycznego świata. Uciekanie rozsądnych ludzi na wewnętrzną emigrację doprowadziło do tego, że brakuje nawet zwykłych konferansjerów, którym wyczucie i opanowanie pozwoliłoby rozpoznać, jakie zachowanie ewidentnie nie pasuje do danej sytuacji. Rezygnacja i wycofanie sprawnych i jednocześnie przyzwoitych organizatorów pozwala przejmować pałeczkę szemranym typom, którzy nie wahają się przed wycinaniem zagrażających konkurentów. Czy to wina skorpiona, że ukąsił jednak swojego wybawcę? Mimo wszystko pamiętajmy, że żyjemy w jednej Polsce, w której mieszka 38 mln ludzi, a jak wiadomo gdzie dwu Polaków tam trzy zdania, więc lekko nie będzie. Dlatego nie zamierzam rezygnować z przychodzenia na Krakowskie Przedmieście, dlatego nie zamierzam obrażać się na zbyt daleko idący radykalizm niektórych, ale też nie zamierzam obrażać się na zbyt daleko posunięty idealizm innych. Polski nie stać dzisiaj na fochy.

środa, 11 kwietnia 2012

Widziałem wolny Naród

Wybiegłem z pracy i na Królewskiej dołączyłem do pochodu Solidarnych 2010. Na przedzie niesione portrety ofiar smoleńskiej katastrofy. Za nimi prawie 2 tys. osób z różnych stron Polski. A przecież ten Marsz nie był w zasadnie nagłaśniany poza internetową stroną Solidarnych 2010.

Pobiegłem pod Pałac Namiestnika, gdzie zbierał się coraz większy tłum. Ludzie spokojnie się przemieszczali, większość stała obserwując telebimy. Zacząłem spotykać znajomych. Wujek mojej żony, dawno niewidziany bloger, kolega ze studiów… Krótkie przywitanie, wymiana uprzejmości i po chwili kontynuowałem krążenie między ludźmi. Nie byłem w nastroju do pogłębionych rozmów i wymiany relacji o tym „co u ciebie słychać”. Skupienie zogniskowało się na nieznanych ludziach, rozpraszając własne myśli i likwidując elokwencję.


Pierwsze przemówienie Kaczyńskiego, w którym uderzały podziękowania dla wielu grup i inicjatyw, dzięki którym obnażane zostawały kolejne kłamstwa. Gazeta Polska i Nasz Dziennik jako chlubne wyjątki prasy zainteresowanej demaskowaniem kłamstw. Radio Maryja i Telewizja Trwam jako wyłomy w murze medialnego milczenia w relacjonowaniu istotnych wydarzeń. Deklaracje jedności i dobitnie powtarzane apele, żeby zło dobrem zwyciężać, że tak naprawdę to jedyna metoda na jego pokonanie.

Pierwsza próba przejścia w kierunku pl. Zamkowego zakończyła się fiaskiem. Zbyt duży tłum, zbyt duży ścisk. Jednocześnie zaskakujący był brak widocznej obstawy zarówno Pałacu jak i otoczenia Manifestacji. Nie ustawiono żadnych metalowych barierek, nie było widocznych żadnych grup szturmowych z kamizelkami, kaskami i tarczami. Policjanci kierujący ruchem byli umundurowani tak jak na codzienne patrole. Nie było też widać podpitych prowokatorów. To zupełnie nowa jakość, aż dziwny stan normalności, który jeszcze bardziej unaoczniał mechanizmy kreowania sytuacji i medialnego przekazu.

Od strony Karowej dotarły balony Lasu Smoleńskiego. Po kolejnym tego dnia przypomnieniu nazwisk ofiar katastrofy, w górę poleciały Znaki Pamięci. Biało-czerwona chmura uniosła się majestatycznie unosząc hołd oddany osobom, którym nie udało się w 2010 roku pokłonić się w imieniu wszystkich Polaków na grobach pomordowanych polskich oficerów. Jest czymś bardzo znaczącym, że dziś świadectwa pamięci o zrównanych przez śmierć politycznych przeciwnikach, są czymś naturalnym dla obywateli i czymś niepojętym dla medialnych celebrytów.


Gdy tłum nieco zelżał udało się w końcu przejść w kierunku pl. Zamkowego. W jednej z kawiarni grupa blogerów zjednoczonych wokół idei Ob-Ciachu. Idea wyszydzenia szydzenia, ironizowania z ironii, wykpienia kpiny. Ta sama idea, która utworzyła hasła w stylu „lepiej być moherem niż Tuska frajerem”. Jeśli bycie patriotą jest obciachowe, jeśli troska o dobro wspólne jest obciachowa, jeśli przywiązanie do narodowych tradycji jest obciachowe – to tak! Warto być obciachowym! Warto po obywatelsku ciachać schematy i poznawcze klisze serwowane nam w sprowadzającej rzeczywistość do absurdów propagandzie. Zachować zdrowy rozsądek i wyczucie granic jest niezwykle trudno, gdy posunięte do skrajności medialne kłamstwa rodzą w odruchu oporu skrajne postawy i oceny opierające się na niewystarczających przesłankach. Humor często okazuje się ostatnią skuteczną bronią.

Wieczorna msza w Katedrze słuchana jest przez głośniki na pl. Zamkowym. Ludzie schodzą się cały czas, luźny tłum zajmuje przestrzeń aż do Miodowej. Jeszcze za widoku, zanim przed mszą sformuje się kolumna z flagą, jakiś trzech młodych ludzi zaczyna pośrodku tłumu coś wrzeszczeć przy gitarze, nie reagując na zwracaną przez przechodniów uwagę. Podchodzi dwu policjantów, próbują ich wylegitymować. Dotychczasowa bezkarność ulicznych chuliganów procentuje. Policjanci oglądają język i bezsensowne kpiące pomruki. I znowu zaskoczenie: zamiast niedopatrzenia się znamion przestępstwa (młodzieńcy nie są agresywni) następuje zatrzymanie i wszyscy lądują w radiowozie.


Po mszy wieczorny pochód formuje się wyjątkowo długo. Ludzie szczelnie wypełniają cały plac Zamkowy. Pod sceną przy Pałacu Namiestnika czekają kolejne tysiące osób. Długa na 150 metrów biało-czerwona flaga ma problem by przecisnąć się na drugą stronę sceny. Jednocześnie chwilę później tą samą trasą bez większych problemów przeciska się przez tłum karetka. Ludzie stoją w sporym ścisku ale są zdyscyplinowani. Utworzone pośrodku tłumu przejście dla polityków PiS nie musi być zabezpieczone służbami porządkowymi. Ludzie pilnują sami siebie.

Wieczorne przemówienie jest w zasadzie powtórzeniem popołudniowego. Dochodzą jeszcze emocjonalne wystąpienia Ewy Błasik, Marty Kaczyńskiej i ks. Małkowskiego przerywane wyciskającym łzy skandowaniem „Dziękujemy” oraz „Cześć i chwała bohaterom”. Owacją powitany jest Antonii Macierewicz, którego wytrwałość ludzie ewidentnie widzą i doceniają. Wytrwałość w dochodzeniu do prawdy o okolicznościach śmierci przedstawicieli wszystkich politycznych ugrupowań.

Ludzie rozchodząc się w spokoju i zadumie, zostawiali pod Pałacem ostanie znicze. Znicze, po których nad ranem nie było już śladu. Pamięci jednak nie da się łatwo posprzątać. Pamięci nie tylko o katastrofie, ale także o dumnych i wolnych Polakach, którzy 10 kwietnia pokazują przede wszystkim sobie samym, że można godnie, z szacunkiem i w porządku razem być i tworzyć Wspólnotę. Polską Wspólnotę.


piątek, 30 marca 2012

Strzępka i Demirski - powrót do realu?

W radiu Tylko Oikofobiczne Kłamstwa (TOK fm) miała miejsce bardzo ciekawa rozmowa. Oto bożyszcze teatralnego "młodego" pokolenia, nadzieja środowisk krążących wokół Krytyki Politycznej, dramaturgiczno-reżyserski duet Strzępka-Demirski wyszedł ze studia. Zwyczajnie się wkur…li na tendencyjne pytania redaktora.

