Sejm nie chce nazwać wołyńskiego ludobójstwa po imieniu, ale myliłby się ten, kto by uważał że stało się tak ze strachu posłów, zaniepokojonych możliwością zmarszczenia brwi przez naszego wschodniego sąsiada. Posłowie niewątpliwie boją się różnych rzeczy, jak każdy zdrowy na umyśle człowiek, ale nie sądzę aby bali się akurat wschodnich sąsiadów.
Czego boją się posłowie partii rządzącej z gmachu przy ulicy Wiejskiej ujawniają różne czyny ich kierownictwa oraz instytucji temuż kierownictwu podlegających. Ich strachy demaskują różne pomysły wybudowania wysokiego płotu wokół Sejmu, ograniczenia w dostępie do informacji publicznej, czy rozszerzenie uprawnień i tak wysokiego poziomu inwigilacji polskich obywateli.
Ale najdobitniejszym dowodem kogo się boi a kogo się nie boi władza polskiego państwa jest porównanie poziomu ochrony polskiego prezydenta na smoleńskim lotnisku 10 kwietnia 2010 roku z poziomem ochrony kongresu partii rządzącej, który odbył się w Chorzowie 26 czerwca 2013 roku.
Od razu staje się jasne, że o władzy formacji o nazwie Platforma Obywatelska można różne rzeczy powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest to władza działająca w interesie polskiego społeczeństwa. Zagrożenie bowiem dla władzy największe jest zawsze z tej strony, której interesy ta władza najbardziej narusza. Jak widać zagrożenie ze strony Rosji było i jest szacowane na dużo niższym poziomie niż zagrożenie ze strony polskiego społeczeństwa.
piątek, 12 lipca 2013
sobota, 29 czerwca 2013
Co łączy ZDF i Szczygła z Baumanem?
W pamiętnym filmie Machulskiego "Seksmisja" jest pod koniec filmu scena, gdy Albercik niosąc przyduszoną funkcjonariuszkę niezbyt przekonująco zarzeka się, że on "tylko niesie pomoc". Zarówno widz, jak i Maks wiedzą do czego to zmierza i jak się skończy, ale Albercik twardo powtarza, nie wiadomo, bardziej sobie czy parterowi, że on "tylko niesie pomoc".
Podobne wrażenie mam czytając zapewnienia niemieckich twórców filmu "Nazi matki, nazi ojcowie", że oni nie mieli zamiaru nikogo obrażać. Trudno powiedzieć cokolwiek o ich zamiarach, natomiast mniej trudno przewidzieć konsekwencje tego filmu rozpowszechnionego już w tej chwili do 60 krajów.
Pusty śmiech człowieka ogarnia także, gdy czyta zapewnienia Mariusza Szczygła, autora głośnego reportażu o nauczycielce, która 30 lat temu zakatowała własne dziecko na śmierć, że "ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzył, aby ktokolwiek mścił się na mojej bohaterce. [...] jeśli ktokolwiek miałby chęć wytropić Ewę T., żeby zadać jej fizyczny ból lub poniżyć, niewiele będzie się od niej różnił." Już w dzieciństwie słyszymy setki przypowieści o bawieniu się zapałkami, o tym, że kto wiatr sieje ten burzę zbiera, a pan Mariusz Szczygieł pisząc reportaż o osobie która pracuje dzisiaj w miejscu w którym absolutnie nie powinna pracować, stwierdza po wydrukowaniu, że "ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzył to...."
Mariusz Szczygieł deklaruje także na swoim blogu iż napisał "ten tekst po to, żeby po raz kolejny pokazać, co wpływa na tworzenie się osobowości autorytarnej. Ponieważ my Polacy często mamy tendencje do autorytaryzmu, ale sami przed sobą to ukrywamy. Nowy Hitler może pojawić się zawsze." Tak, to poniekąd wyjaśnia skąd, użyta oczywiście w celu zatarcia ścieżek odnalezienia bohaterki, zamiana jej specjalizacji z nauczycielki fizyki na katechetkę.W końcu Polska to kraj, którego pokłosiem jest Dzierżyński, stodoła z Jedwabnego, pogrom kielecki czy antysemickie czystki po 1968 roku. Trzeba dbać, by jakiś nowy Hitler się nad tą przeklętą Wisłą nie pojawił. Tym bardziej że znowu faszyzm podnosi głowę pod białoczerwonymi banderami.
O swoich czystych intencjach z przeszłości zapewnia nas także inny bohater ostatnich dni, uznany na świecie intelektualista, profesor Zygmunt Bauman. Twierdzi on, że w KBW zajmował się głównie pisaniem ulotek i pewnie ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzył było przyczynienie się do zabicia jakiegokolwiek polskiego żołnierza. Niestety, jego dowódcy zostawili inne informacje na temat jego działalności, zaświadczając, że jako Szef Wydziału Pol-Wych operacji brał udział w walce z bandami, przez 20 dni dowodził grupą, która wyróżniła się schwytaniem wielkiej ilości bandytów, za co został odznaczony Krzyżem Walecznych. Cóż, nie można mieć przecież pretensji do 88-letniego profesora, że jego ulotki okazały się tak skuteczne.
Po wrocławskim wystąpieniu profesora Baumana (który jednak w przeciwieństwie do pana Bartoszewskiego profesorem jednak jest) karierę w sieci robi także przypomnienie jego słów z wywiadu dla Guardiana z 2007 roku, w którym porównał on działania bolszewickich służb bezpieczeństwa w latach 40-tych i 50-tych XX wieku na terenach Polski do do tego, co współcześnie nazywa się wojną z terroryzmem.
Mało kto zwrócił uwagę, że bardzo dużo mówi to o charakterze współczesnej tzw. wojny z terroryzmem. Znając historię bolszewickich zbrodni i prowokacji oraz następujących po nich propagandowych kłamstw, można dzięki tej deklaracji szanowanego na całym świecie socjologa, znaleźć potwierdzenie nie wprost, teorii o wspomaganiu przez zaniechanie, różnych akcji terrorystycznych.
O ile znana jest powszechnie bolszewicka narracja dotycząca zbrodni katyńskiej, która obowiązywała do momentu tzw. upadku komunizmu, o tyle mniej powszechnie znana jest historia przygotowania, przeprowadzenia i celowości prowokacji kieleckiej z 1946 roku, której celem było spacyfikowanie polskich dążeń do prawdy o Katyniu w trakcie norymberskich rozpraw poprzez skompromitowanie Polski rzekomym faszystowskim antysemityzmem jej mieszkańców. Antysemicka czystka po 1968 była wewnętrzną partyjną rozgrywką, lecz antysemityzm bolszewików, którzy pozbyli się wykorzystanych i wyciśniętych jak cytryna towarzyszy, miał - widać to dzisiaj wyraźnie - konsekwencje idące dużo dalej niż tylko zrobienie miejsca nowym aparatczykom.
Oprócz potwierdzenia przypiętej Polakom w 1946 roku łatki antysemitów, w roku 1968 roku spora grupa ideowych komunistów została desygnowana na systemowych dysydentów i wyeksportowana na Zachód. Część pozostała w kraju utworzyła opozycyjne struktury, z którymi po latach, jako z realnymi przedstawicielami ludu, establishment podzielił się władzą. Część wyeksportowana na Zachód wsparła wysłużoną agenturę wpływu i zastępy ciągle aktywnych pożytecznych idiotów. Major Zygmunt Bauman, sprawdzony w boju komunista, przesunięty w połowie lat 50-tych z działań operacyjnych na działania akademickie, wykładał marksizm na wydziale filozofii, by po październiku 1956 zostać prekursorem socjologii w Polsce.
Jego predyspozycje intelektualne można było lepiej wykorzystać dla propagowania właściwej wizji nowego świata w roli powszechnie szanowanego naukowca, niż w roli oficjalnego propagandowego funkcjonariusza. Wypadki 1968 roku dały mu niezbędne dysydenckie uwiarygodnienie, co przy niewątpliwych intelektualnych zaletach i dużym talencie pisarskim dało mu dzisiejszą pozycję wśród światowych intelektualistów.
