wtorek, 21 sierpnia 2012

Mackiewicz - "Zwycięstwo prowokacji"

Jak wiadomo historię piszą zwycięzcy, zatem rzadko analizowane są ich zbrodnie popełnione na drodze do tegoż zwycięstwa. Brak analizy skutkuje gmachem stereotypów zbudowanych odpowiednio skonstruowaną propagandą, który to gmach porządkuje świat i pozwala szybko i bezboleśnie rozstrzygnąć co jest dobre, a co złe, jak oceniać bieżące wydarzenia. Rolą intelektualistów jest poddawać w wątpliwość filary tego gmachu, poprzez próby reinterpretacji potwierdzić moc fundamentów, albo rozpoznać przestrzenie wymagające architektonicznej korekty. Czasem próby obciążeniowe przekraczają granice weryfikacji zamieniając się w dekonstrukcję gmachu, który wcale niełatwo odbudować. Podniesienie idei dekonstrukcji do poziomu cnoty głównej nie powinno jednak wywoływać w intelektualistach obronnego odruchu negacji jakichkolwiek rozważań poddających w wątpliwość istniejące systemy wartości. Unifikacja aksjologiczna jest przeciwnym biegunem totalnego dekonstruktywizmu i nie ma nic wspólnego z wolną myślą wolnych ludzi.

Dlatego z dużą satysfakcją przeczytałem tekst Krzysztofa Kłopotowskiego, który stosując - zachwalaną przez wielkiego politycznego analityka Józefa Mackiewicza - metodę porównawczą, przykłada tę samą humanitarną linijkę do postaw osób stojących na przeciwległych biegunach swojej epoki: Churchilla i Hitlera. Wśród czytelników wywołuje tym tekstem, co zrozumiałe, lawinę sprzeciwów, ale co również nie zaskakuje w dzisiejszym zunifikowanym post-bolszewickim świecie, wśród innych publicystów nie wzbudza niemal żadnej reakcji.

Niejako zamiast polemiki chciałbym skorzystać z okazji, aby przytoczyć słowa Józefa Mackiewicza, dotyczące kwestii, która jest osią główną bolszewickiej propagandy nieustającej "walki o pokój". Niepotrzebność wojny z Hitlerem, o której wspomina Kłopotowski, jest o tyle słuszna, że dużo potrzebniejsza była (i być może jest) dla obrony światowej wolności wojna z bolszewizmem. Humanitarne aspekty wojny totalnej były (i są) elementem bolszewickiej propagandy, która maskuje ideologiczne dążenie do likwidacji jakiegokolwiek humanitaryzmu. (Zastrzegam, że imputowanie mi sugestii, że Pan Krzysztof Kłopotowski wpiera bolszewicką propagandę będzie przejawem klasycznej bolszewickiej prowokacji.) Warto, pamiętając o tym, że nalot bombowy na Drezno kosztował życie przynajmniej czterokrotnie większej liczby cywilów niż atomowa bomba w Hiroszimie, rozważyć, czy może cała długa II wojna światowa nie była efektem zaniechania zbrojnego oporu wtedy, gdy do rozgromienia niemieckiej machiny wojennej potrzeba było znacznie mniejszych sił. Warto to rozważyć zwłaszcza w kontekście rosyjskiej agresji na Gruzję w 2008 roku.

W imię troski o światowy pokój ZSRR przygotowywał się do ataku na zachodnią Europę przed 1941 rokiem. Pod hasłem walki o pokój przygotowane były plany ataku na zachodnią Europę w czasach Zimnej Wojny, który to atak ziemie pomiędzy Odrą a Bugiem miał zamienić w nuklearna pustynię. Także w imię obrony pokoju dzisiaj co chwilę można usłyszeć komunikaty o dozbrojeniu rosyjskiej armii...

Oddajmy głos Józefowi Mackiewiczowi z jego ważnej i ciągle przemilczanej książki "Zwycięstwo prowokacji":
"Nie dopuścić do przelewu krwi!" - Jest to hasło najbardziej rozpowszechnione w całym świecie, szczególnie podkreślane przez najwyższy autorytet moralny, jaki reprezentuje w tym świecie Głowa Kościoła Katolickiego. Nie dopuścić do przelewu krwi w walce z komunistami.

Mieszkam w Niemczech i trafiała mi do rąk drobna notatka gazetowa pewnej statystyki niemieckiej: w ciągu ubiegłego roku 1981 w wypadkach samochodowych zginęło na drogach NRF: 11.800 zabitych i 470.000 rannych (z których znaczny odsetek zmarł następnie w szpitalach lub został okaleczony na resztę życia). Nie miejsce tu na przytaczanie i analizę statystyk porównawczych. Tak jest w jednym, niezbyt dużym, kraju Europy. Wszelako wiemy, że statystyka analogiczna wykazuje - mniej lub więcej - ten sam procent we wszystkich krajach Europy. A w całym świecie? Cyfry te, zaokrąglone prowizorycznie, idą w miliony. W pomnożeniu na lat np. dziesięć, wyniosłyby... - Nierozsądnie, naturalnie, byłoby wymagać od papieża, czy innych instancji światowej moralności, by postępiały rozbudowę światowego ruchu samochodowego, lub zgoła domagały się zniesienia go. Można jednak sobie wyobrazić ten wielki krzyk, jaki by się podjął, gdyby tyle samo ludzi ginęło w walce z komunizmem. A przecież opanowanie kuli ziemskiej przez komunizm światowy wydaje się sprawą wielokrotnie ważniejszą niż rozwój ruchu samochodowego. Z tego zestawienia ludzie mogą się słusznie śmiać. Niemniej widzimy, że nie o sam przelew krwi chodzi, lecz o cele, w jakich się narozlewa.

Podobnie jest z potępieniem wojny. Każdej wojny, tak się mówi. Ale mówi się niesłusznie. Znany publicysta brytyjski, Philip Vander Est, opracował w r. 1979 obszerne dzieło obejmujące statystykę mordów komunistycznych. Według tego opracowania, począwszy od roku 1917, czyli od "Wielkiej październikowej", komuniści wymordowali 143 miliony ludzi... Tzn. wielokrotnie więcej niż w ciągu swego życia i wojen zdołał wymordować Hitler. (Zauważmy na marginesie: w Rosji carskiej od r. 1821 do r. 1906 stracono zaledwie 997 ludzi). Trudno sobie wszakże wyobrazić, aby papież i moralność opinii publicznej mogły ocenić dzisiaj wojnę przeciwko Hitlerowi jako "zbrodnię"... Oczywiście, że niepodobna sobie wyobrazić. Każdy zgodzi się z tym, że była to wojna słuszna, i bez tej wojny hitleryzm mógłby w dalszym ciągu szaleć na ziemi. Dlaczego jednak w takim razie wojna przeciwko komunizmowi ma być "zbrodnią"?... Mnie się zdaje, że każda wojna przeciwko zbrodniarzowi winna być uznana za słuszną i sprawiedliwą.

Wojen tak czy owak, nie wykreśli się z życia ludzkości. W ciągu ostatnich 300 lat mieliśmy tylko 60 lat bez wojen. Od roku 1945, czyli od końca ostatniej światówki, było ich na ziemi: czterdzieści...