Można oczywiście potraktować to jako kolejną akcję marketingową, po której znowu wszyscy będą mówić o wałbrzyskiej parze. Można potraktować to jako kolejną rysę na gładkiej powierzchni społecznego status quo. Można też cieszyć się, że kolejne osoby w końcu przeglądają na oczy i dostrzegają realną rzeczywistość, w której tak zwanego pospolitego odbiorcę traktuje się jak idiotę. Nie wiem która z tych diagnoz jest najbliższa prawdzie, co więcej, mam niejasne przeczucie, że żadna. A może każda po trochu? Jednak bardziej istotne jest to, co mówi nam ta sytuacja pomiędzy wierszami.
Są ludzie, którym zależy na kulturze wysokiej. Ludzie się uaktywniają. Były protesty, np. przeciw likwidacji szkół. Nie widzicie tego, nie słyszycie? - pytał Demirski, zwracając się do wirtualnych dziennikarzy.

- Nie, bo ze studia wsiada do swojego samochodu i ląduje na podziemnym parkingu swojego apartamentu. Jesteście odklejeni od rzeczywistości. To jest całkowita prawda - irytowała się Strzępka.
To cieszy, że Strzępka i Demirski zauważyli krakowską głodówkę, że zauważyli różne protesty, o których zdawkowo informują media. Jednak radość mąci nieco fakt, że duet ten zignorował inne aspekty rzeczywistości, którą tak "wnikliwie" stara się śledzić i dostrzegać. Czy byli oni tak samo jak redaktor prowadzący odklejeni od realnego życia, gdy podpisywali list w obronie Krytyki Politycznej, która 11 listopada 2011 roku dała schronienie antypolskim bojówkom bijącym chodzących po Nowym Świecie ludzi z polskimi flagami oraz tymże samym bojówkom plujących na paradujące grupy rekonstrukcyjne?A przecież niszczenie polskości, niszczenie narodowej pamięci, dumy, świadomości jest jednym z elementów dążących do tego samego celu. Likwidacja ludzkiej przyzwoitości i solidarności.

Na posiedzeniu Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych w dniu 21 grudnia 2011 roku komendant stołeczny policji Adam Mularz opowiadał:
udział w kontrmanifestacji zapowiedzieli przedstawiciele niemieckiej skrajnej lewicy, lewicy antyfaszystowskiej oraz komunistycznych skinheadów. Z informacji, które otrzymaliśmy od policji niemieckiej, naszego oficera łącznikowego w Berlinie, z BOR i ABW, wynikało, że owa grupa była nastawiona na bezpośrednią konfrontację z uczestnikami marszu oraz z policją. Bojówka niemiecka mogła być wyposażona w ochraniacze i kaski, materiały pirotechniczne, kamizelki kuloodporne, protektory, wzmacniane kwarcem rękawice, zakamuflowany monitoring do nagrywania działań Policji. Ponadto grupa ta posiadała informacje co do taktyki oddziałów prewencji polskiej Policji oraz dotyczące trasy przemarszu środowisk skrajnie prawicowych. Dysponowała instrukcjami, jak zaatakować policjanta, gdzie są jego najsłabsze miejsca, aby go bolało. Przyjechali po prostu bić się z policją.
Jak to się skończyło wszyscy pamiętamy. Jeszcze przed Marszem niemieckie bojówki urządziły sobie polowanie na polskich patriotów, chroniąc się przed policją w siedzibie Krytyki Politycznej. Po ataku na grupę rekonstrukcyjną słusznie zauważył Paweł Rozdżestwieński z Fundacji Polonia Militaris:
Wyobraźcie sobie państwo, że na 14 lipca we Francji ktoś zatrzymuje paradę kirasjerów francuskich albo na placu Czerwonym paradę Armii Czerwonej czy współczesnej armii rosyjskiej?
Trudno też nie pamiętać o pochwałach metod terrorystycznych i lżeniu polskości na spotkaniach i w tekstach członków i sympatyków Krytyki Politycznej. Dzisiejsze  odżegnywanie się tego środowiska od zaproszonych chuliganów i od znalezionych w Nowym Wspaniałym Świecie kastetów i pałek jest równie śmieszne i żałosne co zapewnienia Jaruzelskiego, że nie miał nic wspólnego z masakrami w Grudniu 1970 czy w czasie stanu wojennego.

Podczas wspomnianej na wstępie rozmowy przywołany został też (a całkowicie pomijany w relacjach o tej rozmowie) pewien radiowy przegląd prasy. Mowa o artykule o prezentach komunijnych. Statystyki pokazują, że kupujemy na prezent na komunię przede wszystkim smartfony i laptopy. Natomiast na komunię trzeba kupić też medalik. Medalik najlepiej kupić w lombardzie, bo tam jest ich na pęczki. ‎Monika Strzępka, słusznie zauważa, że po pierwsze, kto „my” kupuje te laptopy? Po drugie ktoś te medaliki do tych lombardów przynosi, a to są przecież niejednokrotnie cenne rodzinne pamiątki, coś zmusza tych ludzi do tej decyzji, lecz ten temat w ogóle nie istnieje, natomiast w tamtym radiowym studiu sytuacja wzbudziła salwy śmiechu.

Społeczna wrażliwość na biedę, krzywdę ludzką, na wady społecznych mechanizmów i niedostatki strukturalne jest postrzegana jako przejaw lewicowości. Nie zwykłej ludzkiej przyzwoitości tylko lewicowości. Te poznawcze klisze i uproszczenia popychają wrażliwe jednostki w ramiona ideologicznie i strukturalnie wątpliwych instytucji takich właśnie jak Krytyka Polityczna, Gazeta Wyborcza, czy inne kawiorowo lewicujące towarzystwa, żerujące na przyzwoitościowych hasłach i dążeniu ludzi do bycia dobrym człowiekiem. Poznawcze klisze, ideologiczne uproszczenia nie pozwalają dostrzec środowisk, które nie czerpią profitów z uwikłania w system, tylko prowadzą organiczną, niezależna pracę u podstaw, mając za fundament właśnie czystą ludzką przyzwoitość. Taki jest lewicujący Magazyn Obywatel, ale taka jest przecież także prawicowa Fundacja Republikańska.

W pełni popieram krytyczne opinie o braku społecznego dialogu oraz wadliwości systemowych rozwiązań dotyczących teatru. Jednak zdecydowanie brakuje dyskusji nie tylko o sytuacji teatru, ale jakiejkolwiek dyskusji o społecznie ważnych tematach. Urzędnicy podejmują arbitralne, z nikim niekonsultowane decyzje dotyczące teatrów, programów nauczania, emerytur itd. Ale z drugiej strony profil Krytyki Politycznej na Facebook-u blokuje komentowanie każdemu, kto punktuje hipokryzję tego środowiska, budując wśród akolitów sekciarskie poczucie, że są razem i u siebie. Dialog, dyskusja jako ścieranie się przeciwieństw nie ma racji bytu. Zaś jakiekolwiek analityczne publikacje w niezależnych środowiskach są przemilczane i nie komentowane, a często protesty określonego środowiska pojawiają się jedynie wtedy, gdy "biją naszych".

Strzępka i Demirski starają się sprawiać wrażenie, że dbają o własną intelektualna otwartość. Ich światopoglądowe sympatie spychają ich na lewo, ale ich przypadek jest też dla wszystkich dobrym przykładem na to, że jakiekolwiek ideologiczne szufladkowanie nie ułatwia dialogu ani porozumienia. Bo przecież nie chodzi o lewicę czy prawicę, które to pojęcia dawno przestały mieć jakikolwiek związek z realnym światopoglądem przedstawicieli różnych formacji. Chodzi o wolność jednostki w niepodległym państwie, które jest w stanie tą jednostkową wolność obronić i które nie przeszkadza obywatelom żyć przyzwoicie. Wrażliwość społeczna nie jest przecież niczym innym jak zwykła ludzka przyzwoitość. Mam nadzieję, że obecna sytuacja będzie początkiem powrotu na ziemię wielu osób dotąd bezrefleksyjnie wspierających instytucje, które od szczytnych idei przeszły na pozycje szowinistyczne i oikofobiczne.