Dlatego nie warto lekceważyć tego co mówi człowiek, który od początku swojego życia zajmuje się układaniem słów dokładnie w taki sposób, w jaki zamierza. Po tzw. upadku komunizmu mamy szereg wydarzeń, na temat których przy odpowiedniej wiedzy trudno mieć jednoznaczną opinię. Pytania o zamachy bombowe w Rosji, po których wybuchały kolejne wojny w Czeczenii, czy pytania o niektóre okoliczności zamachów na WTC i Pentagon w 2001 roku znajdują w słowach profesora Baumana potwierdzenie zasadności ich stawiania.
Istnieje jednak także inna możliwość. Być może subtelnym celem tak sformułowanych słów, było zdyskredytowanie amerykańskiej samoobrony przed światowym terroryzmem, poprzez zestawienie tej walki z komunistycznymi zbrodniami?
Narracyjne montaże mogą mieć bardzo skomplikowane i misterne konstrukcje. Przykłady można znaleźć nie tylko w literaturze (polecam zwłaszcza powieść "Montaż" Vladimira Volkoffa), ale także w historii. Zabójstwo Kirowa było przemyślaną i starannie zaplanowaną przez Stalina akcją, która stała się pretekstem i początkiem wielkiego terroru. Prowokacja kielecka w 1946 także była klasycznym agenturalnym montażem o międzynarodowym znaczeniu. Rok 1968 był montażem mającym na celu zmianę ekipy trzymającej władzę, ale na ile był to także pretekst do zalania zachodnich społeczeństw kolejną falą fałszywych dysydentów, mających do wypełnienia ważne misje wpływania na tzw. opinię publiczną? To pytanie do historyków i na razie pozostaje ono otwarte.
W tej perspektywie dzisiejsze wypalenie ekipy Tuska niesie ze sobą duże niebezpieczeństwo kolejnym narracyjnym zwrotem akcji, w którym ktoś musi odegrać klasyczną rolę iskry zapalnej i kozła ofiarnego. Zwraca na to uwagę coraz więcej komentatorów, zaś niewątpliwie idealnym kandydatem na środowiska, które będą celem kolejnych bolszewickich prowokacji są wszelkie tzw. środowiska patriotyczne. Rozhuśtanie emocji to faza pierwsza, po której osobników autentycznie przejętych bezczelnością władzy nikt nie będzie w stanie odróżnić od osobników pokroju Andrzeja Hadacza, który dość skutecznie kompromitował całe środowisko obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu.
Niewątpliwie należy protestować przeciwko zapraszaniu na Uniwersytety ludzi umoczonych w zbrodnicze systemy. Trzeba jednak przy tym uważać, by nie stać się mimowolnym narzędziem sił, które szukają tylko pretekstu do poszerzenia sfery kontroli kosztem naszej wolności, pod pozorem zapewnienia bezpieczeństwa.
Podobne wrażenie mam czytając zapewnienia niemieckich twórców filmu "Nazi matki, nazi ojcowie", że oni nie mieli zamiaru nikogo obrażać. Trudno powiedzieć cokolwiek o ich zamiarach, natomiast mniej trudno przewidzieć konsekwencje tego filmu rozpowszechnionego już w tej chwili do 60 krajów.
Pusty śmiech człowieka ogarnia także, gdy czyta zapewnienia Mariusza Szczygła, autora głośnego reportażu o nauczycielce, która 30 lat temu zakatowała własne dziecko na śmierć, że "ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzył, aby ktokolwiek mścił się na mojej bohaterce. [...] jeśli ktokolwiek miałby chęć wytropić Ewę T., żeby zadać jej fizyczny ból lub poniżyć, niewiele będzie się od niej różnił." Już w dzieciństwie słyszymy setki przypowieści o bawieniu się zapałkami, o tym, że kto wiatr sieje ten burzę zbiera, a pan Mariusz Szczygieł pisząc reportaż o osobie która pracuje dzisiaj w miejscu w którym absolutnie nie powinna pracować, stwierdza po wydrukowaniu, że "ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzył to...."
Mariusz Szczygieł deklaruje także na swoim blogu iż napisał "ten tekst po to, żeby po raz kolejny pokazać, co wpływa na tworzenie się osobowości autorytarnej. Ponieważ my Polacy często mamy tendencje do autorytaryzmu, ale sami przed sobą to ukrywamy. Nowy Hitler może pojawić się zawsze." Tak, to poniekąd wyjaśnia skąd, użyta oczywiście w celu zatarcia ścieżek odnalezienia bohaterki, zamiana jej specjalizacji z nauczycielki fizyki na katechetkę.W końcu Polska to kraj, którego pokłosiem jest Dzierżyński, stodoła z Jedwabnego, pogrom kielecki czy antysemickie czystki po 1968 roku. Trzeba dbać, by jakiś nowy Hitler się nad tą przeklętą Wisłą nie pojawił. Tym bardziej że znowu faszyzm podnosi głowę pod białoczerwonymi banderami.
O swoich czystych intencjach z przeszłości zapewnia nas także inny bohater ostatnich dni, uznany na świecie intelektualista, profesor Zygmunt Bauman. Twierdzi on, że w KBW zajmował się głównie pisaniem ulotek i pewnie ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzył było przyczynienie się do zabicia jakiegokolwiek polskiego żołnierza. Niestety, jego dowódcy zostawili inne informacje na temat jego działalności, zaświadczając, że jako Szef Wydziału Pol-Wych operacji brał udział w walce z bandami, przez 20 dni dowodził grupą, która wyróżniła się schwytaniem wielkiej ilości bandytów, za co został odznaczony Krzyżem Walecznych. Cóż, nie można mieć przecież pretensji do 88-letniego profesora, że jego ulotki okazały się tak skuteczne.
Po wrocławskim wystąpieniu profesora Baumana (który jednak w przeciwieństwie do pana Bartoszewskiego profesorem jednak jest) karierę w sieci robi także przypomnienie jego słów z wywiadu dla Guardiana z 2007 roku, w którym porównał on działania bolszewickich służb bezpieczeństwa w latach 40-tych i 50-tych XX wieku na terenach Polski do do tego, co współcześnie nazywa się wojną z terroryzmem.
Mało kto zwrócił uwagę, że bardzo dużo mówi to o charakterze współczesnej tzw. wojny z terroryzmem. Znając historię bolszewickich zbrodni i prowokacji oraz następujących po nich propagandowych kłamstw, można dzięki tej deklaracji szanowanego na całym świecie socjologa, znaleźć potwierdzenie nie wprost, teorii o wspomaganiu przez zaniechanie, różnych akcji terrorystycznych.
O ile znana jest powszechnie bolszewicka narracja dotycząca zbrodni katyńskiej, która obowiązywała do momentu tzw. upadku komunizmu, o tyle mniej powszechnie znana jest historia przygotowania, przeprowadzenia i celowości prowokacji kieleckiej z 1946 roku, której celem było spacyfikowanie polskich dążeń do prawdy o Katyniu w trakcie norymberskich rozpraw poprzez skompromitowanie Polski rzekomym faszystowskim antysemityzmem jej mieszkańców. Antysemicka czystka po 1968 była wewnętrzną partyjną rozgrywką, lecz antysemityzm bolszewików, którzy pozbyli się wykorzystanych i wyciśniętych jak cytryna towarzyszy, miał - widać to dzisiaj wyraźnie - konsekwencje idące dużo dalej niż tylko zrobienie miejsca nowym aparatczykom.
Oprócz potwierdzenia przypiętej Polakom w 1946 roku łatki antysemitów, w roku 1968 roku spora grupa ideowych komunistów została desygnowana na systemowych dysydentów i wyeksportowana na Zachód. Część pozostała w kraju utworzyła opozycyjne struktury, z którymi po latach, jako z realnymi przedstawicielami ludu, establishment podzielił się władzą. Część wyeksportowana na Zachód wsparła wysłużoną agenturę wpływu i zastępy ciągle aktywnych pożytecznych idiotów. Major Zygmunt Bauman, sprawdzony w boju komunista, przesunięty w połowie lat 50-tych z działań operacyjnych na działania akademickie, wykładał marksizm na wydziale filozofii, by po październiku 1956 zostać prekursorem socjologii w Polsce.