Wymyślono super-straszak: wojna atomowa, która może zniszczyć naszą planetę. Po każdym nowym wynalazku, od nowego systemu łuków począwszy, poprzez artylerię, karabiny maszynowe, gazy trujące przepowiadano koniec ery wojen, jako zbyt niszczącej. Nic się nie sprawdziło. Hiroszima do teraz uchodzi za symbol odstraszający. Ale nie mówi się o tym, że bombardowanie Drezna przez bombowce alianckie w ostatniej wojnie, zwykłymi bombami lotniczymi, pociągnęło za sobą czterokrotnie więcej ofiar. Nie mówi się, bo nie wypada.

To, co wypada, a "nie wypada" mówić, jest wielkim hamulcem w naszym rozwoju intelektualnym, w ogóle. A już politycznym, w szczególe. (s.256-257)
Warto przypomnieć także, co w komunizmie było istotą systemu zniewolenia ludzkiego ducha. Dlaczego komunizm był i może jest tak niebezpieczny? Dlaczego jest groźny nie tyle dla poszczególnych narodów, ale dla całej indywidualistycznej kultury euroamerykańskiej. Inne autorytaryzmy i totalitaryzmy zniewalały ludzi fizycznie, wyraźnie rozgraniczając i definiując kto jest panem, a kto niewolnikiem. Istotą komunizmu jest uniwersalistyczna niewola ducha, wobec której tradycyjne metody kulturowej obrony nie działają. Mechanizm zniewolenia jest doprowadzony do takiej doskonałości, że często otwiera szereg furtek umożliwiających człowiekowi zaakceptować niewolę z poczuciem zachowania własnej osobowościowej i kulturowej autonomii.
Fenomen komunizmu. – O komunizmie napisano tysiące książek. Chciałbym tu wskazać na fenomen, moim zdaniem, najbardziej charakterystyczny. Jest nim odebranie ludzkim słowom ich pierwotnego znaczenia. Fenomen ten występuje pod rozmaitą postacią. Czasem chodzi tylko o zamącenie znaczenia słowa, czasem o nadanie mu wręcz odwrotnego sensu. To zdegradowanie mowy ludzkiej, a tym samym głównego instrumentu kultury ludzkiej, do rzeczy bez wartości, występuje w epoce po XX, a zwłaszcza po XXII, zjeździe partii i "destalinizacji", w sposób może jeszcze bardziej rażący niż w okresie Lenina – Stalina. Nigdy bowiem z taką wyrazistością nie stwierdzono dotychczas z trybuny partyjnej, że miliardy słów, wygłaszane w przeciągu dziesiątków lat w najwyższych areopagach politycznych, w literaturze, w teatrach, w szkołach, na wiecach etc. nie tylko nie mają żadnego pokrycia w rzeczywistości, ale zwalniają od odpowiedzialności wskutek masowego charakteru.

Zarówno w samym Związku Radzieckim, jak w jego filiach "ludowych", przy całkowitym zachowaniu ustroju, główni aktorzy pozostali z reguły na swych stanowiskach, mimo iż lata całe mówili i pisali rzeczy dzisiaj potępione. Byle dzisiaj mówili i pisali to, co jest nakazane. Zresztą w tych samych słowach i tym samym tonem. To administrowanie z góry sensem, a raczej bezsensem słów, przybrało rozmiary nie notowanej w dziejach żonglerki. Tak np. procesy czystek stalinowskich z lat 1936/38 i pokajania starych komunistów, poddanych bądź co bądź nie znanym bliżej represjom, wydać się mogą mniej dziwne, niż w roku 1961 oskarżanie Woroszyłowa, zasiadającego na podium prezydialnym, w obliczu 5 tysięcy delegatów z całego świata. Co za fenomenalny nacisk psychologiczny, aby starzec całe życie poświęciwszy rewolucji bolszewickiej, mógł się w takich warunkach kajać w sposób najbardziej absurdalny! Tym razem nie z więzienia, a z wolnej stopy...

Możliwe to jest tylko w systemie, który na zdewaluowanie ludzkiego słowa zużywa w istocie materialną energię bloku państw obejmującego największy obszar na świecie. Rzecz jest bez precedensu, gdyż przeciw deprecjacji słowa nie wolno w ustroju komunistycznym bronić się nawet milczeniem. Odwrotnie, wszyscy muszą mówić. Mówić to co im się każe.

W ten sposób komunizm staje się w hierarchii zjawisk politycznych fenomenem nadrzędnym, ponadnarodowym i ponadpaństwowym. W żadnym razie nie może być identyfikowany z Rosją, tak samo zresztą jak z żadnym narodem czy państwem na świecie. Przez pozbawienie słów ich pierwotnego znaczenia, nazywanie agresji "wyzwoleniem", niewoli "wolnością", nietolerancji "tolerancją", nominacji "wyborami" etc. etc. zmierza do zmuszenia nie narodu, lecz wszystkich ludzi, do posługiwania się językiem – na własną niekorzyść. Tzn. obiecując w nagrodę za wyrzeczenie się dotychczasowych słów, kultury i wolności ducha – niewolę totalną. (s.52-53)
Czymże innym jest dzisiejsze potępienie wszelkich przejawów patriotyzmu jako faszyzmu? Czym jest oburzenie na poddawanie w wątpliwość zgodności działania Komisji Europejskiej z podstawowymi zasadami demokracji? Czym jest ostracyzm wobec wybranych w demokratycznych wyborach polityków, którzy reprezentują inne niż obowiązujące nurty polityczne? Ostracyzm wobec Austrii, poprzedzone nagonką powtórzenie referendum w Irlandii, medialne szczucie na prezydenta Polski, Czech, a obecnie Węgier? Unia Europejska poczuła się na tyle silnie, że przestała już dbać o pozory i zamiast uznać demokratyczne wybory poszczególnych narodów nominowała własnych urzędników na premiera Grecji, Włoch i niedługo pewnie pozostałych krajów.

Józef Mackiewicz bezkompromisowo piętnował panujący powszechnie bolszewizm, który zaraził również, używając języka Lenina, głuchoniemych ślepców, czyli pożytecznych idiotów w kręgach zachodnich intelektualistów (może lepiej powiedzieć pseudointelektualistów). A ponieważ trudno było znaleźć sensowne kontrargumenty do ostrych jak brzytwa wywodów przemilczano po prostu jego wypowiedzi, ewentualnie w ostateczności uciekano się tak wtedy jak i dzisiaj do wyzwisk, obelg, oszczerstw i insynuacji, nazywając Mackiewicza np. hitlerowskim kolaborantem. Tymczasem stosunek Mackiewicza do Hitlera jest jednoznacznie negatywny, bowiem hitleryzm w jego poczuciu był czynnikiem dającym potężne wsparcie bolszewickiej propagandzie na drodze do światowego zniewolenia komunistyczną ideologią.
Decyzje Hitlera miały tylko pozory polityki państwowej. W istocie był to łańcuch nieobliczalnych wyskoków osobistych. Pod tym względem komuniści, choć nie gwoli ustalenia prawdy obiektywnej, a dla swoich celów, używają jednak bardziej ścisłej terminologii: "hitlerowska polityka", "hitlerowski najazd", "hitlerowskie metody" itd. Hitler zrzucił po prostu z biurka montowany przezeń "pakt antykominternowski" i wygłosił przemówienie: "...Niemcy raz tylko prowadziły wojnę z Rosją i nigdy tego więcej czynić nie będą ..." W tej nieoczekiwanej transformacji pojęcia "Komintern" w pojęcie "Rosja" doszukać by się można niejakiego nawiązania do Stresemannowskiej polityki. Ale już karykaturalne hasło: "żydowski bolszewizm", pod jakim nastąpił kolejny zwrot w 1941, świadczy o zupełnej dowolności emocjonalnych pomysłów Hitlera. (s.121) [...]