Treść protestu ludzi teatru - plik pdf.

czwartek, 22 marca 2012

Demokracja Ajatollahów oczami Hoomana Majd’a

Trudno jest znaleźć jakieś sensowne informacje na temat Iranu. Informacje nie o bieżących wydarzeniach, tylko o ogólnej sytuacji, nastrojach i szeroko pojętej kulturze. Albo wielka historia, albo obrazy rewolucji, albo nuklearna histeria z antysemityzmem w tle. Iran funkcjonuje w świadomości jako państwo osi zła, jako totalitaryzm islamistów, jako kraj dążący do wyprodukowania bomby atomowej, która zmiecie Izrael z powierzchni Ziemi. Jednocześnie panuje tam demokracja, zaś mieszkańcy wywodzą się w prostej linii od mitycznych Ariów i mówią w starożytnym języku należącym do grupy indoeuropejskiej. Świat z natury rzeczy nie jest prosty i obiegowe uproszczenia, które są nam serwowane przez medialnych producentów mózgowej papki, nie wzbudzają zaufania.

Książka Hoomana Majd’a jest świetną odskocznią. Autor jest rodowitym Irańczykiem, spokrewnionym z jednym z Ajatollahów i z byłym prezydentem Republiki Islamskiej. Wychowany na dyplomatycznych placówkach doskonale zdaje sobie sprawę z zachodniego sposobu myślenia i obowiązujących klisz, które usztywniają horyzonty myślenia niczym gips założony na zdrowe nogi. Bardzo krytycznie ocenia obecnego prezydenta Ahmadineżada, ale nie przestaje się zastanawiać, skąd bierze się kierunek jego populistycznych wystąpień. Ze swadą opowiada o zawiłościach perskiej polityki, powoli ale skutecznie wciągając czytelnika w świat irańskich paradoksów. Jednym z nich jest choćby sytuacja mniejszości żydowskiej w tym rzekomo antysemickim kraju:
Synagogi, szpitale, stowarzyszenia, koszerne restauracje i szkoły hebrajskie swobodnie działają w teokratycznym państwie muzułmańskim, ale rząd świętuje rocznicę wydania Protokołów mędrców Syjonu. Prezydent określa Holokaust jako „oszustwo" i „mistyfikację", lecz żydowski członek parlamentu otwarcie i bez obaw go krytykuje, państwowa telewizja zaś emituje bardzo popularny i oparty na faktach miniserial (Madar-e sefr daradże, Zwrot o zero stopni) o irańskim dyplomacie, który z tego samego Holokaustu wyratował tysiące Żydów. […] A irańscy Żydzi, którzy pomieszkują także w Stanach Zjednoczonych, muszą się zmierzyć z jeszcze jednym paradoksem: Ameryka, ich drugi dom, często krytykuje Iran i jest zaprzysięgłym przeciwnikiem islamskiego reżimu, pod którego władzą Żydzi żyją we względnej swobodzie, lecz zarazem jest najlepszym sojusznikiem i przyjacielem Arabii Saudyjskiej, której Żydom nie wolno nawet zwiedzać, nie wspominając o zamieszkiwaniu w niej. (s. 352)
W otoczeniu Iranu jest nie mniej paradoksów. Czy ktoś dzisiaj wie, że w 2001 roku, tuż po ataku na WTC, irański prezydent Chatami:
był pierwszym muzułmańskim przywódcą, który potępił zamach, i pierwszym, który wysłał Ameryce kondolencje, otrzymawszy poparcie Najwyższego Przywódcy. Co więcej, irańskie władze, którym zwykle łatwo przychodzi organizowanie antyamerykańskich wieców z nieskończonymi chyba zapasami łatwopalnych amerykańskich flag, pozwoliły na całonocne czuwania przy świecach (bez flag) w Teheranie dla upamiętnienia ofiar zamachów. Pomocny był tu fakt, że za atakami stała Al-Kaida, którą Iran uważa za wroga w takim samym stopniu jak Zachód, a to, że Afganistan wkrótce padł ofiarą amerykańskiego gniewu, było jak dar z niebios, ponieważ, poza partią Baas Saddama Husajna, drugim najbardziej znienawidzonym przez Iran ugrupowaniem są talibowie.

[Tymczasem] Bush w swoim dorocznym przemówieniu w Kongresie pod koniec stycznia 2002 roku z jakichś niewytłumaczalnych powodów (chyba że faktycznie przygotowywał się do wymarszu na Teheran) umieścił Iran obok Iraku i Korei Północnej w „osi zła", potępiając go jako wroga, z którym Stany muszą się zmierzyć. Stało się to tuż po wyrzuceniu talibów z Afganistanu, który na pewno również zostałby włączony do wspomnianej osi, gdyby talibom udało się przetrwać inwazję. (s. 256-258)
Dziś mało kto pamięta wojnę iracko-irańską, która wybuchła w 1980 roku i trwała 8 lat. Irakijczycy stosowali na masową skalę broń chemiczną (głównie iperyt siarkowy i tabun). Zginęło w niej ponad milion ludzi. Irak był wtedy popierany przez państwa zachodnie (głównie przez Francję i Stany Zjednoczone), ale także przez ZSRR i kraje arabskie, które obawiały się rozprzestrzenienia się irańskiej rewolucji islamskiej. Można powiedzieć, że było to pierwsze wydanie „koalicji antyterrorystycznej”, w której ZSRR i USA sprzymierzyły się przeciwko wspólnemu wrogowi. Tocząca się w tym samym czasie wojna w Afganistanie w najmniejszym stopniu nie przeszkadzała tej cichej koalicji. Fakt, że światowe mocarstwa wspierały dyktatora walczącego z właśnie powstałą młodą demokracją jest kolejnym pięknym przykładem hipokryzji i demaskacją prawdziwych intencji „antyterrorystycznych bojowników o demokrację”.

Pomimo wydawałoby się beznadziejnej sytuacji Iran przetrwał i wojnę zakończono bez najmniejszej zmiany granic. Powinno to być dzisiaj wystarczającym ostrzeżeniem przed ewentualnym rozpoczęciem kolejnej inwazji, do której media przygotowują nas już od dłuższego czasu.

Warto też wiedzieć, że:
Iran to jedyny kraj na Bliskim i Środkowym Wschodzie będący wieloetnicznym państwem narodowym, który (w języku perskim, czyli farsi) nie zmienił swojej nazwy - tak jak zasadniczego obrębu granic - przez tysiąclecia. Żaden z pozostałych krajów regionu nie ma więcej niż sto lat, łącznie z Turcją, która narodziła się z popiołów imperium osmańskiego. Jedynym państwem w tej części globu, które nie znalazło się pod panowaniem Osmanów, był oczywiście Iran. To właśnie poczucie przynależności do jednego narodu, posiadania zawsze odrębnego kraju, odrębnej kultury wyrosłej z kultur wielu plemion i etnosów kształtuje irański charakter. (s. 112)
Ta odrębność - językowa, kulturowa, polityczna – sprawiają że Iran dla wielu ludzi w regionie jest wzorem do naśladowania, jest dowodem, że możliwe jest kroczenie własną drogą pomimo niesprzyjającego otoczenia. Sporo krajów regionu z demokracją niewiele ma wspólnego. Większość państw arabskich to klasyczne monarchie, albo wojskowe dyktatury. Należące do hinduskiego kręgu kulturowego Afganistan i Pakistan pogrążone są w chaosie. Iran zaś to względnie stabilny wewnętrznie kraj, w którym opór wobec faszyzujących władz jest brutalnie tłumiony mimo wszystko dużo rzadziej niż w krajach ościennych. Jest tajemnicą poliszynela, że arabska wiosna mogła zaistnieć nie tylko dzięki mediom społecznościowym, ale przede wszystkim dzięki przekupieniu wysokich oficerów, żeby nie ulegli i powstrzymali się od radykalnych interwencji siłowych.

W Iranie natomiast, republice z ponad trzydziestoletnim już stażem, w ostatnich wyborach prezydenckich wzięło udział 82% uprawnionych do głosowania i nawet fałszerstwa wyborcze, o które jest oskarżany sztab Ahmadineżada nie mogły dać mu przewagi ponad 11 milionów głosów! Najwyraźniej jego populistyczna retoryka trafia na podatny grunt, jak to zwykle się dzieje w oblężonej twierdzy. Co więcej, retoryka ta, przysparzając Iranowi wrogów w krajach Zachodu, jest jak się okazuje elementem skutecznej polityki zagranicznej wobec krajów neokolonialnie eksploatowanych przez światowego hegemona, jakim niewątpliwie są Stany Zjednoczone.
W kwietniu 2009 roku ONZ zorganizowała w Genewie konferencję na temat rasizmu. Prezydent Ahmadineżad wygłosił na niej przemówienie zawierające długą tyradę przeciw Izraelowi, postrzegane przez Zachód, a nawet część Irańczyków jako wysoce zapalne. Dzień później przyjaciel mojego ojca, tak jak on - starzejący się dyplomata, wychodził ze swojego mieszkania w Paryżu. Kiedy wszedł do windy, jego długoletni sąsiad ukłonił mu się i przywitał. „Gratulacje!" - powiedział. „A to z jakiego powodu?" - dociekał przyjaciel ojca. „Votre president! - odparł sąsiad. - Iran jest jedynym krajem, który nie boi się rzucić wyzwania Ameryce i Izraelowi, jedynym państwem na świecie, które wstawia się za Palestyńczykami!