Jego predyspozycje intelektualne można było lepiej wykorzystać dla propagowania właściwej wizji nowego świata w roli powszechnie szanowanego naukowca, niż w roli oficjalnego propagandowego funkcjonariusza. Wypadki 1968 roku dały mu niezbędne dysydenckie uwiarygodnienie, co przy niewątpliwych intelektualnych zaletach i dużym talencie pisarskim dało mu dzisiejszą pozycję wśród światowych intelektualistów.
Dlatego nie warto lekceważyć tego co mówi człowiek, który od początku swojego życia zajmuje się układaniem słów dokładnie w taki sposób, w jaki zamierza. Po tzw. upadku komunizmu mamy szereg wydarzeń, na temat których przy odpowiedniej wiedzy trudno mieć jednoznaczną opinię. Pytania o zamachy bombowe w Rosji, po których wybuchały kolejne wojny w Czeczenii, czy pytania o niektóre okoliczności zamachów na WTC i Pentagon w 2001 roku znajdują w słowach profesora Baumana potwierdzenie zasadności ich stawiania.
Istnieje jednak także inna możliwość. Być może subtelnym celem tak sformułowanych słów, było zdyskredytowanie amerykańskiej samoobrony przed światowym terroryzmem, poprzez zestawienie tej walki z komunistycznymi zbrodniami?
Narracyjne montaże mogą mieć bardzo skomplikowane i misterne konstrukcje. Przykłady można znaleźć nie tylko w literaturze (polecam zwłaszcza powieść "Montaż" Vladimira Volkoffa), ale także w historii. Zabójstwo Kirowa było przemyślaną i starannie zaplanowaną przez Stalina akcją, która stała się pretekstem i początkiem wielkiego terroru. Prowokacja kielecka w 1946 także była klasycznym agenturalnym montażem o międzynarodowym znaczeniu. Rok 1968 był montażem mającym na celu zmianę ekipy trzymającej władzę, ale na ile był to także pretekst do zalania zachodnich społeczeństw kolejną falą fałszywych dysydentów, mających do wypełnienia ważne misje wpływania na tzw. opinię publiczną? To pytanie do historyków i na razie pozostaje ono otwarte.
W tej perspektywie dzisiejsze wypalenie ekipy Tuska niesie ze sobą duże niebezpieczeństwo kolejnym narracyjnym zwrotem akcji, w którym ktoś musi odegrać klasyczną rolę iskry zapalnej i kozła ofiarnego. Zwraca na to uwagę coraz więcej komentatorów, zaś niewątpliwie idealnym kandydatem na środowiska, które będą celem kolejnych bolszewickich prowokacji są wszelkie tzw. środowiska patriotyczne. Rozhuśtanie emocji to faza pierwsza, po której osobników autentycznie przejętych bezczelnością władzy nikt nie będzie w stanie odróżnić od osobników pokroju Andrzeja Hadacza, który dość skutecznie kompromitował całe środowisko obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu.
Niewątpliwie należy protestować przeciwko zapraszaniu na Uniwersytety ludzi umoczonych w zbrodnicze systemy. Trzeba jednak przy tym uważać, by nie stać się mimowolnym narzędziem sił, które szukają tylko pretekstu do poszerzenia sfery kontroli kosztem naszej wolności, pod pozorem zapewnienia bezpieczeństwa.
sobota, 26 stycznia 2013
Bolszewizm jako powód do dumy.
Zastanawiamy się pewnie często nad tym, jak można tak swobodnie głosić przeciwstawne poglądy, nie przejmując się wcale niebezpieczeństwem kompromitacji. Jak można w jednym momencie twierdzić, że "tylko facet, który nie ma prawa jazdy, może wydawać pieniądze na fotoradary", by jako premier latając prawie wszędzie samolotem twierdzić, że nie zgadza się "z tymi wszystkimi, którzy twierdzą, że fotoradary to są pułapki na kierowców. Fotoradary to jest egzekucja prawa". Jedni nazywają to hipokryzją, inni elastycznym otwarciem na argumenty. Jedni tłumaczą to sobie oportunizmem, inni schizofrenią... Prawda jednak jest inna.
Partyjny kolega premiera Tuska, były vice-przewodniczący jego partii, jest najlepszym dostarczycielem takich sprzecznych komunikatów. Założył partię Ruch Poparcia Swojego Nazwiska, ale myliłby się ten, kto by sądził, że to efekt jakiejś "kłótni w rodzinie". To tylko kolejne partyjne zadanie.
O ile w 2010 roku wygłaszał zdania w rodzaju:
W 2009 roku:
Partyjny kolega premiera Tuska, były vice-przewodniczący jego partii, jest najlepszym dostarczycielem takich sprzecznych komunikatów. Założył partię Ruch Poparcia Swojego Nazwiska, ale myliłby się ten, kto by sądził, że to efekt jakiejś "kłótni w rodzinie". To tylko kolejne partyjne zadanie.
O ile w 2010 roku wygłaszał zdania w rodzaju:
„Jeśli Tusk na plakatach w całej Polsce mówi, że nie chce uprawiać polityki, to takiej lepperiady sam Lepper by nie urządził. Nawet Lepper nie zrobiłby takiej błazenady jak Tusk (…) Tusk jest złodziejem politycznym. Tusk jest też kłamcą politycznym”O tyle w 2012 roku bez cienia zażenowania opowiada:
"Może z moich partyjnych pozycji to, co powiem, jest mało polityczne, ale Tusk jest niewątpliwie najwybitniejszym politykiem 20-lecia (…) Oczywiście są zasługi Wałęsy, ale to inna kategoria, bardziej historyczna. Wszyscy inni, łącznie z Kwaśniewskim, nie są politykami formatu Tuska”Można by próbować zrzucić to na karb podpuszczenia przez dziennikarza (jak robił to swego czasu Maciej Stuhr tłumacząc się z przywiązanych do tarcz dzieci pod Cedynią), ale na autorskim blogu wspomnianego współpracownika premiera Tuska można przeczytać tak sprzeczne zdania:
W 2009 roku:
„Kościół w Polsce był zawsze bowiem po stronie ludu i po stronie polskości.”W 2013 roku:
„Obalmy w końcu dogmat, że Kościół Katolicki stał zawsze po stronie Polski.”Nie jest to przejaw ani oportunizmu, ani schizofrenii. To klasyczny wręcz przypadek zjawiska, które ma swoją nazwę. Jak często się to zdarza, najlepszych opisów nie dostarczają ośrodki akademickie, lecz literatura. Oto jak w powieści Wladimira Volkoffa pod tytułem "Werbunek", komunista Igor Popow tłumaczy swojej rozmówczyni istotę tego zjawiska, tej formacji, która od kilkudziesięciu lat w zasadzie nieprzerwanie rządzi nie tylko Polską, ale olbrzymią częścią całego świata:
"Czy zastanawiała się pani kiedyś nad słowem „bolszewik"? Historycznie rzecz biorąc, oznacza ono „członka partii większościowej na kongresie demokratycznym 1903 roku", ale pomijając fakt, że owa większość została, szczęśliwie zresztą, zmanipulowana, trzeba poszukać głębiej. Stalin powiedział: „Bolszewizm i leninizm to jedno i to samo". [...]Tak, drodzy Państwo. Warto nazywać rzeczy po imieniu i jasno je definiować - pozwoli to uniknąć wielu rozczarowań i zaskoczeń...