Ten, kto przeżył ostatnią wojnę sowiecko-niemiecką i widział to, co się działo w początkach na własne oczy... Właśnie nie wypada o tym opowiadać głośno. Bo wkroczenie Hitlera w czerwcu 1941 przyjęte zostało powszechnie przez całą ludność, w tym rosyjską w szczególności - jako "wyzwolenie". Ale kto opowiadał się za Hitlerem, ten jest w oczach opinii "zły". Nie będę przytaczał przykładów powszechnie znanych, i zresztą zafiksowanych w licznych dziełach: całe armie sowieckie poddawały się masowo, przechodziły na stronę najeźdźcy. A ludność witała go chlebem i solą. Liczba jeńców w ciągu pierwszych miesięcy doszła do niebywałej cyfry wielu milionów. - Jednakże Hitler przegrał wojnę...

Znamy Hitlera i jego system niezliczonych zbrodni. Mniej znana natomiast jest jego bezgraniczna głupota; głupota jego systemu i jego koncepcji politycznych. Miał on wojnę już wygraną w kieszeni, zanim przekroczył sowiecką granicę. I zrobił wszystko, aby - ją przegrać... Hitler nie walczył z komunizmem. Jest tej "nie-walki" pokazowym przykładem. Walczył z narodami i "rasami". Za wroga uważał nie komunizm, lecz "rasę żydowską", narody słowiańskie. Bolszewizm był dla niego tworem rasy żydowskiej; ludzi wschodnio-europejskich traktował za "pod-ludzi". Sam będąc rewolucjonistą, i przede wszystkim nacjonał-socjalistą - nienawidził wszelkiej kontrrewolucji i zresztą wszelkiej "prawicy", z duszy całej. Wielokrotnie mówił, że żołnierz niemiecki walczy na wschodzie z Sowietami, nie po to, by wprowadzać stan kontrrewolucyjny w Rosji. Porównywał Rosjan do ludzi "z błota"... W ten sposób "wyzwolenie", którego się spodziewano, zamienił w krwawe deptanie godności ludzkiej. Zamienił "wyzwolenie" we własna klęskę... A mimo to, jeszcze miliony ludzi. (Rosjan 1.800.000, Ukraińców, Białorusinów, mieszkańców Krajów Bałtyckich, Kaukazu, Donu, Azjatów etc.) wytrwało po hitlerowskiej stronie antysowieckiej z bronią w ręku do końca. Tak wielką nienawiść żywili do ustroju komunistycznego. (s.258)
Opisane w "Zwycięstwie prowokacji" mechanizmy stosowane są do dziś, z zaskakującym powodzeniem i skutecznością. Lektura tej książki może pomóc w uodpornieniu się na ciągle powtarzane i nieustannie skuteczne prowokacje, które intelektualnie obezwładniają zarówno decydentów, jak mających ich kontrolować dziennikarzy, nie wspominając o obywatelach bezskutecznie próbujących zrozumieć cokolwiek z pozornie absurdalnie nielogicznych wolt światopoglądowych jednych i drugich.

"Zwycięstwo prowokacji" to lektura obowiązkowa, ale nie wystarczająca. Potrzebna jest bowiem odrobina historycznej orientacji w gąszczu ideologicznych strumyków, rzekomo odrębnych i niezwiązanych, a w istocie płynących jednym szeroko rozlanym korytem, by nie nastąpiło odrzucenie analiz pod wpływem szoku spowodowanego szerokością tegoż koryta. Niemniej lektura ta dostarcza niezastąpionego klucza do zrozumienia nie tylko XX wieku, ale być może i do antyintelektualnych nurtów współczesności. Niewątpliwie zaś stanowi kolosalny bodziec do przemyśleń dla każdego gotowego do refleksji czytelnika.

Józef Mackiewicz, Zwycięstwo prowokacji, Wydawnictwo Kontra

środa, 8 sierpnia 2012

Skuteczność obywatelskiej aktywności

Obserwowałem przez kilka dni komentarze dotyczące zachowania uczestników uroczystości upamiętniających wybuch Powstania Warszawskiego. Wśród dosyć bogatej palety opinii nie dostrzegłem jednak, być może po prostu przeoczyłem, kilku dosyć istotnych komunikatów, jakie wysłał Obywatelom prezydent Bronisław Komorowski.

Prezydent 1 sierpnia poprosił środowisko powstańców, by zainicjowało w Warszawie 11 listopada - w dniu Święta Niepodległości - "wspólny narodowy marsz ponad podziałami politycznymi" jako "wspólny hołd dla suwerennego państwa polskiego".

Nie ma się co dziwić, że obecna na uroczystościach, a więc wyrobiona w czytaniu politycznych komunikatów publiczność odpowiedziała mu buczeniem. Przypomnijmy, że inicjatorem Marszu Niepodległości jest Stowarzyszenie "Marsz Niepodległości". Wydarzenie to zyskało duże społeczne poparcie, gromadząc w zeszłym roku kilkadziesiąt tysięcy Obywateli wokół idei polskiej niepodległości. Obserwując uczestników, słuchając ich wypowiedzi, oglądając amatorskie nagrania, czytając obywatelskie relacje można się zorientować, że obecni na Marszu Obywatele połączeni są właśnie ideą polskiej niepodległości, polityczne kwestie kształtu tej niepodległości zostawiając na inne okazje. Marsz ten, niejako trochę wbrew intencjom organizatorów, stał się właśnie takim „wspólnym narodowym marszem ponad podziałami politycznymi”.

Proponowanie Powstańcom inicjowania społecznej akcji, która ma już swojego inicjatora i która ma szerokie społeczne poparcie jest niczym innym jak traktowaniem zasłużonych kombatantów jak dzieci, które można namówić do manifestacji niezależności poprzez odmrożenie sobie uszu. Jest formą dyplomatycznego ubliżenia. Jest nieudolną próbą podzielenia środowiska zjednoczonego wokół idei polskiej niepodległości. Przykładowym dowodem, że prawdziwe intencje to inicjowanie podziałów jest choćby wprowadzenie selekcji kombatantów dopuszczonych do uroczystości pod pomnikiem Gloria Victis. Ograniczone miejsce wokół pomnika, w kontekście, niestety co roku coraz mniejszej, liczebności tej grupy polskich Bohaterów, nie może być żadnym usprawiedliwieniem dla władz, które po cichu policzkują kombatantów, a gdy widząca to publiczność protestuje – protest się nagłaśnia jako zachowanie niegodne Obywatela.