Kilka miesięcy później pewien irański ambasador obecnego rządu powiedział mi, że po rozpoczęciu powyborczych zamieszek w Iranie inny ambasador jednego z islamskich krajów pogratulował mu. Irańczyk zastanawiał się, czego tu gratulować w samym środku brutalnych walk ulicznych, kiedy telewizja dzień i noc pokazuje negatywny obraz jego kraju. Arabski ambasador odpowiedział na to: „To, co się dzieje w pańskim kraju, w moim nigdy nie mogłoby się wydarzyć". Miał na myśli to, że w jego państwie, podobnie jak w wielu innych muzułmańskich krajach, zwłaszcza arabskich, opozycja polityczna w ogóle nie może istnieć, nie wspominając już o protestowaniu na ulicy. Trudno sobie wyobrazić, że ktokolwiek może zazdrościć Iranowi ustroju politycznego, ale tak to już jest, że kiedy o nim mowa, człowieka często spotykają zaskoczenia. (s. 109)
Autor pisał swoją książkę przed arabską wiosną ludów, ale jestem przekonany, że jego ocena odbiegałaby znacznie zarówno od entuzjastycznych jak i od tych katastroficznych opinii, które możemy przeczytać u naszych rodzimych „znawców tematu”. Natomiast w kontekście kontrowersyjnych wystąpień swojego prezydenta wspomina także o alternatywnych spiskowych teoriach, jakie krążą wśród Irańczyków:
Pewni rozsądni i wpływowi Irańczycy szeptali mi także na boku, że są coraz bardziej przekonani, iż musi on być uśpionym izraelskim agentem, być może Mossadu, zrekrutowanym dawno temu i uaktywnionym przed objęciem prezydenckiego fotela. Czemu? Pomijając oczywiste korzyści, jakie przyniosły Izraelowi niemal wszystkie jego niepotrzebne wypowiedzi, począwszy od kwestii Holokaustu, na wojnach kartograficznych kończąc, jego przemówienie w ONZ było prezentem dla izraelskiego piaru. Przed konferencją Izrael był ostro krytykowany za obleganie Gazy nawet przez jego zachodnich sojuszników (oraz z całą pewnością media), Ahmadineżad zaś jednym posunięciem usunął tę kwestię z bliskowschodniego dyskursu, przynajmniej na jakiś czas, dokonując w ten sposób czegoś, co nie udało się izraelskiej propagandzie. W Tel Awiwie i Jerozolimie, jak uważają niektórzy Irańczycy, dało się na pewno słyszeć zbiorowe westchnienie ulgi. (s. 158)
Ambiwalencję i paradoksy irańskiej sytuacji wzmacniają stosowane przez zachodnią cywilizację podwójne standardy i połączony z nieustannym pouczaniem o zasadach brak szacunku dla innych kultur i cywilizacji. Nominalnie walczymy z nietolerancją, dbamy o prawa mniejszości, ale w kontaktach z innymi krajami cała europejska cywilizacja nie jest w stanie zrzucić starego plemiennego gorsetu przekonań o tym, że godnymi szacunku ludźmi są jedynie przedstawiciele własnego plemienia. Cała reszta nie różni się wiele od zwierząt. Przecież nie tylko Irańczycy uważają, że negocjacje to
sprawa obustronnej zgody partnerów i wymagają okazania przynajmniej odrobiny szacunku wobec adwersarza („szacunek" to słowo, w którym Irańczycy lubują się niepomiernie). Natomiast kiedy Obama powiedział na konferencji prasowej, że „konstruowanie broni atomowej przez Iran jest nie-dopuszczalne", był to komunikat całkiem jednoznaczny, ale dla niektórych Irańczyków obraźliwy na dwóch poziomach: po pierwsze, zakładał, że Irańczycy kłamią na temat swojego programu nuklearnego, a Najwyższy Przywódca, który wydał fatwę przeciwko tworzeniu i stosowaniu broni atomowej, jest najwyższym kłamcą; po drugie zaś, płynął z niego wniosek, że Stany Zjednoczone mają moralną przewagę i mogą decydować za resztę świata, co jest „dopuszczalne" lub „niedopuszczalne". (To, że posiadanie broni atomowej przez Izrael jest w oczach Ameryki „dopuszczalne", powoduje jeszcze większą irytację, i to nie tylko wśród Irańczyków). (s. 244)
Czy naprawdę oczekiwanie szacunku i sprzeciw wobec dyskryminacji jest bezsensownym wymachiwaniem szabelką? Dlaczego powinniśmy jako cywilizowani Europejczycy szanować prawa mniejszości seksualnych, ale oczekiwanie szacunku dla większości religijnej w danym kraju jest przejawem irracjonalnego szowinizmu, albo rasistowskiej ksenofobii? Czy ucywilizowanie Indianina musi oznaczać jego zgodę na zamknięcie w rezerwacie połączoną z wyrzeczeniem się własnej kultury? A może jednak kultywując eurocentryczną arogancję charakterystyczną dla wielkich mocarstw i wieków minionych zaprzeczamy naszej własnej europejskiej tradycji i podstawom naszej kultury?

Nieliczne historyczne i teraźniejsze wyjątki nie powinny usypiać naszej czujności, a raczej wzbudzać nadzieję, że jednak możliwa jest postawa odpowiadająca deklarowanym w naszej cywilizacji wartościom. W czasie gdy na początku XX wieku Polska zbliżała się do odzyskania niepodległości
William Morgan Shuster, był urzędnikiem, prawnikiem i specjalistą finansowym wynajętym przez irański rząd za radą amerykańskiego prezydenta Williama Howarda Tafta - znów wbrew woli mocarstw - by pełnić funkcję głównego zarządcy finansowego Persji bezpośrednio po udanej rewolucji konstytucyjnej, w czasie gdy kraj nie tylko był sparaliżowany, ale dosłownie zbankrutował przez kadżarskie zadłużenie u Brytyjczyków i Rosjan. Stany Zjednoczone, już w tamtych czasach potężne w oczach większości świata, nie były zainteresowane kolonizowaniem ani eksploatowaniem słabszych państw, a przynajmniej nie w taki sposób, jak robiły to potęgi europejskie przez dwa poprzednie stulecia. Shuster zdobył wielką popularność wśród irańskich nacjonalistów, którzy obserwowali jego poświęcenie na rzecz zbudowania niezależnego państwa, lecz jego praca trwała niecały rok. Wbrew woli Madżlesu, który go wynajął, został wygnany z Iranu przez Rosję sprzeciwiającą się wraz z Wielką Brytanią jego planom uczynienia Persji krajem finansowo niezależnym. Po powrocie do Stanów napisał książkę TheStranglingofPersia (Udusić Persję), w której potępia mieszanie się cudzoziemców w sprawy Iranu oraz w pełni popiera tamtejszą walkę o demokrację. Działo się to w 1912 roku. (s.118)

Zaś w styczniu 2009 roku sekretarz obrony Robert Gates, zeznając przed Komisją Sił Zbrojnych Senatu Stanów Zjednoczonych, powiedział: „Jestem zaniepokojony natężeniem, co tu kryć, wywrotowej działalności Irańczyków w wielu punktach Ameryki Łacińskiej, zwłaszcza w jej południowej i środkowej części. Otwierają wiele biur i przykrywkowych interesów, przez które wpływają na to, co się dzieje w niektórych spośród tamtejszych krajów". Ten opis irańskiej aktywności w regionie, ni mniej, ni więcej, tylko „wywrotowej", zaskoczyłby większość Latynosów, gdyż owe „biura" i „przykrywkowe interesy", które otworzył Iran, to głównie ambasady, fabryki, banki i linie lotnicze oferujące bezpośrednie loty na Bliski Wschód bez międzylądowań w Stanach lub Europie, czyli przedsięwzięcia, które standardowo podejmują Stany Zjednoczone wszędzie tam, gdzie tylko widzą rynek dla eksportu, importu i produkcji. (s.211)
Czytając książkę Majd’a można wiele zrozumieć, jeśli chodzi o położenie Iranu w kontekście międzynarodowej polityki. Ideologiczne spory, pozorne paradoksy, skomplikowane gry interesów – to wszystko występuje w każdym miejscu globu. Bez próby wczucia się w drugą stronę jakiekolwiek porozumienie jest niemożliwe. Konflikty i fiasko negocjacji w większości przypadków wynikają z braku chęci do takich prób. Lekceważenie drugiej strony likwiduje partnerstwo, a bez partnerstwa nie ma porozumienia. Podległość i uzależnienie zawsze rodzi frustrację, która odradza konflikty. Dlatego zawsze warto poznać inny punkt widzenia. Tym bardziej, że czytając książkę Majd’a można wiele zrozumieć, także jeśli chodzi o sytuację naszego kraju, w bardzo szerokim kontekście zarówno krajowej jak i zagranicznej polityki.