Bolszewik to nie ten, który ma większość, ale ten, który wciąż chce więcej. Więcej większości i innych rzeczy. Gdy dociera do punktu B, już chce dojść do C, i tak dalej. Niektórzy kretyni twierdzą, że zmieniamy oblicze jak rękawiczki. Nie rozumieją, że nasze oblicze to właśnie zmienność. Bołszak to udeptany gościniec, a bolszewik to ten, który wędruje gościńcem. Oskarżają nas o oportunizm. To tak jakby oskarżać słońce o to, że świeci. Kiedy idziemy, pejzaż musi się zmieniać. Właśnie dlatego Lenin jest największym geniuszem wszechczasów. Bo tak naprawdę nie istnieje coś takiego jak leninizm. Marks zamknięty jest w marksizmie, Engels w dialektyce. Można ich prześcignąć. Lenin jest jak wiatr - wieje tam, gdzie chce. Napisał „Państwo a Rewolucja", ale zorganizował także terror oraz stworzył Nową Politykę Ekonomiczną. Prawda to to, że nie ma prawdy. Trudno ją zrozumieć, ciężko strawić, ale gdy raz się pojmie, to coś naprawdę wspaniałego. Prawda to to, co znajduję w dzisiejszej gazecie. Wczorajsza zawsze kłamie. Dzisiejsza zawsze mówi prawdę. To dlatego gazeta "Prawda" nosi tytuł "Prawda". Prawda to nasz bolszewicki chleb powszedni i podobnie jak wy nie zjadacie wczorajszych resztek, my odmawiamy spożywania spleśniałego chleba historii. Jeśli nie ma prawdy, możemy narzucić własną. Popełniono błąd, usuwając słowo „bolszewik" z nazwy partii. Przez to niektórzy sądzą, że bolszewizm jest jakąś formą marksizmu, podczas gdy jest dokładnie odwrotnie."
wtorek, 8 stycznia 2013
Partia Zwalczania Przedsiębiorczości Rodzimej
W warszawskim Ratuszu kupcy z Dworca Centralnego przypięli się łańcuchami do mebli. Szczegóły relacji można przeczytać na portalu TVN Warszawa, czego serdecznie żałuję, ale co zrobić, gdy wszystkie źródła odsyłają właśnie tam... Warto odświeżyć sobie informacje z frontu walki z polską przedsiębiorczością, bo zasada jest podobna do likwidacji KDT. Nigdzie nie znalazłem odpowiedzi na stawiane niegdyś pytania do rządzącej Stolicą HGW. Jedyną interpretacją braku odpowiedzi na te pytania, jaka przychodzi mi na myśl jest uznanie, że inicjały Pani Prezydent są wystarczającą odpowiedzią.
Przypomnijmy trzy z pytań:
Poparcie mieszkańców Warszawy dla pani Holera Go Wie (pisownia zgodna z ortografią prezydencką) wydaje się utrzymywać na ciągle przyzwoitym poziomie, co może świadczyć tylko o jednym. Dominująca w Stolicy wykształcona i nowoczesna grupa jest świadoma ogromu prac, jakie konieczne są do podźwignięcia tego miasta z ruiny, do jakiej doprowadziły rządy nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zniszczony wizerunek mogą odbudować jedynie sprawne akcje promocyjne i huczne imprezy, z których wspólne powroty rozkopanymi ulicami miasta, przywołujące klimat czasów wojennych barykad, skutecznie zintegrują towarzystwo w oporze wobec warchołów i wichrzycieli.
Zwieranie szeregów jest bardzo ważne, zwłaszcza wobec silnych złodziejskich tradycji naszego kraju, które to tradycje według redaktora Lisa były głównym motorem protestów przeciwko ACTA. Mam co prawda wrażenie, że tradycje te są charakterystyczne nie dla naszego kraju, tylko dla formacji ideowej redaktora Lisa, o której wspominał niegdyś Rymkiewicz, ale oczywiście mogę się mylić.
Trzeba jednak uważać. Można bowiem przeoczyć tę granicę, której przekroczyć nie wolno i nawoływaniem do pokoju zacząć zagrażać porządkowi publicznemu. Dobitnie pokazuje to przykład Sebastiana Wasiaka, którego uwięziono po ostatnim Marszu Niepodległości. O sprawie na razie ciągle jest cicho, a niewątpliwie warto ją śledzić. Szczególnie polecam zainteresowanie młodym wykształconym wracającym nocną porą po radosnej balandze: nie należy przesadzać z okazywaniem miłości służbom porządkowym!
Przypomnijmy trzy z pytań:
- Po co tak stanowczo usuwano siłą kupców, skoro następnego dnia po usunięciu nie rozpoczęła się rozbiórka Hali, a po rozbiórce natychmiast nie ruszyły żadne prace?
- Czy nie jest niegospodarnością pozbawienie miasta dochodu za wynajem powierzchni przez okres co najmniej roku? Nawet biorąc pod uwagę czas potrzebny do zlikwidowania Hali, spokojnie można było czerpać pożytki z jej istnienia co najmniej do lipca 2010 roku. Są to przecież zarówno opłaty za wynajem powierzchni jak i podatki odprowadzane przez kupców.
- Kto skorzystał na pozbawieniu miasta wyżej opisanych dochodów?
Poparcie mieszkańców Warszawy dla pani Holera Go Wie (pisownia zgodna z ortografią prezydencką) wydaje się utrzymywać na ciągle przyzwoitym poziomie, co może świadczyć tylko o jednym. Dominująca w Stolicy wykształcona i nowoczesna grupa jest świadoma ogromu prac, jakie konieczne są do podźwignięcia tego miasta z ruiny, do jakiej doprowadziły rządy nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zniszczony wizerunek mogą odbudować jedynie sprawne akcje promocyjne i huczne imprezy, z których wspólne powroty rozkopanymi ulicami miasta, przywołujące klimat czasów wojennych barykad, skutecznie zintegrują towarzystwo w oporze wobec warchołów i wichrzycieli.
Zwieranie szeregów jest bardzo ważne, zwłaszcza wobec silnych złodziejskich tradycji naszego kraju, które to tradycje według redaktora Lisa były głównym motorem protestów przeciwko ACTA. Mam co prawda wrażenie, że tradycje te są charakterystyczne nie dla naszego kraju, tylko dla formacji ideowej redaktora Lisa, o której wspominał niegdyś Rymkiewicz, ale oczywiście mogę się mylić.
Trzeba jednak uważać. Można bowiem przeoczyć tę granicę, której przekroczyć nie wolno i nawoływaniem do pokoju zacząć zagrażać porządkowi publicznemu. Dobitnie pokazuje to przykład Sebastiana Wasiaka, którego uwięziono po ostatnim Marszu Niepodległości. O sprawie na razie ciągle jest cicho, a niewątpliwie warto ją śledzić. Szczególnie polecam zainteresowanie młodym wykształconym wracającym nocną porą po radosnej balandze: nie należy przesadzać z okazywaniem miłości służbom porządkowym!
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Kamyczek do ordynacji wyborczej
Zmarł niedawno wielki orędownik wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych, prof. Jerzy Przystawa. Z hasłem wprowadzenia JOW jeździ od niedawna po kraju Paweł Kukiz. W moim odczuciu JOW jest warunkiem wstępnym do rozpoczęcia naprawy klasy politycznej w Polsce, ale wbrew temu, co bezmyślnie powtarzają przeciwnicy tego rozwiązania, nie jest żadnym panaceum. JOW jest jak powietrze: umożliwia konieczne do życia oddychanie, ale nie wyleczy żadnej choroby, ani nie zbuduje domów.
Warto jednak zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt ordynacji wyborczej. W 2010 roku powstała obywatelska inicjatywa, która przeszła zupełnie bez echa: Akcja: Twój głos ma znaczenie! Chodzi o zareklamowanie osobom deklarującym niechęć do pójścia na wybory możliwości oddania nieważnego głosu. Masowe oddawanie nieważnego głosu byłoby informacją negującą nihilistyczne interpretacje na temat biernych obojętnych ludzi. Jak można przeczytać na stronie akcji:
W 2010 roku dałem się niemal przekonać, że ta akcja to nie najszczęśliwszy pomysł. Jednak ostatnio wpadła mi w ręce cienka książeczka, będąca klasyczną pozycją w temacie masowej komunikacji. Mowa o zbiorze różnych tekstów pod redakcją Vladimira Volkoffa "Dezinformacja. Oręż wojny". W artykule R. Mucchielli'ego, będącego fragmentem książki "La Subversion" wydanej w 1971 roku jest taki fragment:
Podobno na Ukrainie jest możliwość zaznaczenia krzyżykiem opcji wyboru: "ŻADEN". To jest bardziej jednoznaczne, ale w naszej ordynacji wyborczej tej możliwości nie ma. Warto dołączyć ten postulat do żądanych zmian. Tymczasem dla zniesmaczonych jakością całej polskiej sceny politycznej pozostaje nieważny głos. Warto się zastanowić czy może jednak nie spróbować zachęcić zniechęconych do tej formy wyrażenia swojego zniesmaczenia...