Jakie możliwości wpływu na kształt swojego Państwa mają Obywatele? Teoretycznie wybory są plebiscytem idei, która zyskuje społeczne poparcie. Jednak trudno mówić o plebiscycie w sytuacji nierównego dostępu do informacji o pojawiających się ideologicznych propozycjach. Uzależnienie mediów zarówno od kryterium zysku, o czym pisał Bourdieu, aksjologiczna rezygnacja dziennikarzy, co sygnalizowałem w polemice z Piotrem Zarembą, wreszcie instytucjonalna walka z nieuwikłanymi w aktualnie rządzące biznesowo-polityczne układy mediami, z czym mamy do czynienia w przypadku TV Trwam – to wszystko sprawia, że trudno uznać, że osoby nie śledzące na co dzień politycznych gierek mają możliwość zorientowania się w ofercie, by podjąć racjonalną demokratyczną decyzję.

Dlatego ważne jest zapewnienie legalności innych kanałów informowania o społecznych odczuciach, żądaniach, braku zgody albo poparcia. Dlatego tak ważne były postulaty legalizacji związków zawodowych, prawa do strajku, czy prawa do zgromadzeń. Są to normalne instrumenty społecznej komunikacji jakimi dysponuje demokracja. Warto o tym nie zapominać, gdy różni dziennikarze, niczym za poprzedniego ustroju, zamiast przekazywania informacji o postulatach serwują odbiorcy negatywne oceny samej formy społecznego protestu.

W tym kontekście wyraźnie widać, że Prezydent swoją niezręczną propozycją zakomunikował bardzo ważną informację. Otóż Obywatele nie są pozbawieni możliwości wpływania na kształt swojego Państwa.

Zaplanowana na 11 listopada 2011 roku prowokacja poniosła kompletną porażkę. Liczebność manifestacji przywiązania do idei polskiej niepodległości przeszła oczekiwania zarówno prowokującej władzy jak i samych organizatorów. Liczebność kolorowej z nazwy a czarnej w rzeczywistości grupy była po prostu śmieszna, co widać na zdjęciach zrobionych z powietrza. Okazało się też, że do wywołania zaplanowanych zamieszek nie wystarczy kilkudziesięciu zamaskowanych prowokatorów rzucających w policje kawałkami chodnika – cała reszta manifestantów pukając się w czoło po prostu odwróciła się do nich plecami i poszła swoją własną drogą obywatelskiej godności. Nawet podpalenie telewizyjnych samochodów skompromitowało prowokację, gdy okazało się, że organizatorzy i manifestanci próbowali bronić tychże samochodów przed zamaskowanymi bandytami wobec bierności stojącego kilka metrów dalej oddziału uzbrojonej po zęby policji.

Niedoceniane zdolności do samoorganizacji Polaków skłoniły obóz władzy do kolejnej prowokacji w postaci propozycji Prezydenta, który wyrażając chęć dołączenia albo wręcz przejęcia inicjatywy proniepodległościowego marszu ponad podziałami udowodnił, że oddolne inicjatywy mają sens, że oddziałują jednak na polityków. Aktywność obywatelska nie jest porywaniem się z motyką na słońce, tylko jest elementem realnej polityki wpływającej na rzeczywistość. Te działania nie są przejawem romantycznych mrzonek i urojeń, jak starają się nam wmówić zarażeni oikofobią Rodacy, antypolscy agenci wpływu, czy rzesze całkowicie bezinteresownych polonofobów. Powinniśmy docenić samych siebie i kontynuować działania, które są przejawem dbałości o jakość życia w naszym Państwie.

Czytaj: Sukces w Marszu do Niepodległości.

A Prezydent Komorowski i jego inicjatywa? To oczywiste, że zostanie odrzucona. W kontekście ubiegłorocznych prowokacji i oszczerczych medialnych i politycznych komentarzy trudno oczekiwać, że propozycja taka zostanie potraktowana poważnie. Zmieniana właśnie ustawa o zgromadzeniach także nie pozostawia złudzeń co do intencji. Nawet gdyby środowiska proniepodległościowe na nią przystały, to Prezydent nie może przecież iść na czele manifestacji jako współorganizator, bo w przypadku jakiejkolwiek burdy mógłby zostać pociągnięty do odpowiedzialności. Zatem pozostają kombatanci, którzy z powodu „haniebnych ekscesów zamaskowanych demonstrantów” będą ciągani po sądach razem z resztą "faszyzujących organizatorów", co będzie dowodem na brak szacunku "rzekomych patriotów" dla "prawdziwych bohaterów". Tymczasem nikt nie wspomina, że prawdziwi bohaterowie przywiązani do idei niepodległości, za którą ginęli ich koledzy udzielili poparcia dla ubiegłorocznego Marszu.

W moim odczuciu to są żałosne i żenujące pomysły, które lekceważą inteligencję oraz zdolności analityczne i organizacyjne Obywateli. To dobry prognostyk, wszak pycha kroczy przed porażką. Nam zaś pozostaje dobre przygotowanie kolejnych uroczystości, sprawne własne służby porządkowe, włączone kamery, obecność na ulicy i codzienna praca edukacyjna naszych znajomych, którzy nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji i stopnia oderwania głównych mediów o rzeczywistości.

wtorek, 31 lipca 2012

Przywrócić prestiż rozumowi

Kilka dni temu Stanisław Żaryn bardzo trafnie zauważył, że “opinia publiczna nie widzi przyczyn zepsucia państwa, nie widzi źródła patologii, które dają zepsute owoce. Zamiast tego Polakom serwuje się papkę, odpalając raz po raz przemysł przykrywkowy i wmawiając im, że to polska prawica jest zagrożeniem i przyczyną patologii. Takie głosy słychać od lat. Już samo to powinno otwierać oczy wielu ludziom, powinno zapalać czerwoną lampkę. Jednak nie zapala.”

W opinii wielu jest to efekt biznesowych ciągot patologicznego mafijnego układu, zmierzającego coraz wyraźniej w kierunku białoruskiego autorytaryzmu. Niewątpliwie opis tendencji jest trafny. Fakt, że od systemu nadzorowanego przez Łukaszenkę różni nas wiele szczegółów, jest z kolei wystarczającym pretekstem do zasłoniecia oczu i uszu na krytyczne głosy, praktykowane nie tyle przez osławione lemingi, ile po prostu przez pośrednich beneficjentów systemu.

Warto jednak także, obok podawania przykładów konkretnych patologii, obok analizowania sieci powiązań interesów, oprócz apelowania o racjonalne dysponowanie publicznym dobrem - warto też zastanowić się czasem, z czego wynika popularność patologicznej postawy kapitalistycznego egoizmu destrukcyjnie abstrahującego od dobra wspólnego? Zdrowy egoizm jest niezbędny do jakiegokolwiek sukcesu. Chęć zysku jest motorem gospodarki. Lecz warto pamiętać że pycha, brak umiaru, monokultura działań jest czynnikiem komunistycznie destrukcyjnym.