Hooman Majd, Demokracja ajatollahów, Karakter 2011

poniedziałek, 19 marca 2012

PiS powinien poprzeć wniosek o Trybunał Stanu

W dzisiejszym Salonie Politycznym Trójki Ryszard Kalisz stwierdził, że postawienie Kaczyńskiego i Ziobry przed Trybunałem Stanu jest przede wszystkim kwestią ustanawiania standardów przestrzegania procedur, które nagminnie są przez najwyższych urzędników lekceważone. Dodał także, iż najlepszym przykładem do czego może doprowadzić lekceważenie procedur jest katastrofa smoleńska.

Krótko po odgrzaniu tego starego pomysłu, ze zdumieniem czytałem opinie, że stawiania przed Trybunałem Stanu polityków w kilka lat po utracie przez nich władzy to są standardy białoruskie. Skazanie opozycjonisty pomimo braku dowodów – to są standardy białoruskie. Zamykanie niewygodnych dziennikarzy – to są standardy białoruskie. Zamykanie i pobicie lidera kibiców – to są standardy białoruskie. Ale stawianie byłego rządzącego polityka przed Trybunałem Stanu???

Jak rozwiać krążące wątpliwości co do metod rządzenia inaczej niż przed Trybunałem Stanu? Kto miałby postawić byłego polityka, jak nie była opozycja, która doszła do władzy? Czy naprawdę ktokolwiek liczy na to, że Donald Tusk postawi siebie samego przed Trybunałem wobec licznych wątpliwości? To są normalne standardy cywilizowanego świata, że nikt nie jest poza prawem i każdy może być osądzony. Nie ma taryfy ulgowej.

Dlatego PiS powinien pójść za sugestią Jarosława Kaczyńskiego i doprowadzić do procesu przed Trybunałem Stanu. W momencie oczyszczenia z zarzutów byłego premiera i byłego ministra sprawiedliwości (co przecież nastąpiło już w wielu sprawach przed sądami niższej instancji) zostaną w końcu ucięte niekończące się spekulacje. Lecz najważniejszą konsekwencją będzie to, że cztery postulaty spod namiotu Solidarnych 2010 przestaną w końcu wyglądać absurdalnie! Ta sytuacja otworzy w głowach społeczeństwa furtkę dla zrobienia tego, co powinno być zrobione już dawno: dla postawienia szeregu najwyższych funkcjonariuszy państwa przed Trybunałem Stanu za niedopełnienie obowiązków zarówno przed jak i po katastrofie smoleńskiej.

Być może rację mają ci, którzy w tej inicjatywie widzą wielopiętrową intrygę wewnątrz PO. Dopuszczam jednak też taką myśl, że interesy platformerskich intrygantów, eseldowskich politykierów i niepodległościowych patriotów zbiegają się tutaj i działają przeciwko interesom aktualnie rządzącej sitwy. Dlatego zapewne nie dojdzie w aktualnym Sejmie do głosowania o postawienie polityków PiS przed Trybunałem Stanu i pozostanie ten temat jedynie kolejną zasłoną dymną dla wprowadzania niepopularnych przepisów i spraw świadczących o fizycznym rozpadzie państwowej infrastruktury. Dlatego w komentarzach publicystów i w blogosferze będziemy jeszcze długo i niezmiennie jałowo rozprawiać o metodach oddzielających Kościół od Państwa.

piątek, 17 lutego 2012

Ochrona przed rozpowszechnianiem wiedzy

Wspominałem już, że w całej sprawie ACTA najsmutniejszy nie jest sam skandaliczny akt prawny, czy sposób jego uchwalania, ale całe podejście do kwestii praw autorskich. Prawa te, stworzone w celu ochrony autorów, są obecnie wykorzystywane do bardzo wielu różnych rzeczy, pośród których ochrona autora wydaje się być na ostatnim miejscu. Warto przy tym przypomnieć, że prawa autorskie składają się z dwu elementów: zbywalnych praw majątkowych oraz niezbywalnych praw autorskich. W powszechnej świadomości jedno i drugie zlewa się i miesza, tworząc setki nieporozumień, które otwierają drogę do manipulacji podmiotom zainteresowanym nie tyle samym dziełem, ile jego otoczeniem – finansowym czy ideologicznym.

Takie akty prawne jak ACTA, SOPA, czy PIPA i wiele następnych, które w ogóle nie powinny być pomyślane nawet, są dziś rozważane i negocjowane dlatego, że ograniczająca funkcja praw autorskich, wprowadzana w przeszłości metodą małych kroczków, odniosła wielki sukces, przejawiający się traktowaniem chorych ograniczeń jako całkowicie naturalnych, zrozumiałych i akceptowalnych dla znakomitej większości uczestników naszej cywilizacji. Tak jak w przeszłości całkowicie naturalne było dobre sprawowanie niewolnika, który w ten sposób próbował zapracować na swoją wolność i dobre traktowanie, tak dzisiaj jako zupełnie oczywiste traktujemy kajdany, które są założone na kulturę i są systematycznie pogrubiane, zaledwie od kilkudziesięciu lat.

Natknąłem się ostatnio na przypadek świetnie pasujący jako ilustracja powyższych dość ogólnikowych tez. Na początku trzeba zastrzec, że nie dotykamy w najmniejszym stopniu majątkowych praw autorskich, jako że oba podmioty, między którymi pojawił się pewien spór działają społecznie, non-profit i pro publico bono. Wydawać by się mogło, że autorom publikowanych na obu internetowych witrynach treści, zależeć będzie na jak najszerszym rozpowszechnianiu prezentowanych idei i pomysłów nie tylko pośród odbiorców swojego zamkniętego kręgu odbiorców.

Autorom może i na tym zależy. Gorzej z właścicielami, którzy zatrudniają „tropicieli” naruszeń prawa autorskiego udowadniających, że kompletnie nie rozumieją na czym polega ochrona autorów. Spróbuję pokazać to na konkretnym przykładzie, który naprawdę miał miejsce w internetowej rzeczywistości. Jednak w celu uniknięcia niepotrzebnych personalnych przepychanek nie będę posługiwał się linkami i nazwiskami.

Na pewnym portalu o lewicującym charakterze został opublikowany tekst opisujący dzieje mało znanego polskiego przedsiębiorcy społecznego, któremu bardziej niż na zyskach zależało na rozwoju regionu w którym mieszkał. Tekst został zauważony przez właściciela innego portalu, o charakterze niepodległościowym, który zbiera różne informacje o godnych popularyzacji zjawiskach związanych z Polską. Został zatem dodany do działu Historia jako opowieść o wybitnym Polaku. Redakcja dopisała cytaty z pism przedsiębiorcy i kilka faktów z jego życia. W niczym na pewno nie zaszkodziła autorowi. Pojawił się jednak pewien problem.

Portal lewicujący na swojej stronie informuje bardzo wyraźnie, iż jakikolwiek przedruk lub nawet części publikowanych materiałów wymaga wcześniejszej zgody. Jeśli taka zgoda zostanie wydana, to wykorzystanie obwarowane jest dodatkowymi warunkami:
- brak komercyjnego charakteru wykorzystania.
- brak jakiejkolwiek redakcji, skrótu czy zmiany bez zgody redakcji
- opisanie fragmentu nazwiskiem autora i linkiem do portalu źródłowego.