Warto jednak zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt ordynacji wyborczej. W 2010 roku powstała obywatelska inicjatywa, która przeszła zupełnie bez echa: Akcja: Twój głos ma znaczenie! Chodzi o zareklamowanie osobom deklarującym niechęć do pójścia na wybory możliwości oddania nieważnego głosu. Masowe oddawanie nieważnego głosu byłoby informacją negującą nihilistyczne interpretacje na temat biernych obojętnych ludzi. Jak można przeczytać na stronie akcji:
Prawie 60% wyborców nie chodzi na wybory. Mając do wyboru kłamcę albo kłamcę, nie wybierają nikogo. Jednak politycy i media przekonują nas, że te 60% wyborców to zobojętniali egoiści, dla których Polska nic nie znaczy i chodzi im tylko o to, by mieć co włożyć do garnka. Czy to jest prawda?Znajomi, z którymi dyskutowałem o tym pomyśle, nawet jeśli nie oskarżali mnie absurdalnie o odciąganie ludzi od ich partii, to wskazywali, że pomysł z reklamowaniem oddawania nieważnego głosu to ułatwienie wyborczych fałszerstw. Zawsze można powiedzieć, że masowo pojawiające się nieważne głosy to efekt społecznej kampanii.
Nie wiemy tego, my Wyborcy, my Obywatele, a także Wy dziennikarze i Wy politycy, jak jest naprawdę. Jakimi pobudkami kierują się ludzie zostając w dniu wyborów w domu. Czy podyktowane jest to brakiem zgody na niszczenie godności Polski? Czy podyktowane jest to brakiem zainteresowania i lenistwem? Nie wiemy tego. Czy tak musi być?
W 2010 roku dałem się niemal przekonać, że ta akcja to nie najszczęśliwszy pomysł. Jednak ostatnio wpadła mi w ręce cienka książeczka, będąca klasyczną pozycją w temacie masowej komunikacji. Mowa o zbiorze różnych tekstów pod redakcją Vladimira Volkoffa "Dezinformacja. Oręż wojny". W artykule R. Mucchielli'ego, będącego fragmentem książki "La Subversion" wydanej w 1971 roku jest taki fragment:
Neutralizacja głosu wyborców. Bojkot każdej formy wolnych wyborówNieco wcześniej ten sam autor zauważa:
Jest takie hasło, głoszone przez aktywistów wojny psychologicznej w krajach zachodnich, które budzi wielkie zdziwienie partii demokratycznych i związków zawodowych (zażartych obrońców głosowania powszechnego). To antydemokratyczne hasło brzmi: „Wybory, to oszustwo".
Luis Mercier Vega w swej książce Technika anty-państwa przytacza teksty proklamacji rewolucjonistów południowoamerykańskich. Podobne teksty, „przykrojone" do języka każdego narodu, spotykamy we wszystkich proklamacjach i ulotkach lewaków we wszystkich krajach, w których istnieje wolność słowa.
W roku 1962 w Wenezueli Front Rewolucyjny potępia „farsę wyboczą" (przewidziane na grudzień wybory do parlamentu i wybory następcy Betancourta na stanowisko prezydenta kraju) i uroczyście oświadcza, że ją uniemożliwi.
Camillo Torres zapewniał w 1966 roku Kolumbijczyków: „Lud wie, że legalne drogi prowadzą donikąd. Lud wie, że pozostała tylko droga walki zbrojnej."
W lipcu 1966 Ruch Rewolucyjnej Lewicy oznajmiał Peruwiańczykom: "Jako ruch autentycznie rewolucyjny, odrzuciliśmy drogę kompromisu i porozumienia z wyzyskiwaczami, odrzuciliśmy burżuazyjny system wyborczy..."
Widzieliśmy już wyżej, że ta nieufność do głosowania powszechnego, racjonalizowana za pomocą najróżniejszych argumentów, jest logicznym następstwem woluntarystycznej koncepcji rewolucji.
Przy okazji należy rozprawić się z chybionym zarzutem, jaki opozycyjne partie demokratyczne wysuwają pod adresem lewaków, oskarżając ich o "obiektywne dopomaganie rządowi", ponieważ wyborcy, zaniepokojeni ich działaniami wywrotowymi z użyciem siły, skłonni są masowo głosować na istniejące władze. Jest to zarzut chybiony z dwóch powodów:
— z jednej strony, zawarte w domyśle oskarżenie posłów większości — "zostaliście wybrani dzięki powszechnemu strachowi, a więc w nienormalnych okolicznościach i nie jesteście reprezentatywni" — osiąga cel zamierzony przez wrogów systemu, podważając go. Reprezentanci większości mają kompleks winy i nie odważają się podejmować żadnych radykalnych kroków w obronie państwa. Nie przychodzi im do głowy, że ich wybór w takich właśnie warunkach był swoistym ogólnonarodowym referendum na rzecz zachowania dotychczasowego porządku;
— z drugiej strony, udział w wyborach, mimo warunków, w jakich przebiegały, świadczy wymownie, że grupki rewolucyjne stanowiące emanację przedsięwzięcia destabilizacyjnego nie zdołały zastraszyć głosujących. Organizując lepiej destabilizację i terror, rzeczywiście uniemożliwią wybory, jak to obiecywał Front Rewolucyjny w Wenezueli, sparaliżują masy i większość stanie się definitywnie milcząca.
Skonstatować należy, że społeczno-ekonomiczne uwarunkowania rewolucji (wyzysk, nędza, bezrobocie, wyalienowanie władzy troszczącej się jedynie o interesy uprzywilejowanej mniejszości, itd.), a nawet uwarunkowania polityczne (pozbawienie praw politycznych, terror, narzucona ideologia, pozbawienie praw obywatelskich, itp.) stają się motorem rewolucji tylko wtedy, gdy istnieją rewolucyjne nastroje, wola walki. To właśnie "stan umysłów" wywołuje rewolucję; w przeciwnym razie mamy do czynienia z rezygnacją płynącą ze strachu lub poszanowania władzy.[...]Co jest zatem bardziej niebezpieczne dla demokracji? Kilka głosów dorzuconych do urny przez nadgorliwego i nie rozumiejącego zasad członka wyborczej komisji? Czy obojętność mas przyzwalających swoją nieobecnością w lokalu wyborczym na niszczenie autorytetu państwa przez niekompetentnych jego funkcjonariuszy? Czy gdyby frekwencja skoczyła do 70% przy liczbie nieważnych głosów 30% to by świadczyło o fałszerstwach, czy raczej o skorzystaniu z tej formy zakomunikowania własnej obywatelskiej aktywności i gotowości do minimalnego chociaż działania?
Wiele się mówiło i nadal mówi o "milczącej większości", to znaczy przytłaczającej większości obywateli każdego z krajów „obrabianych" przez dywersję, i dziwi się jej obojętności. Stanowi ona mityczną nadzieję rządów wystawionych na próby destabilizacji.
Tymczasem milcząca większość jest wytworem dywersji. Jednym bowiem z celów i działań dywersyjnych jest właśnie sparaliżowanie i spowodowanie zobojętnienia mas. Jeśli czytelnik uważnie zapoznał się z omówionymi przez nas koncepcjami woluntarystycznych rewolucjonistów, niewątpliwie wydedukuje z nich "logikę" neutralizacji przytłaczającej większości obywateli przez dywersję: w przeciwieństwie do realistycznej koncepcji rewolucji, koncepcja woluntarystyczna nie potrzebuje — jak widzieliśmy — ani powszechnego powstania, ani aktywnego udziału "ludu". Zdobycie władzy będzie dziełem małej grupki, nielicznej mniejszości, tej, która wie, czego chce i co robi (nawiasem mówiąc — tylko ona jedna to wie). Sprawą zasadniczej wagi jest więc, żeby w momencie przejmowania władzy nie doszło do żadnej przeciwstawnej interwencji. Co za tym idzie, działania wywrotowe implikują narzucenie większości milczenia; milczenia równoznacznego z apatią, a nie dezaprobatą dla wywrotowców, jak się to zbyt często pochopnie sądzi.