Jednym z fałszerstw współczesnej formy wynaturzenia demokracji jest utożsamienie tzw. "opinii publicznej" z głosem dziennikarzy wypromowanych jako “opiniotwórcze” nazwiska mediów głównego nurtu. Kryterium oceny od dawna nie stanowi "trafność opinii", “prawda” lecz “rozpoznawalność”. Czemu? Pisze o tym bardzo trafnie jeden z czołowych przedstawicieli francuskiej lewicującej socjologii, Pierre Bourdieu. Kryterium oglądalności, przekładające się na wpływy z reklam, zdominowało inne kryteria życia intelektualnego. Prymat wartości estetycznych, zwiekszających oglądalność nad filozoficznymi, takimi jak poszukiwanie prawdy, analiza logiczna, polityczna, socjologiczna, skutkuje schlebianiem masowemu odbiorcy, prowadzi do obserwowanego przez wielu "umiłowania intelektualnej papki". Stosowane jako remedium na całodzienny intelektualny wysiłek menadżera wieczorne “odmóżdżenie” kuchennymi rewolucjami albo opolskim kabaretonem stało się nie tylko poziomem aspiracji medialnych nadawców, ale sprawia, że medialni wydawcy tracą zainteresowanie dla utrzymywania kanałów, w których odmóżdżający się w pracy kasjer z supermarketu mógłby obejrzeć coś, co nie pozwoli szarym komórkom obumrzeć i dostarczy satysfakcji ze świadomości mechanizmów porządkujących świat.

I bynajmniej nie chodzi o programy analizujące ostatnie wypowiedzi polityków! Proszę przypomnieć sobie, na co można było się natknąć nawet w PRL-owskiej telewizji, a na co bardzo trudno się natknąć na dostępnych dzisiaj programach telewizji publicznej dużego "wolnego" "demokratycznego" kraju. Programy typu “Sonda”, analiza arcydzieł malarstwa, dyskusje o najnowszych książkach, historia architektury drewnianej... Programów tego typu jest coraz mniej i nadawane są coraz później. Argument podawany jest zawsze ten sam: niska oglądalność.

A przecież umiłowanie mądrości nigdy nie było domeną mas. Filozofia w szkolnych programach jednak istniała, by dostarczyć chętnym narzędzi logicznej analizy, narzędzi pozwalających odróżnić prawdę od fałszu, narzedzi umożliwiających rozpoznanie nieetycznych działań współobywateli. Znakomita większość nie miała nawet zamiaru tych narzędzi stosować w swoim codziennym życiu, podobnie jak trygonometrii, rozbiorów gramatycznych i wielu innych elementów wiedzy ogólnej, na którą wszystkie dzieci się zżymają: a na co mi to jest potrzebne? Lecz wiedza ta, jej przekazywanie w toku nauki robiło dwie rzeczy: dostarczało narzędzi umożliwiających nielicznym w danej zbiorowości pełnienie roli drogowskazu oraz budowało prestiż logicznego myślenia opartego na wiedzy, co skutkowało że osoby wskazujące drogę miały jakąkolwiek szansę wpływu na swoją małą społeczność.

Dzisiejszy prymat kryterium zysku nie tylko spycha na margines racjonalność i prawdę, ale poniżając nie przynoszące doraźnych korzyści kryteria, umożliwia nieetyczne działania, otwiera pole dla kłamstwa jako metody osiągania celów, a to z kolei niszczy zaufanie, które jest podstawą do wspólnych działań nawet małych zbiorowości. W ten sposób panowanie kryterium zysku w dłuższej perspektywie działa destrukcyjnie dla całego systemu gospodarczego i szerzej społecznego.

Reakcją na tę intuicyjnie wyczuwaną destrukcję cywilizacji jest całkowite negowanie wartości kapitalizmu. Reakcją na kapitalistyczną autodestrukcję jest popularność różnej maści lewackich, coraz bardziej radykalnych grup antysystemowych. Wobec zgłuszenia wartości filozoficznych narzędzi rozumienia rzeczywistości, poddając się przynoszącemu popularność a zatem i zysk emocjonalnej metodzie funkcjonowania, błędne koło autodestrukcji coraz bardziej się nakręca. Odległą analogię stanowi rewolucja dzieci-kwiatów i ich new-age-owych ideologii i sposobów tłumaczenia świata w kontekście światowego zagrożenia nuklearnym kataklizmem. W ówczesnym chaosie możliwości funkcjonowały pacyfistyczne grupy jarających marihuanę komun, ale też pojawiały się zbrodnicze grupy, jak ta kierowana przez Mansona, która wymordowała rodzinę i przyjaciół Romana Polańskiego.

Ponieważ emocje przyciągają publiczność, a zatem i reklamodawców, uzasadnione staje się abstrahowanie od rozumu, logiki, wnioskowania. Dobrym przykładem jest wywiad Roberta Mazurka w ostatnim dodatku Plus-Minus z posłem którego celowo nie wymienię z nazwiska. Człowiek ten nie widzi albo udaje że nie nie widzi, jak idiotyczne bzdury opowiada. Nie umiem tego inaczej  uzasadnić jak chęcią wywołania emocji. Cóż nas może bardziej zirytować od bzdury? A jak się zirytujemy zaczynamy emocjonalnie opowiadać o swojej irytacji. W ten sposób nazwisko funkcjonuje w obiegu, a jak od dawna wiadomo "nie ważne jak mówią, ważne by nie pomylili nazwiska".

Oburzenie, irytacja nie jest metodą rozwiązania tego problemu. Emocje są celem irytujących działań. Musimy przywrócić prestiż rozumowi. Żaden wóz nie zajedzie daleko na jednym kole.

czwartek, 26 lipca 2012

Odpowiedzialność za słowo!

Popieram apel Tygodnika Powszechnego o wprowadzenie bezwzględnej odpowiedzialnosci za słowo! To bardzo dobra idea! Czym jest odpowiedzialność za słowo? Jest możliwością ponoszenia konsekwencji za swoje deklaracje. Dziś ta możliwości pozostaje jedynie w sferze potencjalnej, ale bynajmniej nie z powodu braku odpowiednich przepisów! Jak często powtarza Czesław Bielecki żadna legislacyjna viagra nie usunie impotencji władzy wykonawczej.

Przyłączam się do apelu o jak najszybsze podjęcie działań, które definitywnie położą kres poczuciu całkowitej bezkarności czy wręcz faktycznego przyzwolenia ze strony instytucji państwa na stosowanie w życiu publicznym kłamstw, oszczerstw i pomówień, na bezkarne stosowanie gróźb i apeli o zabójstwo.