Zaznaczone jest także wyraźnie, że jakakolwiek publikacja nawet fragmentu materiałów jest złamaniem obowiązującego prawa.

Zasady te, na pierwszy rzut oka, wydają się być sprzeczne z polskim prawem autorskim, w którym prawo cytatu zostało opisane w artykule 29 ust. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Zgodnie z nim „Wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość urywki rozpowszechnionych utworów lub drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym wyjaśnieniem, analizą krytyczną, nauczaniem, prawami gatunku twórczości.” (Szersze omówienie kategorii cytatu opracowane jest tutaj, albo choćby w wikipedii.) Zatem witryna internetowa o społecznym charakterze zawartym w swojej nazwie, zamieszcza zapisy o prawnym charakterze, które jako sprzeczne z polskim prawem nie są wiążące. Nie przeszkadza to jednak autorom tych zapisów grozić sądem (czymże innym bowiem jest przypomnienie o łamaniu polskiego prawa?) każdemu, kto się nie dostosuje do tych nieważnych zapisów. Skrócenie bowiem (czymże innym jest cytat?) artykułu, czy wykorzystanie jego fragmentu (czy to nie jest cytat?) w celu wklejenia fragmentu do własnego tekstu jest zabronione bez zezwolenia właścicieli portalu.

To jednak jest tylko dygresja. Nie chcę wchodzić w skomplikowane rozważania natury prawnej, dotyczącej rozmiarów cytatu, definicji dzieła zależnego i tym podobnych niedookreślonych prawem rzeczy, bo przecież nie chodzi o to, by ustalić od ilu słów kończy się cytat a zaczyna dzieło zależne, czy od ilu słów artykuł przestaje być „drobnym utworem”, o którym wspomina ustawa. Sprowadzanie kwestii praw autorskich do tego rodzaju absurdów mogłoby być rozrywką dla prawników, ale jest zdecydowanie stratą czasu dla normalnych, zdrowo myślących ludzi. Zatem zostawmy te granice i wróćmy do naszego przykładu.

Właściciel portalu lewicującego, gdy tylko zorientował się, że jeden z artykułów zamieszczony jest bez jego wiedzy na portalu niepodległościowym zwrócił uwagę, że zostały naruszone prawa autorskie. Faktycznie, umieszczenie całego artykułu (nawet jeśli zostało podane nazwisko autora oraz link do źródła) i poszerzenie go, jeśli nastąpiło bez niczyjej zgody jest naruszeniem prawa autorskiego. Można by się oczywiście spierać czy jest to utwór drobny, który można zacytować w całości, czy też nie, ale ponieważ nie było dodatkowego komentarza, niewątpliwe nie był to cytat. Po krótkiej wymianie zdań właściciel portalu niepodległościowego napisał od nowa sporny tekst, w którym wykorzystał cytaty z oryginalnego, oczywiście z podaniem źródła.

I tu dochodzimy do istoty absurdu, na który chcę zwrócić uwagę. Właściciel portalu lewicującego (czy też osoba odpowiedzialna za ściganie naruszeń praw autorskich) argumentuje bowiem swoją gorliwość w ściganiu tego typu przypadków obroną przed nadużyciami, gdy ktoś tak dobiera cytat, by zmanipulować oryginalny tekst.

Kiedy natomiast najłatwiej dokonać, nawet niezamierzonej, manipulacji? Ano wtedy, gdy wyrywamy z kontekstu jakiś fragment i wstawiamy go w inny. Faktycznie, warto uzgodnić wykorzystanie fragmentu z autorem. Sam często zżymałem się na różne redakcje, które drukując fragment, całkowicie wypaczały sens tekstu. Często wolałbym, aby nie drukowano jakiegoś tekstu czy listu wcale, od drukowania wybranego przez redakcję wcale nie najistotniejszego fragmentu, który traktował o pobocznej czy nawet zupełnie innej sprawie niż intencje autora. Jak najlepiej chronić integralność myśli utworu? Czy nie przedrukowując całość jego wywodu? Zwłaszcza jak ta całość to zaledwie sześć krótkich akapitów?

Mawiają, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Nadmierna troska o prawa autorskie nie tyle chroni twórcę, ile stawia sztuczne bariery dla rozpowszechniania twórczej myśli. Uzależnianie przedruku jakiegoś internetowego tekstu – który nie ma żadnego komercyjnego charakteru, a jego celem jest jedynie popularyzacja społecznie istotnej wiedzy – od każdorazowej zgody właściciela praw autorskich, jest niczym innym, jak stawianiem zupełnie niepotrzebnych barier. To tak, jakby żądać, aby wycinanie artykułu z gazety i pokazanie go kolegom na podwórku także było uzależnione od zgody redakcji. To jakieś absurdalne nieporozumienie i kompletny brak zrozumienia dla kwestii krążenia kultury i form zabezpieczania interesów twórcy. To strzelanie z armaty do wróbla.

Sam autor tekstu, nigdy nie miał nic przeciwko przedrukom swoich tekstów, bo jak większości autorów, zależy mu na jak największej liczbie czytelników. Uważa też, że nie ma sensu zamykać się na odmiennych światopoglądowo odbiorców, bo zamyka się w ten sposób dialog i krążenie kultury. Doskonale rozumie to również właściciel niepodległościowego portalu, dla którego światopogląd autora nie ma znaczenia, jeśli tekst popularyzuje godną naśladowania społeczną i patriotyczną postawę XIX-wiecznego przedsiębiorcy. Najwyraźniej jednak osoba, której powierzono kwestię ochrony praw autorskich tekstów zamieszczanych na portalu lewicującym nie do końca rozumie cele i ideę swojej funkcji, która ma śledzić nadużycia i manipulacje, a nie przeciwdziałać jakiemukolwiek nieautoryzowanemu użyciu tekstów, które w zamyśle autorów powinny dotrzeć do jak największej liczby odbiorców. Być może w naszych nadmiernie skomercjalizowanych czasach społeczne idee są trudne do przyswojenia nawet dla ich zdeklarowanych zwolenników.

Polecam też książkę L. Lessiga o Wolnej Kulturze i prawach autorskich.

niedziela, 5 lutego 2012

Pierre Bourdieu - O telewizji. Panowanie dziennikarstwa

W maju 1996 roku francuska telewizja wyemitowała dwa wykłady Pierre’a Bourdieu na temat telewizji i dziennikarstwa w ogóle. Wydawnictwo Naukowe PWN wydało te wykłady w formie cienkiej książeczki, której lektura pozwala nabrać dystansu do jakości naszego dziennikarstwa, uświadamiając, że jego problemem jest nie tylko nazbyt silne historyczno-agenturalne uwikłanie, ale że problem dotyczy strukturalnej zależności od wewnętrznych kryteriów całego dziennikarskiego pola. Kłopoty mediów z rzetelnością i brak możliwości intelektualnej dysputy są przypadłością występującą na całym świecie i wynikają z innych czynników, niż się powszechnie przyjmuje.

Próżno szukać dyskusji wywołanych wykładem francuskiego socjologa, co zresztą nie powinno dziwić. Sami dziennikarze nie są zainteresowani analizami własnego pola, co nie dziwi, ale jak się okazuje również w polu naukowym publikacja nie wywołała większego rezonansu. A warto do tekstu zajrzeć, bo jest napisany (czy też raczej opowiedziany) dość przystępnym językiem i zawiera jednocześnie dość mocno skondensowaną treść. Pozwoliłem sobie dokonać osobistego wyboru kilku fragmentów, przede wszystkim dla zachęty do lektury całości.