Podobno na Ukrainie jest możliwość zaznaczenia krzyżykiem opcji wyboru: "ŻADEN". To jest bardziej jednoznaczne, ale w naszej ordynacji wyborczej tej możliwości nie ma. Warto dołączyć ten postulat do żądanych zmian. Tymczasem dla zniesmaczonych jakością całej polskiej sceny politycznej pozostaje nieważny głos. Warto się zastanowić czy może jednak nie spróbować zachęcić zniechęconych do tej formy wyrażenia swojego zniesmaczenia...
wtorek, 4 grudnia 2012
Odwrócić negatywne tendencje
Krzysztof Rybiński poruszył bardzo istotny problem wyludniania się Polski. Minimalny przyrost naturalny trzymający populacje mieszkających w Polsce Polaków został zahamowany. Na to zjawisko nałożyła się gigantyczna emigracja zarobkowa, która wydrenowała Polskę z 2 000 000 młodych obywateli. Sytuacja wymaga zdecydowanych działań, ale najpierw wymaga rzetelnej diagnozy. Bez tego narażeni jesteśmy na kolejne symboliczne lecz mało skuteczne gesty jak słynne becikowe.
Nie chcę podawać tu ani żadnych diagnoz, ani konstruktywnych propozycji. O tym rozmawiali m.in. uczestnicy konferencji „Bariery ograniczające dzietność w Polsce”, która odbyła się w gmachu Senatu RP. Chcę zwrócić uwagę na podobne zjawiska w naszym międzynarodowym otoczeniu.
Delikatnie ujemny przyrost naturalny jest typowy dla rozwiniętych społeczeństw Zachodu. Drastycznie ujemny przyrost naturalny cechuje, a raczej cechował największe państwo świata, czyli Rosję. Portal www.stosunkimiedzynarodowe.info przytoczył w 2010 roku raport ONZ na temat populacji Rosji: "Populacja Rosji zmniejszyła się o 6,6 miliona od 1993 roku, pomimo dużego napływu imigrantów, który uczynił Rosję drugą najpopularniejszą destynacją dla pracowników-migrantów na świecie po USA. ONZ szacuje, że Rosja może stracić dalsze 11 milionów osób do 2025 roku." Rosja, oprócz kampanii wspierających rodzinę, dostrzega także zdrowotne źródło problemu, którym jest powszechny alkoholizm. Jak wiadomo nadużywany alkohol to świetny środek na zmniejszenie ilości urodzin oraz długości i jakości życia. Dlatego "Miedwiediew jako pierwszy od czasów Gorbaczowa ostatnio wezwał do wprowadzenia środków antyalkoholowych."
Niedawno można było przeczytać o ograniczeniach dla reklamy alkoholu, informację, że "od 1 stycznia 2013 r. minimalna cena detaliczna wódki w Rosji ma wzrosnąć o ponad jedną trzecią." oraz że "do 2020 roku średnia cena detaliczna półlitrowej butelki wódki w Rosji może wzrosnąć ponad trzykrotnie. Jest to celowe działanie rosyjskich władz, które w ten sposób chcą zmniejszyć spożycie alkoholu w kraju – podała rosyjska agencja informacji gospodarczej Prime."
Wygląda na to że działania te zaczynają przynosić efekt, bo z kolei portal Kresy.pl opublikował przedruk artykułu informującego, że "od stycznia do października 2012 roku populacja Rosji wzrosła dzięki przyrostowi naturalnemu. W porównaniu z tym samym okresem w 2011 roku liczba urodzeń zwiększyła się o 6,5% a liczba zgonów zmniejszyła o 1,5%." Kwestią otwartą oczywiście pozostaje, czy to tendencja trwała czy incydentalna, ale warto wiedzieć, że "jeszcze w 2004 roku populacja kurczyła się samoistnie o 800,000 ludzi rocznie a teraz rośnie o 800. To ogromna zmiana na lepsze!"
Dlaczego przytaczam te informacje? Nie, nie dlatego, że cieszy mnie zatrzymanie wymierania naszego sąsiada, który razem z Białorusią organizuje manewry wojskowe symulujące atak na nasze terytorium. Warto dostrzec, że nawet w Rosji możliwe jest zatrzymanie negatywnych tendencji społecznych i że prognozy nie stanowią wyroczni, ale powinny być sygnałem do poszukiwania rozwiązań eliminujących przyczyny danego zjawiska. Nie jesteśmy skazani na wymarcie, jak ostrzega nas Rybiński. Tendencje można odwrócić. Ale do tego potrzeba rzetelnych analiz, by dostrzec rzeczywiste przyczyny. Warto zdawać sobie sprawę, że jako Naród mamy do tego zarówno techniczne środki, jak i intelektualne możliwości. Dlatego trzeba jak najszybciej wymienić decydentów: zamiast tych, którzy rozemocjonowanymi okrzykami tłumią prawdę i mamią nas kłamstwami, dać możliwość decyzji tym, którzy słuchają racjonalnych argumentów i twardo stąpają po ziemi.
Nie chcę podawać tu ani żadnych diagnoz, ani konstruktywnych propozycji. O tym rozmawiali m.in. uczestnicy konferencji „Bariery ograniczające dzietność w Polsce”, która odbyła się w gmachu Senatu RP. Chcę zwrócić uwagę na podobne zjawiska w naszym międzynarodowym otoczeniu.
Delikatnie ujemny przyrost naturalny jest typowy dla rozwiniętych społeczeństw Zachodu. Drastycznie ujemny przyrost naturalny cechuje, a raczej cechował największe państwo świata, czyli Rosję. Portal www.stosunkimiedzynarodowe.info przytoczył w 2010 roku raport ONZ na temat populacji Rosji: "Populacja Rosji zmniejszyła się o 6,6 miliona od 1993 roku, pomimo dużego napływu imigrantów, który uczynił Rosję drugą najpopularniejszą destynacją dla pracowników-migrantów na świecie po USA. ONZ szacuje, że Rosja może stracić dalsze 11 milionów osób do 2025 roku." Rosja, oprócz kampanii wspierających rodzinę, dostrzega także zdrowotne źródło problemu, którym jest powszechny alkoholizm. Jak wiadomo nadużywany alkohol to świetny środek na zmniejszenie ilości urodzin oraz długości i jakości życia. Dlatego "Miedwiediew jako pierwszy od czasów Gorbaczowa ostatnio wezwał do wprowadzenia środków antyalkoholowych."
Niedawno można było przeczytać o ograniczeniach dla reklamy alkoholu, informację, że "od 1 stycznia 2013 r. minimalna cena detaliczna wódki w Rosji ma wzrosnąć o ponad jedną trzecią." oraz że "do 2020 roku średnia cena detaliczna półlitrowej butelki wódki w Rosji może wzrosnąć ponad trzykrotnie. Jest to celowe działanie rosyjskich władz, które w ten sposób chcą zmniejszyć spożycie alkoholu w kraju – podała rosyjska agencja informacji gospodarczej Prime."
Wygląda na to że działania te zaczynają przynosić efekt, bo z kolei portal Kresy.pl opublikował przedruk artykułu informującego, że "od stycznia do października 2012 roku populacja Rosji wzrosła dzięki przyrostowi naturalnemu. W porównaniu z tym samym okresem w 2011 roku liczba urodzeń zwiększyła się o 6,5% a liczba zgonów zmniejszyła o 1,5%." Kwestią otwartą oczywiście pozostaje, czy to tendencja trwała czy incydentalna, ale warto wiedzieć, że "jeszcze w 2004 roku populacja kurczyła się samoistnie o 800,000 ludzi rocznie a teraz rośnie o 800. To ogromna zmiana na lepsze!"
Dlaczego przytaczam te informacje? Nie, nie dlatego, że cieszy mnie zatrzymanie wymierania naszego sąsiada, który razem z Białorusią organizuje manewry wojskowe symulujące atak na nasze terytorium. Warto dostrzec, że nawet w Rosji możliwe jest zatrzymanie negatywnych tendencji społecznych i że prognozy nie stanowią wyroczni, ale powinny być sygnałem do poszukiwania rozwiązań eliminujących przyczyny danego zjawiska. Nie jesteśmy skazani na wymarcie, jak ostrzega nas Rybiński. Tendencje można odwrócić. Ale do tego potrzeba rzetelnych analiz, by dostrzec rzeczywiste przyczyny. Warto zdawać sobie sprawę, że jako Naród mamy do tego zarówno techniczne środki, jak i intelektualne możliwości. Dlatego trzeba jak najszybciej wymienić decydentów: zamiast tych, którzy rozemocjonowanymi okrzykami tłumią prawdę i mamią nas kłamstwami, dać możliwość decyzji tym, którzy słuchają racjonalnych argumentów i twardo stąpają po ziemi.
poniedziałek, 12 listopada 2012
Marsz Niepodległości 2012
W zeszłym roku udało mi się pokrążyć między różnymi grupkami i poobserwować wypadki z różnych stron barykady. W tym roku dotarłem na Marsz z opóźnieniem i niestety okoliczności nie pozwoliły mi odwiedzić pozostałych imprez. Ale trochę widziałem i ku pamięci notuję.
W Alejach Jerozolimskich zobaczyłem marsz Kolorowej Niepodległej pod czarno-czerwonymi sztandarami. Choć moim zdaniem barwy sztandarów powinny być raczej czarno-białe, biorąc pod uwagę, że kolumna marszowa składała się w głównej mierze z czarno umundurowanych policjantów zwieńczonych białymi kaskami. Niemniej robiła wrażenie ta "kilkudziesięciotysięczna" manifestacja w kontekście "kilkuset" uczestników Marszu Niepodległości ;-)
Aleje Jerozolimskie były zablokowane przy ulicy Kruczej. Skręciłem zatem z Kruczej w Żurawią i gdy doszedłem do Marszałkowskiej, powitał mnie huk petard i zobaczyłem fruwające w zadymionym powietrzu czerwone flary. Nagle zaroiło się od biegających we wszystkich kierunkach ubranych na czarno ludzi w kominiarkach oraz zaczęły dochodzić standardowe wezwania policji do zachowania zgodnego z prawem. Nikt nie wiedział co się dzieje, kto kogo atakuje i w którą stronę uciekać.
Gdy trochę się uspokoiło wyszedłem na środek luźniejszej ziemi niczyjej. Policja stała, zaś rzucających kamienie ludzi w kominiarkach próbowały powstrzymać służby porządkowe Marszu. Na skierowane do konkretnej osoby krzyknięcie żeby przestać rzucać, delikwent opuszczał z reguły rękę, ale były i takie osoby, które rzuciły się na mnie, krzycząc "ty agorowy prowokatorze! to my bronimy cię przed przed Michnikiem!" Na szczęście nie byłem jedyną osobą, która spontanicznie próbowała powstrzymać tę zorganizowaną akcję i napastnicy szybko się wycofali.
Z samochodu organizatorów, stojącego między Cepelią a Forum, dały się słyszeć uspakajające wezwania organizatorów do wycofania się na punkt startu, czyli na rondo Dmowskiego. Tłum zaczyna się wycofywać, ale robi się coraz ciaśniej i w końcu pada informacja od organizatorów, żeby stanąć w miejscu, bo tył też jest zablokowany przez policję. W zasadzie wszystkie wyjścia są zablokowane, a na czoło ciągle napiera tyraliera wzywająca tłum do rozejścia. Sytuacja patowa. Organizator zarządza śpiewanie hymnu narodowego, co uniemożliwia rzucanie kamieni w policję przez prowokatorów: rzucanie zamiast śpiewania w postawie zasadniczej natychmiast demaskuje intencje. Marszowe służby porządkowe opanowują sytuację, rozpoczynają się negocjacje z policją co dalej.
W końcu policja, widząc że prowokacja się nie uda, ustępuje i Marsz już bez większych przeszkód dochodzi aż na Agrykolę.
Szczegóły prowokacji można przeczytać i obejrzeć np. tu:
Kilka słów komentarza.
Tegoroczny Marsz Niepodległości okazał się kolejnym sukcesem. Konstruktywnym sukcesem organizacyjnym i edukacyjnym. Utrzymanie kilkudziesięcio-tysięcznego tłumu w ryzach, w sytuacji skrajnego napięcia, gdy policja bez większych powodów zaczyna strzelać z broni gładkolufowej do tłumu, w którym znajdują się nie tylko weterani zamieszek z policją, ale także kobiety i dzieci, gdy wezwania do rozejścia się połączone są z blokadą wszystkich wyjść z zamkniętego terenu - w takich warunkach opanowanie emocji i doprowadzenie do pokojowego zakończenia jest naprawdę wielkim osiągnięciem!
Edukacja na temat charakteru i metod policyjnych prowokacji, których celem jest osiągnięcie określonego medialno-politycznego celu przynosi piorunujące efekty. Społeczeństwo pokazało, że potrafi bardzo szybko się uczyć, pomimo totalnego opanowania większości mediów przez funkcjonariuszy jednokierunkowej propagandy. Władza dzięki temu wie, że żadne totalne metody nie zadziałają na dłuższą metę w społeczeństwie przez dziesiątki lat wytrenowanym do funkcjonowania w niesprzyjającym środowisku. Zeszłoroczny i tegoroczny Marsz pokazał, że tradycje demokratyczne i obywatelska odpowiedzialność są pieczołowicie kultywowane, przekazywane pomimo różnych fałszywych pseudo-obywatelskich akcji, które de-facto nakierowane są na dyskryminację obywatelskiej większości.
Tradycje państwowe i demokratyczne są na tyle głęboko zakorzenione w społeczeństwie, że żadna antypolska oikofobiczna propaganda nie jest w stanie zepsuć polskiej umiejętności manifestowania wspólnotowych demokratycznych wartości. Wyrastający ze starosłowiańskiej tradycji wiecowej demokratyczny instrument manifestacji jest tak mocno osadzony w zbiorowej świadomości, że nie trzeba długo tłumaczyć, czemu takie zgromadzenie służy i co jest dla takiego zgromadzenia szkodliwe.
Sukces w realizacji tego celu, pomimo niesprzyjających medialnych warunków udowadnia, że wpajana nam od lat opinia jakobyśmy niedorośli do demokracji, jest z gruntu fałszywa, bo demokracja to nasz naturalny odwieczny ustrój. Demokracja, w której każdy ma prawo do demonstrowania swoich poglądów. Każdy, to znaczy nie tylko Arianin, Kalwin czy Żyd, ale również Polak, Litwin czy Kozak. Polska tolerancja dla odmienności idzie w parze z przywiązaniem do warunków tęże tolerancję umożliwiających. Dlatego taki opór wzbudzają inicjatywy zmierzające do blokowania innym demonstrowania swoich poglądów.
Parada gejowska, Kolorowa Niepodległa, Marsz Bronka, czy jakikolwiek inny marsz nie był i nie jest blokowany przez inne czynniki niż policja. Jedynie Marsz Niepodległości ktoś usilnie chce zablokować i to pragnienie między innymi także leży u źródeł jego sukcesu.
To przywiązanie do tradycji demokratycznej tolerancji i sprzeciw wobec totalizujących tendencji obecnej władzy, manifestujące się masowym uczestnictwem w różnego rodzaju demonstracjach jest na tyle mocnym i skutecznym znakiem obywatelskiej samoorganizacji, że władza w tym roku zamiast rozdawać rękami swoich propagandystów gwizdki, postanowiła zorganizować własny marsz, zaś toporna prowokacja policji nie przyniosła oczekiwanych rezultatów.
Warto mieć świadomość tego sukcesu zadającego kłam propagandzie rzekomo polskiej nieudolności i niesamodzielności.
Jako obywatel wolnego i demokratycznego kraju będę chciał wiedzieć kto odpowiada za wydanie rozkazu do idiotycznych, nieskoordynowanych i nieadekwatnych do sytuacji interwencji polskiej policji. Dotyczy to wypadków zarówno w tym jak i w zeszłym roku. Tymczasem na razie wniosek prokuratora, stwierdzającego małą szkodliwość społeczną haniebnego czynu policjanta na służbie, kopiącego w twarz nie stawiającego oporu przechodnia jest jasnym znakiem, że obecne państwo nie jest ani demokratyczne ani sprawiedliwe. Jednak żaden totalizm i niewola nie może trwać w Polsce wiecznie, bo Polacy to naród jak żaden inny przywiązany do takich wartości jak wolność, demokracja i tolerancja.
W Alejach Jerozolimskich zobaczyłem marsz Kolorowej Niepodległej pod czarno-czerwonymi sztandarami. Choć moim zdaniem barwy sztandarów powinny być raczej czarno-białe, biorąc pod uwagę, że kolumna marszowa składała się w głównej mierze z czarno umundurowanych policjantów zwieńczonych białymi kaskami. Niemniej robiła wrażenie ta "kilkudziesięciotysięczna" manifestacja w kontekście "kilkuset" uczestników Marszu Niepodległości ;-)
Aleje Jerozolimskie były zablokowane przy ulicy Kruczej. Skręciłem zatem z Kruczej w Żurawią i gdy doszedłem do Marszałkowskiej, powitał mnie huk petard i zobaczyłem fruwające w zadymionym powietrzu czerwone flary. Nagle zaroiło się od biegających we wszystkich kierunkach ubranych na czarno ludzi w kominiarkach oraz zaczęły dochodzić standardowe wezwania policji do zachowania zgodnego z prawem. Nikt nie wiedział co się dzieje, kto kogo atakuje i w którą stronę uciekać.
Gdy trochę się uspokoiło wyszedłem na środek luźniejszej ziemi niczyjej. Policja stała, zaś rzucających kamienie ludzi w kominiarkach próbowały powstrzymać służby porządkowe Marszu. Na skierowane do konkretnej osoby krzyknięcie żeby przestać rzucać, delikwent opuszczał z reguły rękę, ale były i takie osoby, które rzuciły się na mnie, krzycząc "ty agorowy prowokatorze! to my bronimy cię przed przed Michnikiem!" Na szczęście nie byłem jedyną osobą, która spontanicznie próbowała powstrzymać tę zorganizowaną akcję i napastnicy szybko się wycofali.
Z samochodu organizatorów, stojącego między Cepelią a Forum, dały się słyszeć uspakajające wezwania organizatorów do wycofania się na punkt startu, czyli na rondo Dmowskiego. Tłum zaczyna się wycofywać, ale robi się coraz ciaśniej i w końcu pada informacja od organizatorów, żeby stanąć w miejscu, bo tył też jest zablokowany przez policję. W zasadzie wszystkie wyjścia są zablokowane, a na czoło ciągle napiera tyraliera wzywająca tłum do rozejścia. Sytuacja patowa. Organizator zarządza śpiewanie hymnu narodowego, co uniemożliwia rzucanie kamieni w policję przez prowokatorów: rzucanie zamiast śpiewania w postawie zasadniczej natychmiast demaskuje intencje. Marszowe służby porządkowe opanowują sytuację, rozpoczynają się negocjacje z policją co dalej.
W końcu policja, widząc że prowokacja się nie uda, ustępuje i Marsz już bez większych przeszkód dochodzi aż na Agrykolę.
Szczegóły prowokacji można przeczytać i obejrzeć np. tu:
Kilka słów komentarza.
Tegoroczny Marsz Niepodległości okazał się kolejnym sukcesem. Konstruktywnym sukcesem organizacyjnym i edukacyjnym. Utrzymanie kilkudziesięcio-tysięcznego tłumu w ryzach, w sytuacji skrajnego napięcia, gdy policja bez większych powodów zaczyna strzelać z broni gładkolufowej do tłumu, w którym znajdują się nie tylko weterani zamieszek z policją, ale także kobiety i dzieci, gdy wezwania do rozejścia się połączone są z blokadą wszystkich wyjść z zamkniętego terenu - w takich warunkach opanowanie emocji i doprowadzenie do pokojowego zakończenia jest naprawdę wielkim osiągnięciem!
Edukacja na temat charakteru i metod policyjnych prowokacji, których celem jest osiągnięcie określonego medialno-politycznego celu przynosi piorunujące efekty. Społeczeństwo pokazało, że potrafi bardzo szybko się uczyć, pomimo totalnego opanowania większości mediów przez funkcjonariuszy jednokierunkowej propagandy. Władza dzięki temu wie, że żadne totalne metody nie zadziałają na dłuższą metę w społeczeństwie przez dziesiątki lat wytrenowanym do funkcjonowania w niesprzyjającym środowisku. Zeszłoroczny i tegoroczny Marsz pokazał, że tradycje demokratyczne i obywatelska odpowiedzialność są pieczołowicie kultywowane, przekazywane pomimo różnych fałszywych pseudo-obywatelskich akcji, które de-facto nakierowane są na dyskryminację obywatelskiej większości.
Tradycje państwowe i demokratyczne są na tyle głęboko zakorzenione w społeczeństwie, że żadna antypolska oikofobiczna propaganda nie jest w stanie zepsuć polskiej umiejętności manifestowania wspólnotowych demokratycznych wartości. Wyrastający ze starosłowiańskiej tradycji wiecowej demokratyczny instrument manifestacji jest tak mocno osadzony w zbiorowej świadomości, że nie trzeba długo tłumaczyć, czemu takie zgromadzenie służy i co jest dla takiego zgromadzenia szkodliwe.
Sukces w realizacji tego celu, pomimo niesprzyjających medialnych warunków udowadnia, że wpajana nam od lat opinia jakobyśmy niedorośli do demokracji, jest z gruntu fałszywa, bo demokracja to nasz naturalny odwieczny ustrój. Demokracja, w której każdy ma prawo do demonstrowania swoich poglądów. Każdy, to znaczy nie tylko Arianin, Kalwin czy Żyd, ale również Polak, Litwin czy Kozak. Polska tolerancja dla odmienności idzie w parze z przywiązaniem do warunków tęże tolerancję umożliwiających. Dlatego taki opór wzbudzają inicjatywy zmierzające do blokowania innym demonstrowania swoich poglądów.
Parada gejowska, Kolorowa Niepodległa, Marsz Bronka, czy jakikolwiek inny marsz nie był i nie jest blokowany przez inne czynniki niż policja. Jedynie Marsz Niepodległości ktoś usilnie chce zablokować i to pragnienie między innymi także leży u źródeł jego sukcesu.
To przywiązanie do tradycji demokratycznej tolerancji i sprzeciw wobec totalizujących tendencji obecnej władzy, manifestujące się masowym uczestnictwem w różnego rodzaju demonstracjach jest na tyle mocnym i skutecznym znakiem obywatelskiej samoorganizacji, że władza w tym roku zamiast rozdawać rękami swoich propagandystów gwizdki, postanowiła zorganizować własny marsz, zaś toporna prowokacja policji nie przyniosła oczekiwanych rezultatów.
Warto mieć świadomość tego sukcesu zadającego kłam propagandzie rzekomo polskiej nieudolności i niesamodzielności.
Jako obywatel wolnego i demokratycznego kraju będę chciał wiedzieć kto odpowiada za wydanie rozkazu do idiotycznych, nieskoordynowanych i nieadekwatnych do sytuacji interwencji polskiej policji. Dotyczy to wypadków zarówno w tym jak i w zeszłym roku. Tymczasem na razie wniosek prokuratora, stwierdzającego małą szkodliwość społeczną haniebnego czynu policjanta na służbie, kopiącego w twarz nie stawiającego oporu przechodnia jest jasnym znakiem, że obecne państwo nie jest ani demokratyczne ani sprawiedliwe. Jednak żaden totalizm i niewola nie może trwać w Polsce wiecznie, bo Polacy to naród jak żaden inny przywiązany do takich wartości jak wolność, demokracja i tolerancja.
Subskrybuj:
Posty (Atom)