Nie chcę być gołosłowny, podam więc kilka najprostrzych przykładów niszczenia dyskursu publicznego i pielęgnowania nienawiści. Oto Donald Tusk, który kłamie w kampanii wyborczej twierdząc, że działalność, którą uprawia nie jest polityką, lecz budowaniem szkół, dróg, mostów itp. Budowaniem, owszem, ale nie szkół i dróg, lecz edukacyjnej pustyni i bankructw firm budujących drogi. Oto Donald Tusk już po wyborach przy obejmowaniu władzy kłamie, że będzie obniżał daniny publiczne. Jak dotąd skończyło się podnieniesieniem stawek podatku VAT i paru innych publicznych danin. Oto minister Sikorski nawołuje do dorżnięcia watah, a poseł Palikot deklaruje zamiar zastrzelenia i wypatroszenia lidera opozycji. Poseł Niesiołowski idzie krok dalej i wprowadza groźby fizycznej agresji w czyn dopuszczając się rękoczynu na dziennikarce pełniącej swoje obowiązki na terenie Sejmu. Kłamstw obozu rządowego związanych z katastrofą smoleńską nie ma co przytaczać, bo w tej sprawie trudno jest znaleźć jakiekolwiek prawdziwe zdanie. Czy którakolwiek z tych osób poniosła odpowiedzialność za swoje słowa? Czy odpowiedzialność za słowo powinna być odwrotnie proporcjonalna do zajmowanego stanowiska i wysokości funkcji w państwie?

Drugim elementem walki z poczuciem całkowitej bezkarności oszczerców i przyzwolenia na internetowe chamstwo jest cenzura stosowana przez redakcje internetowych portali. Poziom internetowych komentarzy na portalach gazeta.pl, dziennik.pl, czy hostujący serwis Tygodnika Powszechnego onet.pl nawet nie jest żenujący. Ten poziom jest skandaliczny. Tymczasem jest wiele relacji o usuwaniu merytorycznych komentarzy i pytań trafiających w sedno komentowanego problemu, przy jednoczesnym pozostawianiu komentarzy zawierajacych przeszkadzające znakomitej większości czytelników wyzwiska, ubliżania czy wręcz groźby. Nie wierzyłem w te relacje, dopóki sam nie doświadczyłem tego typu praktyk, co sprawiło, że przestałem nie tylko komentować, ale nawet zaglądać na portale, które najwyraźniej mają na celu dostarczenie, niczym atak na gliwicką radiostację, pretekstu do ograniczania wolności słowa.

To są prywatne media, ale poprzez stosowane praktyki wpływają na publiczne rozwiązania dotyczące nas wszystkich. Dlatego nie powinno być przyzwolenia na tego rodzaju manipulacje, mające na celu zdyskredytowanie wolności wypowiedzi i dostarczenie pretekstów do tejże wolności ograniczenia. Odpowiedzialność za słowo to także odpowiedzialność za decyzje podejmowane przez administratorów, których nadgorliwość wobec niewygodnych dla redakcji pytań, połączona z niefrasobliwością wobec chamstwa i gróźb karalnych przynoszą więcej szkody dla kultury dyskursu publicznego niż wszystkie jawne chamskie wpisy razem wzięte.

Do naprawy istniejącego stanu rzeczy nie potrzeba nowych ustaw. Prezentowane przez obecny obóz rządowy kompetencje legislacyjne każą apelować o wstrzymanie się od jakichkolwiek legislacyjnych działań. Do naprawy poziomu publicznego dyskursu wystarczy nasza, konsumentów informacji, reakcja wobec podmiotów tolerujących chamstwo i kłamstwa: bojkot. Podobnie zresztą wobec polityków realizujących program przeciwny do zadeklarowanego. Zaś wobec osób dopuszczających się gróźb karalnych powinien wszcząć postępowanie prokurator, obojętnie czy jest to poseł czy zwykły obywatel. Równość wobec prawa jest wpisana do konstytucji.

sobota, 21 lipca 2012

Wajda i nienawiść

Kultura współczesna jest kulturą młodości. Otaczana w społeczeństwach tradycyjnych szacunkiem starość jest obecnie wyszydzana i poniżana jako źródło niedopasowania, zacofania i intelektualnej degradacji. Szybkość cywilizacyjnych zmian nie jest wystarczającym wytłumaczeniem tego zjawiska. Przyczyny tkwią w podstawach zwycięskiej idei kształtowania nowego człowieka przyszłości. Trzeba to sobie powiedzieć otwarcie: przyczyny tkwią w zwycięskiej ideologii socjalizmu.

Socjalizm panuje od początku XX wieku pod różnymi postaciami. Wiele wskazuje na to, że brunatna wersja narodowa miała na celu przygotowanie gruntu pod kosmopolityczną unifikację, dzięki destrukcji idei narodowych wspólnot, która to idea została okrzyknięta przyczyną kataklizmu II wojny światowej. Jak niewiele różniła się wersja brunatna od czerwonej wystarczy uświadomić sobie naczelne hasło sowieckiego okupanta, pod którym została dokonana kradzież własności wielkiej liczby ludzi: nacjonalizacja. Eksterminacja zaś przywiązanych do tradycji jednostek następowała często w tych samych miejscach: Oświęcim, Majdanek, KL Warschau. Dziś kontynuowane są tradycje powojennych okupantów i osoby mające odwagę wspominac o polskim interesie narodowym tak samo jak tuż po drugiej wojnie światowej nazywane są faszystami. Bolszewicka metoda odwracania znaczeń nie przestaje się rozwijać, co pozwala dzisiaj stosować wobec partii postulującej solidaryzm społeczny zarzut "programowego socjalizmu". Zarzut taki w ustach polityków, którzy otwarcie wprowadzają socjalizm w życie w tzw. Parlamencie Europejskim nie powinien dziwić, bo jest naturalną konsekwencją przyjętej ideologii. Europa obecnie już całkiem realnie podlega niemieckiemu przewodnictwu, a jak pamiętamy naród ten, w przeciwieństwie do Rosji albo Polski, w demokratyczny sposób wybrał narodowo-socjalistyczną partię pod przewodnictwem Hitlera.

Pomysł wyrywania dzieci z ich naturalnego środowiska i kształtowania zgodnego z potrzebami władcy nie jest nowy. Jednak historie tureckich janczarów i wiele innych historii tego typu stanowiło margines tradycyjnych społeczeństw, wykorzystywany do specjalistycznych celów. Dopiero wiek XX przyniósł masową inżynierię społeczną, gdzie na szerszą skalę wykorzystywano kształtowanie od podstaw większych grup wyrwanej ze swoich środowisk młodzieży. Socjalistyczne organizacje takie jak hitlerjugend, komsomolcy, ale także kibucowe programy młodzieżowe w rodzaju Alijat ha-Noar, w założeniach stanowiły narzędzia pozyskiwania ludzi dla nowej idei. Jednak przejmowanie kontroli nad procesem wychowawczym nie było i nie jest jedynym elementem całego skomplikowanego systemu. Innym nie mniej ważnym czynnikiem jest niszczenie autorytetu wieku i wynikającego z niego doświadczenia. Obok fizycznej izolacji młodzieży w kolektywistycznych obozach system zabezpiecza się w ten sposób przed niekontrolowaną dyfuzją tradycji między pokoleniami.

Obok trzymania emerytów w prywatnych domowych aresztach strachu drugą metodą jest promowanie staruszków pozornie "durniejących" na starość, którzy swoim absurdalnym zachowaniem mają za zadanie niszczyć tlący się ostatkiem sił autorytet wieku. Przykładem jest całkiem nieźle funkcjonujący w mediach przypadek Bartoszewskiego, który nie dość że posługuje się profesorską tytulaturą w sposób odbiegający od przyjętych standardów (ale jak się okazuje jak najbardziej uprawniony), to wysyła polityków do psychiatry, robiąc to w formie ewidentnie kwalifikującej się do psychiatrycznej interwencji. Jego budowany przez lata autorytet został w teatralny sposób zneutralizowany pokazując młodym ludziom, że starość i mądrość wcale nie muszą iść ze sobą w parze.

Podobnie interpretuję ostatni wybryk innego dyżurnego staruszka, który był niekwestionowanym autorytetem dla całych rzesz Polaków. Andrzej Wajda, dożywszy wieku, w którym nie trzeba już dbać o dwuznaczne aluzje, mówi wprost: krzyż stał się symbolem haniebnej nienawiści, a osobą odpowiedzialną za to jest Jarosław Kaczyński. Robi to w Moskwie, lecz mało komu przychodzi do głowy skojarzenie z pisaniem adresów do Cara. Ludzie zastanawiają się, co też biednemu człowiekowi odbiło na stare lata, a młodzi zaczynają patrzeć z obawą we własną przyszłość: "trzeba zalegalizować eutanazję, bo w ten sposób się zestarzeć nie byłoby fajnie." Fajność jest bowiem najwyższą wartością, zaś określenie “niefajne” oznacza bardzo serio potraktowane zjawisko, które niegdyś opisywano wyświechtanym i anachronicznym pojęciem: "skandalicznie niedopuszczalna niegodziwość".

Izraelski dziennikarz Chaim Jachil pisał w 1945 roku: "Ostatecznie nie możemy zapomnieć, że wojna z Żydami posłużyła narodowym socjalistom za ważną odskocznię do przejęcia i zachowania władzy." Sugerował, że gdyby Żydzi przyjechali przed wojna do Syjonu, hitlerowcy nie zdobyliby władzy w Niemczech. Artykuł, który Ha-Arec zamieścił niecałe cztery tygodnie po kapitulacji Niemiec, stawiał pytanie: "Czy Żydzi także przyczynili się do straszliwego rozlewu krwi naszego narodu?" Jak pisze Tom Segev w swojej książce “Siódmy milion” takimi uczuciami rdzenni Izraelczycy bronili się przed oskarżeniami ocalałych i uspokajali swoje sumienia dręczone niemożnością pomocy w czasie wojny.

Oskarżanie Kaczyńskich o spowodowanie katastrofy smoleńskiej i wszelkiego zła później, zwerbalizowane przez Palikota, a następnie przez jego naśladowców, do którym dzisiaj dołączył Andrzej Wajda, nie jest postawą wyjątkową. Często bywa, że ofiara gwałtu bywa oskarżana o jego sprowokowanie. W niektórych krajach arabskich jeśli taksówkarz zgwałci kobietę, do więzienia idzie kobieta, bo wsiadając samotnie do taksówki sprowokowała mężczyznę do nierządu. Idąc tym tokiem rozumowania, można dojść do opinii, że Gwiazda Dawida jest symbolem bestialstwa, a odpowiedzialnym za wymordowanie w czasie wojny warszawskich Żydów jest Mordechaj Anielewicz.

Warto jednak pamiętać, że to nie demencja starcza jest przyczyną rozprzestrzeniania się absurdów, mających na celu zniszczenie nie tylko autorytetów, ale jakiegokolwiek związku opisu z rzeczywistością. To jest konsekwentna polityka socjalistów, którzy muszą wykorzenić wszystkie pozostałości tradycyjnej kultury aby móc zbudować nowe społeczeństwo. Nie udało się różnokolorową przemocą w pierwszej połowie XX wieku. Strategia uległa zatem korekcie i teraz metodą małych kroczków konsekwentnie realizowany jest powolny proces destrukcji przygotowującej nadejście Nowego, nadejście Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. Mimo wszystko mocno wierzę, że Rozum i Człowieczeństwo, jak wiele razy w przeszłości, także dzisiaj okażą się silniejsze od intelektualnych dewiacji społecznych inżynierów. Być może coraz bardziej agresywne oskarżanie wolnych ludzi o własne wady jest efektem postępującej frustracji spowodowanej brakiem skuteczności różnych metod destrukcji życia społecznego?

Warto też zdawać sobie sprawę, że pozornie stetryczali staruszkowie, zaczynający pod koniec życia gadać bzdury, tak naprawdę w końcu są sobą i ujawniają prawdziwe idee, które przyświecały im od początku ich publicznej działalności. Andrzej Wajda studia reżyserskie ukończył w 1953 roku, ale dyplom obronił dopiero w roku 1960. W podaniu o przyjęcie na studia z sierpnia 1949 roku, a więc rok po utworzeniu szkoły będącej w założeniu tubą propagandową nowych porządków, napisał że należy „do podstawowej organizacji PZPR przy ZPAP ( Związek Polskich Artystów Plastyków) w Krakowie, a w ZAMP (Związek Akademicki Młodzieży Polskiej) na ASP jest kierownikiem wydziału kadr ZU”. W czasach późniejszych będzie dementował każdą sugestię, że kiedykolwiek należał do partii, a fakt skreślenia Wajdy z listy członków jest przemilczany także przez PZPR, co nie jest typowym zjawiskiem w przypadku innych ludzi kultury. Od samego początku często był chwalony za twórczość i postawę światopoglądową.

Kilka lat temu na spotkaniu w jednym z Dyskusyjnych Klubów Filmowych Andrzej Wajda opowiadając o swoich walkach z cenzurą wspomniał końcową scenę z filmu “Kanał”. Przez kraty widać praski brzeg Wisły. Na ekranie nie widać co jest na tym brzegu, ale przecież widz wie, co jest na tym brzegu... Widz doskonale wiedział, co chcemy powiedzieć pokazując ten brzeg - zawiesił filmowo głos reżyser, pozwalając słuchaczom dopowiedzieć sobie konkret. Ja w swojej wielkiej naiwności podzielałem przekonanie wielu osób, że Andrzej Wajda, tak jak ja, widział na tym brzegu bezczynność sowieckiej armii, która cierpliwie czekała, aż Warszawa się wykrwawi i gdy Niemcy dokończą dzieła pacyfikacji polskich patriotów, wejdzie do zniszczonego miasta i dobijając polskich generałów zacznie budować totalitarne socjalistyczne społeczeństwo.

Dziś w Moskwie Andrzej Wajda ujawnił, że on na praskim brzegu Wisły widział jutrzenkę nowego społeczeństwa, cierpliwie czekającą chwili odpowiedniej do rozpoczęcia wielkiego socjalistycznego dzieła. Andrzej Wajda konsekwentnie budując swoimi niedopowiedzeniami wizerunek niezależnego artysty zasłużył na pomnik w znakomicie skonstruowanym systemie mediokracji, w której nie trzeba stosować przymusu bezpośredniego, bo człowiek, którego opinie różnią się od wytyczonych przez ogólnoludzkie kierownictwo celów, pozbawiony głosu przez co i możliwości obrony, po prostu nie ma żadnego znaczenia.



Poniżej świetne podsumowanie z bloga Niewolnika:



Jako uzupełnienie filmiki:



środa, 13 czerwca 2012

Nie dajmy się wkręcić!

Ruszyła spirala przepraszania za idiotów. Demotywatory, gazety, blogi, fotomontaże – wszyscy przepraszają świat za chuliganów na ulicach Warszawy. To następny etap zaplanowanej akcji. Czy musimy ulegać scenariuszowi pisanemu przez innych? Dotychczasowy przebieg wypadków pokazuje, że nie musimy.

Spójrzmy na liczby: 50 tysięcy kibiców wchodzi na Stadion Narodowy. Do tego 100 tysięcy kibiców w strefie na placu Defilad. Nie biorąc pod uwagę ludzi krążących swobodnie po mieście, to lekko licząc 150 tysięcy kibiców. Większość w białoczerwonych barwach. Bardzo zdecydowanie i skutecznie reagująca policja zatrzymała 180 chuliganów. Czyli na 1000 kibiców jeden był agresywnym idiotą.



Dzisiaj wszyscy dyskutują nad przyczynami, zamieszczając z potępiającymi komentarzami zdjęcia chuliganów w akcji. A przecież to dla nich największa nagroda! Ludzie potrafią zabijać tylko po to, żeby znaleźć się w mediach. Chuligani w swoim środowisku idiotów dzięki zdjęciom w prasie stają się bohaterami: patrzcie jak dokopałem tym k....

W Internecie funkcjonuje pojęcie trollingu, czyli chamskiego prowokowania do pyskówek, zaczepiania, obrażania, spamowania tylko w celu wyzwolenia agresywnej reakcji. Podstawowa zasada w walce z trollingiem to: NIE KARMIĆ TROLLA !!! On żywi się tymi reakcjami, każda irytacja, każde potępienie jest dla niego nagrodą. Największą karą jest brak zauważenia. Troll ignorowany usycha jak wyjęte z wazonu konwalie. Bandyci i idioci chcą zaistnieć. Dlaczego mamy ich wspierać swoją uwagą, zdjęciami, komentarzami? Olać ich!

Nie dajmy się też wkręcić w spiralę przepraszania. Bycie idiotą to kwestia wyboru. Nie wiem czemu mamy przepraszać za czyjś wybór. Może powinniśmy przeprosić Polaków za Komorowskiego, Tuska, Palikota czy Millera? Ale dlaczego? Przecież sami ich wybrali(ście)? Przed meczem 12 czerwca 2012 osób wybierających bycie idiotą był 1 promil ze 150 tysięcy. Chuliganów i bandytów należy łapać, osądzić i odizolować, a nie za nich przepraszać. Po to, żebyśmy mogli normalnie funkcjonować w świecie osób wybierających rozsądek, wolność i tolerancję, czyli prawdziwe polskie cechy narodowe.



Wybierzmy radość sportowych emocji. Wybierzmy polską gościnność. Wybierzmy zdrowy rozsądek, umiar i właściwą miarę rzeczy. Wybierzmy godność i dumę.

niedziela, 10 czerwca 2012

Spokojnie jak na wojnie

Warto się wyciszyć, naprawdę nie ma sensu eskalować emocji ponad miarę. Ktoś chce nas sprowokować do działań i zachowań, które będą dowodem prawdziwości wszystkich zniesławiających oszczerstw publikowanych w zachodniej prasie przez neosowieckich agentów wpływu. Czy warto w to wchodzić? Moim zdaniem nie warto. Warto jednak, stojąc z boku i pilnie obserwując co się dzieje, zauważać jakie komunikaty świat nam wysyła między wierszami.

Manipulacyjne propagandowe publikacje są ewidentnie przygotowaniem gruntu pod bardziej zdecydowane działania. Coś się dzieje, buldogi znowu się gryzą pod dywanem na tyle silnie, że docierają na powierzchnię ślady ich ruchów. Coś się musiało wydarzyć, skoro Rosja zdecydowała się uruchomić uśpioną agenturę wpływu w zachodnich mediach. Być może wpadka Obamy była efektem jego niedouczenia i dramatycznie schematycznej wiedzy o świecie, ale to co zaczęło się dziać po niej, już wypadkiem nie jest. Uruchomienie Debbie Schlussel oraz wypuszczenie filmu BBC jest ewidentną kolejną próbą zniszczenia sojuszu sympatii, jaka między Polską a USA istniała od zawsze, a do Brytyjczyków coraz silniejszą sympatię wzbudzały nie tylko tysiące emigrantów, ale także celne wystąpienia Nigela Farage’a. Rosja nie może otwarcie zaatakować Niemców, bo przecież robi z nimi gigantyczne interesy. Otwarta wojna polsko-rosyjska czy polsko-niemiecka także nie wchodzi w grę. Ale przecież można zniszczyć podstawy nieco bardziej odległych sojuszy, nie? A ofensywa jest przygotowywana od długiego czasu.

Z drugiej strony naszego kraju okazuje się, że promoskiewski Janukowycz jest bardziej suwerenny od polskich władz uprzedzając, że Ukraina bardzo wnikliwie przygląda się relacjom medialnym i nierzetelnych dziennikarzy będzie po zakończeniu mistrzostw podawać do sądu za nieobiektywne informacje. Jest to być może nie tyle obrona przez atak uprzedzający, ile jasny komunikat: "uważajcie byście się nie zapędzili, my się dogadaliśmy i jesteśmy poza strefą ostrzału". Tymczasem polskie władze nie zauważają niczego niestosownego ani w antypolskiej kampanii, ani w łamaniu prawa, tym bardziej nie ma co wspominać o zwykłej ludzkiej przyzwoitości.

Nie oszukujmy się bowiem, że nielegalny przemarsz rosyjskich kibiców jest czymś najbardziej karygodnym! Już wiemy, że kibice przejdą i tak zamkniętym dla ruchu wiaduktem mostu Poniatowskiego od stacji Warszawa Powiśle. Niech sobie przejdą! Muszą przecież jakoś dojść do stadionu.

Mamy naprawdę większe problemy. Fizyczny atak posła na dziennikarkę mieści się w granicach poselskiej godności. Prewencyjne zamykanie lidera kibiców połączone z nagonką, której elementem jest osądzanie go jeszcze przed postawieniem zarzutów absolutnie nie ma nic wspólnego z białoruskimi standardami sprawiedliwości. "Po mieście" od dawna krążą plotki o budowie obiektów w warszawskiej strefie kibica bez stosownych rejestracji i zezwoleń, co stanowi złamanie prawa budowlanego. Niezapłacone gigantyczne pieniądze za budowy stadionów i autostrad też nikogo nie martwią, choć oznacza to upadłość wielu firm polskiego sektora budowlanego.

Rosyjscy kibice sami sobie wystawiają świadectwo. Pamiętajmy o kamerach w telefonach komórkowych, zrobimy piękne składanki po zakończeniu Euro, które pójdą w świat. Tymczasem warto zachować siły, energię i zasoby na nadchodzące po mistrzostwach "ciekawe czasy", które zawsze są przekleństwem dla uczciwych ludzi.