Wstęp

Chciałbym postawić, tu w telewizji, kilka pytań dotyczących telewizji. To zamiar dość paradoksalny, ponieważ uważam, że generalnie rzecz biorąc, w telewizji nie da się powiedzieć niczego ważnego, a już zwłaszcza, gdy chce się mówić o samej telewizji. [Jednak] nie należy zgadzać się na alternatywę: wszystko albo nic. Trzeba występować w telewizji, ale pod pewnymi warunkami. […]

Kontrast [formy wykładu] z codzienną telewizją, będącą przedmiotem prezentowanej analizy, jest celowy. Moim zamiarem było opowiedzenie się w ten sposób za autonomią dyskursu analitycznego i krytycznego, nawet za cenę przesadnej drobiazgowości i ociężałości, dydaktyzmu i dogmatyzmu uniwersyteckiego wykładu. Ta forma wypowiedzi, stopniowo wykluczana z telewizyjnych ekranów pozostaje w rzeczywistości jedną z najbardziej niezawodnych form afirmacji wolności myślenia i oporu wobec manipulacji. […]

Telewizja […] zagraża różnym sferom produkcji kulturowej: sztuce, literaturze, nauce, filozofii czy prawu. […] Analiza socjologiczna często spotyka się z pewnym nieporozumieniem: osobom, które są przedmiotem badania (w tym przypadku dziennikarzom), zdarza się myśleć, że praca polegająca na nazywaniu i odsłanianiu pewnych mechanizmów jest skierowanym przeciw nim oskarżeniem, że jest tzw. atakiem personalnym, ad hominem (nawet jeśli socjolog powie lub napisze tylko jedną dziesiątą tego, co usłyszy od samych dziennikarzy, np. o spotkaniach promocyjnych lub o fabrykowaniu - tak, to właściwe słowo - programów, zostanie przez nich oskarżony o stronniczość i brak obiektywizmu). Ogólnie rzecz biorąc, ludzie nie lubią, gdy czyni się z nich przedmiot analizy, nie lubią być obiektywizowani, a dziennikarze jeszcze mniej niż cała reszta społeczeństwa. Czują się przyszpileni i namierzeni. Tymczasem im dalej badacz zagłębia się w analizę jakiegoś środowiska, tym bardziej jest skłonny zwalniać jednostki z odpowiedzialności (co nie oznacza, że usprawiedliwia wszystko, co się dzieje). Im lepiej wie, jak dane środowisko funkcjonuje, tym bardziej zdaje sobie sprawę, że ludzie, którzy do niego należą, są w równym stopniu manipulowani, co manipulują. Często manipulują tym lepiej, im sami są bardziej poddani manipulacji i bardziej nieświadomi jej istnienia. Podkreślam ten aspekt, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, że mimo wszystko moja wypowiedź zostanie odebrana jako krytyka. To reakcja obronna na analizę. […]

Sensacje

Wcześniej usuwane i pomijane z powodu troski o poważanie narzuconej przez wzorzec poważnej prasy, teraz dzięki panowaniu telemetrii zostały wyniesione na pierwsze strony gazet i na czołówki serwisów informacyjnych. Ale te faits divers [sensacje], dostarczając rozrywki, jednocześnie odwracają uwagę [W oryginale nieprzetłumaczalna gra słów: Mais les faits divers, ce sont les faits qui font diversion. Faire diversion oznacza jednocześnie „dostarczać rozrywki" i „odwracać uwagę"]. Podstawowy trik iluzjonisty polega na odwróceniu uwagi widza od tego, co naprawdę robi. […] Sensacje to właśnie ten rodzaj podstawowego produktu żywnościowego, rodzaj informacji, który jest bardzo ważny, ponieważ interesuje wszystkich, nie niosąc zarazem żadnych konsekwencji. Sensacje zabierają czas, który mógłby być wykorzystany, by powiedzieć coś innego. Otóż czas jest w telewizji dobrem niezwykle cennym. I jeśli wykorzystuje się te cenne minuty, by mówić rzeczy tak błahe, to znaczy, że owe błahe rzeczy są w istocie bardzo ważne, gdyż ukrywają rzeczy cenne. […]

Używając zwyczajnych słów, nie zrobimy wrażenia ani na „burżuazji", ani na „ludzie". Potrzeba słów nadzwyczajnych. W rzeczywistości, co może wydawać się paradoksalne, świat obrazu zdominowany jest przez słowa. Zdjęcie nic nie znaczy bez legendy wyjaśniającej, co przedstawia - legendum. Oznacza to w praktyce tyle, że legendy wyjaśniają wszystko. Nazwać to, jak mawiają, pokazać, stworzyć, powołać do istnienia. A słowa mogą czynić prawdziwe spustoszenie: islam, islamski czy islamistyczny (islam, islamique, islamiste) - chusta jest islamska czy islamistyczna? Czy chodzi po prostu o chustę i nic więcej? Zdarza się, że mam ochotę cytować każde słowo prezenterów, którzy często mówią ot tak sobie, nie zdając sobie sprawy z trudności i wagi tematów, które poruszają, oraz z odpowiedzialności, jaka na nich ciąży, gdy mówią do tysięcy widzów, i gdy nie rozumieją tego wszystkiego, a nawet nie wiedzą, że nie rozumieją. Przecież te słowa mają swoje rzeczywiste skutki [ces mots font des choses], tworzą fanta­zmaty, lęki fobie, czy po prostu fałszywe wyobrażenia. Więk­szość dziennikarzy interesuje to, co wyjątkowe - coś, co jest dla nich wyjątkowe. Rzecz dla innych banalna może być dla nich czymś nadzwyczajnym, albo na odwrót. Interesuje ich to, co wy­jątkowe, niezwyczajne, co zrywa z codziennością - dzienniki muszą dawać codziennie coś nie-codziennego [l'extra-quottdien]. Nie jest to łatwe... Dlatego tak wiele uwagi poświęcają tej nad­zwyczajnej zwyczajności, czyli wydarzeniom takim jak pożary, powodzie, morderstwa, faits divers. Ale nie-zwyczajne [l'extra-ordinaire] jest również (i przede wszystkim) to, co nadzwyczaj­ne w zestawieniu z innymi gazetami - to, co jest odmienne od zwyczajności i odmienne od tego, co inne gazety mówią o zwy­czajności, lub mówią zazwyczaj. Ten uciążliwy wymóg zmusza gazety do ciągłego poszukiwania sensacyjnego materiału [scoop]. Żeby być pierwszym, który coś dostrzeże i pokaże, trzeba być gotowym prawie na wszystko. Kiedy każdy patrzy na drugiego, by ubiec resztę, zrobić to przed innymi lub inaczej niż inni, koń­czy się to robieniem przez wszystkich tego samego. W tym wypadku poszukiwanie wyjątkowości - które gdzie indziej, w innych polach, rodzi oryginalność i odrębność - prowadzi do uniformizacji i banalizacji. […]

Presja czasu

To stary topos dyskursu filozoficznego: zarysowana już przez Platona opozycja między filozofem, który ma czas, a ludźmi na agorze, w miejscu publicznym, którzy są poddani presji czasu. Nieco dalej Platon mówi, że w pośpiechu nie daje się myśleć. […] Jednym z ważniejszych problemów, które stawia przed nami telewizja, jest właśnie pytanie o relacje między myśleniem a czasem. Czy można myśleć w biegu? Czy telewizja oddając głos myślicielom, od których wymaga się, by myśleli w pełnym biegu, nie skazuje się na zapraszanie wyłącznie fast-thinkers, myślicieli, którzy myślą szybciej niż ich własne cienie...?

Trzeba wreszcie zadać sobie pytanie, co sprawia, że są oni zdolni sprostać tym szczególnym warunkom? Jak udaje im się myśleć w warunkach, w których nikt już nie myśli? Odpowiedź, która mi się nasuwa, jest taka, że myślą „komunałami". Komunały, o których mówi Flaubert, to idee przyjęte przez wszystkich, banalne, konwencjonalne, wspólne; kiedy się na nie natykacie, są już wam znane, co oznacza, że nie pojawia się problem ich odbioru. […]

Telewizja uprzywilejowuje fast-thinkers proponujących kultu­rowy fast-food - już przetrawiony i prze-myślany kulturowy pokarm. Dziennikarze (co jest również wyrazem poddania się presji czasu) dysponują stałą listą obowiązkowych rozmówców (pan M lub pani X o Rosji; pan Y o Niemczech). Zwalnia to ich z konieczności poszukiwania osób mających naprawdę coś do po­wiedzenia, często młodych, jeszcze nieznanych, angażujących się w swoje badania, niezbyt skłonnych do występowania w me­diach. Takich trzeba byłoby poszukać, podczas gdy pod ręką są medialni bywalcy, zawsze dyspozycyjni i gotowi spłodzić arty­kuł lub udzielić wywiadu. Jest też prawdą, że aby być zdolnym do „myślenia" w warunkach, w których nikt już nie myśli, trzeba być myślicielem szczególnego rodzaju. […]

Fałszywa prawda

Widzowie doskonale zdają sobie sprawę, że prowadzący ingeruje w program, narzucając pewne ograniczenia. To on narzuca temat, problematykę (często tak absurdalną jak w debacie zatytułowanej „Czy elity trzeba spalić na stosie?", gdzie każda odpowiedź jest równie bezsensowna), on wymusza uznanie reguł gry. Reguły te są płynne: inne dla o związkowca, a inne dla pana Peyreffite z Akademii Francuskiej. Prowadzący decyduje, kto mówi, wskazuje, kto jest kimś ważnym. Niektórzy socjologowie starali się odsłonić niewerbalną zawartość komunikacji werbalnej: równie wiele, co za pomocą mowy, mówimy przez spojrzenia, uśmiechy, gesty, mimikę, ruch oczu, również przez intonację, przez wszystko. Przesyłamy dużo więcej komunikatów niż jesteśmy w stanie kontrolować (musi to niepokoić Narcyzów ciągle spoglądających w lustro). Istnieje wiele poziomów ekspresji, nawet w samej mowie - jeśli kontrolujemy głos (poziom fonologiczny), to nie kontrolujemy składni (poziom syntaktyczny). Nikt, nawet osoba świetnie panująca nad sobą, nie jest w stanie kontrolować wszystkiego, chyba, że odgrywa jakąś rolę lub jest sztywna jak kołek. Prowadzący często ingeruje w program nieświadomie - przez formę zadawania pytań, ton głosu. Do jednych zwraca się szorstko: „Nie odpowiedział mi pan na moje pytanie"; do innych zachęcająco: „Czekam na pańską odpowiedź. Czy zamierza pan kontynuować strajk?" Inny wiele mówiący przykład to słowo „dziękuję" wypowiadane na wiele różnych sposobów. „Dziękuję" może znaczyć: „Dziękuję panu, bardzo jestem wdzięczny, z przyjemnością goszczę pana w studiu i słucham pańskich opinii". Ale można też powiedzieć „dziękuję" w sposób, który przypomina odprawę: „Dziękuję. Pana czas się skończył. Kto następny?" Wszystko to zaznacza się w sposób bardzo subtelny, w mikroskopijnych niuansach tonu. Do rozmówcy dociera i ta powierzchniowa, i ta ukryta semantyka, co może sprawić, że straci on grunt pod nogami. […]

Prowadzący robi z siebie rzecznika publiczności: „Przerywam panu, bo nie rozumiem, co pan chciał przez to powiedzieć". Nie daje do zrozumienia, że sam jest idiotą, tylko sugeruje, że nie zrozumie tego typowy widz, który z definicji jest idiotą. Przerywając inteligentny wywód, robi to rzekomo w imieniu imbecyli. Tymczasem, jak zdążyłem się przekonać, ludzie, w imieniu których odgrywa on rolę cenzora, akurat najbardziej ze wszystkich irytują się tymi cięciami. […]

Jest jeszcze ostatnia z niewidocznych rzeczy - nieświadomość prowadzących. Zdarza mi się bardzo często, nawet w rozmowie z pozytywnie nastawionymi do mnie dziennikarzami, że jestem zmuszony rozpoczynać swoją odpowiedź od podważenia sensowności postawionego mi pytania. Dziennikarze, ze swoimi okularami, ze swoimi kategoriami myślenia, zadają pytania, które są pozbawione sensu. Gdy rozmawia się z nimi na przykład o problemie przedmieść, widać, że mają w głowach wszystkie te urojenia, o których wcześniej mówiłem. Zamiast udzielić im odpowiedzi, jestem zmuszony oznajmić grzecznie: „Pańskie pytanie jest bez wątpienia interesujące, ale wydaje mi się, że bardziej istotne w tej sprawie jest...". Jeśli nie jesteśmy na to przygotowani, odpowiadamy na pytania, które w ogóle nie powinny zostać zadane. […]

Opór przed homogenizacją

Wraz z pojawieniem się telewizji w latach sześćdziesiątych XX wieku, pewna część „socjologów" (w mocnym cudzysłowie) pospieszyła z twierdzeniem, że jako „środek komunikacji masowej" stanie się ona narzędziem „umasowienia". Telewizja miała stopniowo niwelować różnice, homogenizować wszystkich telewidzów. Okazało się, że nie doceniono ich siły oporu. Przede wszystkim jednak nie doceniono specyficznej zdolności, jaką ma telewizja - zdolności zmieniania nie tylko ludzi, którzy ją tworzą (jej producentów), ale także reszty dziennikarzy i wszystkich twórców kultury. […]

W tym mikrokosmosie, jakim jest świat dziennikarski, występują również bardzo silne napięcia między dziennikarzami, którzy chcieliby bronić takich wartości, jak autonomia i wolność od komercji, zamówień, szefów, a tymi, którzy poddają się wymogom i są za to nagradzani. Te napięcia nie znajdują swojego wyrazu, przynajmniej nie na ekranie, z powodu niezbyt sprzyjających okoliczności. Myślę na przykład o opozycji między zarabiającymi krocie gwiazdami a wyrobnikami przygotowującymi informacje i reportaże. Gwiazdy są szczególnie widoczne i szczególnie nagradzane, ale również szczególnie podporządkowane. Wyrobnicy natomiast pozostają w ukryciu (za kamerami, za mikrofonami) i stają się coraz bardziej krytyczni, ponieważ logika rynku pracy sprawia, że coraz lepiej wykształcone osoby (w porównaniu choćby z latami sześćdziesiątymi ta różnica wykształcenia jest kolosalna) są zatrudniane do wykonywania coraz bardziej błahych zadań. Inaczej mówiąc, rośnie napięcie między wymaganiami stawianymi przez zawód a aspiracjami kształtowanymi w szkołach dziennikarskich, na uniwersytetach (chociaż są też absolwenci łasi na pieniądze i zaszczyty, którzy przewidująco zaadaptowali się do całej sytuacji...). Jakiś dziennikarz powiedział niedawno, że kryzys wieku średniego (w wieku 40 lat odkrywamy, że nasz zawód nie ma nic wspólnego z tym, co o nim myśleliśmy) teraz przychodzi już po trzydziestce. Ludzie coraz wcześniej odkrywają straszne wymogi związane z tym fachem, a w szczególności wszystkie ograniczenia wynikające z kryterium oglądalności. Dziennikarstwo jest jednym z tych zawodów, w których znajdujemy najwięcej ludzi niespokojnych, niezadowolonych, zbuntowanych lub cynicznie zrezygnowanych. To zawód, w którym powszechne są (oczywiście zwłaszcza po stronie zdominowanych) przejawy gniewu, obrzydzenia lub zniechęcenia do pracy, o której nadal utrzymuje się, że jest „inna niż pozostałe", i walczy o to, by taka pozostała. Jednak daleko jeszcze do sytuacji, w której niechęć i brak akceptacji mogłyby przybrać formę prawdziwego oporu, indywidualnego czy tym bardziej zbiorowego. […]

Podsumowanie

Świat dziennikarski sam w sobie stanowi pole, ale jest to pole, które nieustannie, poprzez wskaźnik oglądalności, poddawane jest naciskom ze strony pola ekonomicznego. To bardzo heteronomiczne i silnie podporządkowane naciskom komercyjnym pole, jako struktura, samo wywiera nacisk na wszystkie inne pola. Ten strukturalny, obiektywny, anonimowy i niewidzialny wpływ nie ma nic wspólnego z tym, co dostrzec można bezpośrednio, z tym, o czym mówi się zazwyczaj, to znaczy z ingerencją jakiejś jednostki. […] Nie można więc zadowalać się krytyką jakiegoś dziennikarza, jakiegoś filozofa lub jakiegoś filozofa-dziennikarza... Każdy ma swojego kozła ofiarnego. […] Trzeba dostrzec, że jest on jedynie swego rodzaju epifenomenem struktury, jest, jak elektron, przejawem pola. Nie zrozumiemy nic, jeśli nie zrozumiemy pola, które go stwarza i które daje mu jego małą siłę.

Pierre Bourdieu, O telewizji. Panowanie dziennikarstwa, PWN, Warszawa 2011

Zobacz także:
Tekst Dariusza Żukowskiego
Tekst Pawła Miecha

Osoby znające francuski mogą obejrzeć nagranie wykładu tutaj: