niedziela, 4 sierpnia 2024

Opanowanie świata - spiskowa praktyka

Tekst pochodzi z wydanej w roku 1921 książki "Mocarstwo Anonimowe" będącej zebranym przez Adolfa Nowaczyńskiego zbiorem cytatów bardzo różnych wypowiedzi nt. Żydów. Treść koresponduje mocno swoim charakterem z "Protokołami Mędrców Syjonu", o których wiadomo że były dziełem carskiej ochrany. Najprawdopodobniej tekst ten nigdy nie został wygłoszony na żadnym cmentarzu, a jego rzekomy autor być może nigdy nie istniał, niemniej co innego niż jego autentyczność jest tu istotne. 

Ten tekst na pewno powstał przed rokiem 1921, a zatem niezależnie od tego kto go stworzył zatrważa jego adekwatność do wypadków zarówno historycznych jak i teraźniejszych. Pod słowo "Żydzi" możemy podstawić sobie "komunistów", "islamistów", "kapitalistów", "ponadnarodowe korporacje", a nawet "woke" czy "LGBTQ+". Opisane metody jakby znajome i zaskakująco aktualne. Gdyby nie skany oryginalnego wydania w bibliotekach cyfrowych, sądziłbym że to klasyczny fejk. Tymczasem okazuje się że spiskowe teorie ktoś wciela w życie i konsekwentnie realizuje bałamucąc kolejne pokolenia za pomocą ciągle tych samych sprawdzonych metod. 

Ja się wyrwać z tej matni manipulacji i rozgrywania? Tego nie wiem. Natomiast czy jest to w ogóle możliwe, skoro od stu lat nikt nie wymyślił sposobu przeciwdziałania? Przeciwnie, metody coraz jawniej brutalne i coraz bardziej bezczelne wydają się coraz bardziej skuteczne. Zresztą oceńcie sami:

***

Rabbi Reichhorn - mowa wygłoszona w Pradze, w r. 1869 nad trumną, rabina Symeona ben Jehudy.

Co stulecie — my uczeni Izraela, przyjęliśmy jako zwyczaj zbierać się w sanhedrynie, by sprawdzać, jakie zrobiliśmy postępy nad opanowaniem świata, obiecanego nam przez Jehowę, i jakie zwycięstwa odnieśliśmy nad nienawistnym chrystjanizmem. W tym roku zebrani nad grobem naszego wielebnego Symeona ben Jehudy możemy z dumą powiedzieć, że wiek ubiegły zbliżył nas do celu i że ten cel będzie niedługo osiągnięty. 

Złoto zawsze było i będzie siłą niepokonaną. Kierowane umiejętną ręką będzie najużyteczniejszą dźwignią dla tego, który je posiada, a przedmiotem pożądania dla tych, którzy go nie mają. Zlotem kupujemy sumienia najbardziej uporczywe, ustalamy całość wszystkich wartości, kurs dla wszystkich produktów, przychodzimy z pomocą, kredytem (pożyczką) państwom, które później zdane są na naszą łaskę. Wszystkie ważniejsze banki i giełdy wszechświatowe, wierzy­telności dla wszystkich rządów, są w naszych rękach.

Inną wielką siłą, jaką posiadamy, jest prasa. Powtarzając nie­ustannie pewne ideje, prasa przyjmuje je w końcu jako prawdy. Teatr oddaje usługi podobne. Wszędzie: prasa i teatr są posłuszne naszym wskazówkom.

Przez nieustanne pochwały systemu demokratycznego, podzie­limy chrześcijan na partje polityczne, zburzymy ich jedność naro­dową i zaszczepimy rozłam. Bezsilni poddadzą się prasie naszego kapitalizmu zjednoczonego, oddanego naszej sprawie. Pchać będziemy chrześcijan do wojen, wyzyskując ich pychę i ich głupotę. Wyginą i zostawią miejsca wolne dla naszych. 

Posiadłość ziemi zawsze tworzyła wpływy i władzę. W imię sprawiedliwości socjalnej i równości będziemy dzielili wielkie ma­jątki. Część ziemi damy chłopom, którzy tak bardzo tego pragną, a którzy niedługo będą obdłużeni przez wyzysk. Nasze kapitały zrobią nas panami. My staniemy się teraz wielkimi posiadaczami, a posiadanie tej ziemi zapewni nam władzę.

Starajmy się zastąpić w obiegu złoto przez monetę papie­rową; nasze kasy będą przepełnione złotem, będziemy regulowali wartość papierów, co nas uczyni panami wszystkiego, co istnieje. Mamy pomiędzy sobą zdolnych mówców, którzy potrafią zdo­być się na entuzjazm i przekonywać tłumy; rozpowszechniać będą po­między ludem, oznajmiając im zmiany, jakie mają zajść a które urzeczywistnione dadzą szczęście całemu rodowi ludzkiemu.

Przez złoto i pochlebstwa pozyskamy proletarjat, który się podejmie zniszczyć kapitalizm chrześcijański. Przyrzekniemy ro­botnikom płacę, o jakiej nigdy nie marzyli, podniesiemy jednak równocześnie ceny towarów potrzebnych, tak iż nasze zyski będą jeszcze większe. W ten sposób przygotujemy Rewolucję, którą chrześcijanie sami będą prowadzili, a z której my zbierać będziemy owoce.

Przez nasze szyderstwo i nasze napaści ośmieszymy i zohy­dzimy ich księży; ich religja stanie się tak samo śmieszna i wstrętna, jak ich kler. Będziemy więc także panami ich dusz, bo nasze na­bożne przywiązanie do naszej religji i naszych obrządków wy­twarza wyższość naszą i wyższość naszych dusz.

Posłaliśmy już naszych ludzi na wszystkie ważne posterunki. Postarajmy się dostarczać gojmom adwokatów i lekarzy; adwokaci są wtajemniczeni we wszystkie interesy; lekarze raz wprowadzeni w dom, stają się spowiednikami i kierownikami sumienia. Ale przede wszystkiem tam zajmujmy stanowiska, gdzie mo­żemy nauczać. Przez nauczanie możemy wszczepiać idee, które są nam potrzebne, przygotowując umysły dla naszej wygody.

Jeżeli jeden z naszych wpadnie nieszczęśliwie w szpony spra­wiedliwości u chrześcijan, śpieszmy mu z pomocą, znajdźmy tyle świadectw, by go uwolnić od jego sędziów, czekając cierpliwie, aż sami staniemy się sędziami.

Monarchowie chrześcijańscy, nadęci ambicjami i próżnością, otaczają się zbytkiem i liczną armią. My dostarczymy im potrze­bnych pieniędzy, których domaga się ich szaleństwo i będziemy ich trzymali na smyczy.

Starajmy się nie przeszkadzać małżeństwu naszych ludzi z chrze­ścijankami, bo przez nie dojdziemy do kół najwięcej dla nas zamkniętych. Jeżeli nasze córki wyjdą za gojmów, nie będą nam mniej użyteczne, bo dzieci z matki żydówki należą do nas. Szerzmy ideje wolnych związków, by zniszczyć u kobiet chrześcijańskich przywiązanie do zasad i praktyk religijnych. 

Od wieków synowie Izraela, pogardzani i prześladowani, pra­cowali, by sobie utorować drogę do władzy. Dobiegają kresu. Badają życie ekonomiczne przeklętych chrześcijan; ich wpływ jest przeważający w polityce i obyczajach. W godzinę oznaczoną, zawczasu, rozpętamy Rewolucję, która rujnując wszystkie klasy chrześcijaństwa, ujarzmi nam wszystkich chrześcijan. 

I tak dopełni się obietnica Boża dana swojemu ludowi.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Henryk Sienkiewicz o polskim nacyonalizmie

Poniższy fragment tekstu Henryka Sienkiewicza funkcjonuje w Internecie jako "List Polaka do ministra rosyjskiego". Poszukiwanie potwierdzenia w źródłach nie da rezultatów powodując włożenie tego tekstu do szufladki fejków.

Tymczasem nie jest to żaden fejk, lecz fragment innego tekstu opublikowanego w tomie 35 Pism Henryka Sienkiewicza w roku 1912. Tytuł tekstu to Zjednoczenie Narodowe.

Poniżej podaję więcej fragmentów z tekstu, zaznaczając ten krążący dotychczas w sieci:

Stronnictwa muszą istnieć, albowiem stan przeciwny byłby możliwy tylko wobec ogólnej bezmyślności. Nikt też nie będzie się starał o zaprowadzenie jednego pasterza i jednej owczarni. Natomiast stronnictwa, bez względu na dzielące je różnice i barwy, mogą w pewnych doniosłych chwilach działać nie tylko w sposób zgodny i jednolity, ale wspólnie zorganizowany, a powinny działać tak zawsze w czasach wielkich grożących narodowi niebezpieczeństw i wobec olbrzymich zadań, które z natury rzeczy wymagają solidarności. [...]

Ażeby usunąć anarchię, trzeba zmienić dotychczasowy system rządowy w Królestwie, a biurokracya miejscowa broni go, jako swego stanu posiadania. Boi się ona browningów i zasłania się przed nimi wojskiem. Musi stać na dawnem, rusyfikatorskiem stanowisku, gdyż inaczej nie pozostawałoby jej nic innego, jak sobie pójść. Jeśli nawet cofa się chwilami przed prądem reform, czyni to z największym, na jakie się zdobyć może, oporem, niechętnie, nienawistnie, broniąc starego systemu piórami swych czynowników, a nawet i takich profesorów, dla których właściwsze byłyby posady policyjne, niż uniwersyteckie — bryzgając jadem i denuncyując społeczeństwo, któremu związała ręce, że obojętnie patrzy na bezład. [...]

Nie! Polski i jej interesów nie mogą bronić ani nasi dzisiejsi socyaliści, którzy jej głupio nienawidzą, ani anarchiści, którzy szarpią jej wnętrzności, ani wogóle poboczni synowie rewolucyi rosyjskiej i bratobójcy. Zeby bronić narodu, trzeba być z narodu i trzeba go kochać. Jest to jednym z warunków nie tylko uczciwej, ale i rozumnej polityki. [...]

Trzeba patrzyć zawsze na niezmienną wielkość idei, nie zaś na przypadkową małość niektórych jej wyznawców. Tylko nikczemne i złośliwe indywidua, lub absolutni głupcy mogą porównywać nacyonalizm polski z hakatystycznym nacyonalizmem niemieckim lub z czarnosecinnym rosyjskim. Nacyonalizm polski nie tuczył się nigdy cudzą krwią i łzami, nie smagał dzieci w szkołach, nie stawał pomników katom. Zrodził się z bólu, największej tragedyi dziejowej. Przelewał krew na rodzinnych i na wszystkich innych polach bitew, gdzie tylko chodziło o wolność. Wybuchnął i rozgorzał w niewoli, jako poryw ku wolności. Wypisał na swych chorągwiach najszczytniejsze hasła miłości, tolerancyi, oswobodzenia ludu, oświaty, postępu. [...]

Kto go inaczej pojmuje — płytko i źle go pojmuje; kto mu inaczej służy — błądzi. [...]

czwartek, 16 marca 2017

Józef Mackiewicz - o nacjonalizmie i fetyszu zgody

Przyjął się powszechnie sąd, że Sowiety, popierając często różne nacjonalizmy, zwłaszcza wśród ludów kolorowych, mają wyłącznie na celu podsycanie ich nienawiści do białych tzw. "imperialistów", aby tym ostatnim robić, gdzie można, trudności, a następnie samym tym łatwiej zagarnąć te kolonie. Oczywiście tak jest. Ale podsycając nacjonalizmy, bolszewizm toruje sobie drogę do tym łatwiejszego opanowania jednocześnie - mentalności tych ludów. Bolszewizm nie jest bowiem dziś pojęciem gospodarczo-socjalno-politycznym, a jest wynalazkiem psychologicznym przeistaczającym, a jak się to u nich mówi: "przekuwającym" wielotorowość ludzkiej indywidualności w jednotorowego robota. Powiadają, że nacjonalizm jest wrogiem bolszewizmu; owszem, ale - wyradzając się w ciasny nacjonalizm, właśnie przez swą ciasnotę działa, funkcjonuje na obrotach nieraz bardzo zbliżonych do bolszewizmu. W ten sposób mózg ludzki, raz już wdrożony do tego rodzaju obrotów myślowych, łatwiej poddaje się bolszewizacji, niż taki, który działa na obrotach szerokich, ogólnoludzkich ideałów wolności.

Na srebrnych monetach dawnej Rzeczypospolitej widniał napis po łacinie: "Dobro Republiki najwyższym prawem". Nie jest to slogan odpowiedni na dzisiejsze czasy, gdy cała ludzkość zagrożona jest niebezpieczeństwem niewoli sowieckiej. Szczególnie zaś nie może pasować do Polaków, z których znaczna część jest najlepszymi obywatelami Stanów Zjednoczonych, a nie przestaje być przez to dobrymi Polakami. To właśnie w Sowietach: dobro partii bolszewickiej jest najwyższym prawem...

Otóż wydaje mi się, że Polacy zbyt często zapominają o tym niezbyt fortunnym, a trochę niebezpiecznym sąsiedztwie sloganów... Nie! Najwyższym prawem nie jest dziś ani dobro Republiki, ani dobro partii, ale sprawiedliwość powszechna i ideały ogólnoludzkie! Dziś nie taka czy inna linia graniczna jest ważna, a ważne jest, żeby w tych liniach granicznych można było żyć jak człowiek, a nie jak żyją odarci z wolności osobistej i godności ludzkiej niewolnicy bolszewickiego systemu.

Dążąc do chwalebnej i rozumnej zgody, powinniśmy i na emigracji wystrzegać się narzuconej z góry jednokierunkowości myślenia, szablonowych wzorów i totalitarnej "jednomyślności". Powiedziałem: "... i na emigracji". Może raczej powinienem był powiedzieć: "zwłaszcza na emigracji", na emigracji, która jest protestem przeciwko niewoli m. in. także myślowej, narzuconej krajowi. Niechże tam w kraju wiedzą, że dyskutujemy i kłócimy się nawet, bo - mamy do tego prawo. Bo jesteśmy wolni i im też przywrócić chcemy nie żadne wypieczone z góry formułki i dyrektywy, ale wolność. Wolność myślenia i wolność wypowiadania się.

Dziennik Polski (Detroit) 1952 nr 126

wtorek, 7 lutego 2017

Józef Mackiewicz - Moda na bolszewicki wynalazek

Poniższy tekst Józef Mackiewicz opublikował w 1951 roku. Od tego czasu bolszewicki wynalazek stracił może na świeżości, ale nic nie stracił na skuteczności. Zwłaszcza, że kulturowa siła oddziaływania mody wsparta została przez sądownictwo różnych krajów, dając w efekcie zjawisko "politycznej poprawności", którego zalet nikomu chyba przedstawiać nie trzeba.


Józef Mackiewicz
Zawodowy antybolszewizm

[...] Kłamstwo jest naturalnym zjawiskiem, właściwym człowiekowi jako składnik jego psychiczno-fizjologicznego ustroju. Wskutek swojej niedoskonałości, człowiek nie może obejść się bez kłamstwa, czy to najbardziej niewinnego, pospolitego, wynikającego z uprzejmości, czy też odwrotnie - złośliwego, z wyrachowania. W sferze psychiki kłamstwo na naszej planecie jest takim samym naturalnym żywiołem, jakim w sferze fizycznej są, powiedzmy, powietrze czy woda. Kiedyś tam znaleźli się ludzie, którzy skierowali żywioł wodny w koryto, a pod strumień wody podstawili koło, ażeby wyzyskać jej naturalną moc. Bolszewicy wpadli na pomysł, by coś podobnego zrobić w sferze ludzkiego kłamstwa: koncentrując wszelkie kłamstwo, dotychczas będące w naturalnym obiegu, wykorzystują zebrany w ten sposób potencjał jak moc - oczywiście, nie dla młócenia zboża czy piłowania kłód, ale dla psychicznego otępienia i rozkładu mas ludzkich.

Wynalazek okazał się tak skuteczny, że doprowadził do gruntownych przemian w szeregu zjawisk życia ludzkiego, a więc: w dziedzinie znaczenia słów, pojęć, w obrazie rzeczywistości, bo te nagle, bez stosowania jakichś bardziej skomplikowanych forteli i bez hipokryzji, objawiły się na opak; czy też w dziedzinie umiejętności przeprowadzania dowodu, że białe jest czarne albo odwrotnie. Okazuje się, że kręcące się kolo bolszewickiego kłamstwa produkuje tyle energii dynamicznej, otumaniającej ludzki rozum, że nagle stało się dopuszczalne nieliczenie się ze zdrowym rozsądkiem w ogóle.

Oczywiście, można byłoby zrzucić bombę atomową ha tę sowiecką fabrykę kłamstwa, ażeby za jednym zamachem rozbić cały młyn w drobny mak, ale w sferze idei tylko prawda może być rzeczywistą bronią i stać się mocną podstawą wszelkiej walki antybolszewickiej.

Jaka to powinna być prawda? Prawda, jakkolwiek bardzo niedoskonała, ludzka prawda, może być tylko jedna. Prawda należy do tych kategorii ducha, których jakość zależy od ilości, czyli od tego, czy jest pełna. Pół prawdy bywa nie tylko połową arytmetyczną, ale często jest gorsze od kłamstwa. (W bolszewickim młynie niekiedy wysoko cenią tego rodzaju produkt: półprawdę.) Biorąc pod uwagę siłę bolszewickiego kłamstwa, za jego przeciwieństwo możemy uznać nie jakąkolwiek prawdę, ale tylko całą prawdę.

Ideał jest na razie za górami. Ale spróbujmy zrobić pierwszy krok na dalekiej, grząskiej drodze. Tym pierwszym krokiem powinno być przywrócenie suwerenności wolnej myśli, za pomocą wyrwania jej spod dyktatury sowieckiej "mody".

Dlaczego mówię o "modzie"? - Dlatego, że bryzgi, lecące spod koła sowieckiego kłamstwa dotarły dziś do najbardziej odległych zakątków kuli ziemskiej i spowodowały w dziedzinie społeczno-politycznej zjawisko podobne do tego, które paryska moda dokonuje w dziedzinie damskich strojów: niezależnie od tego, ładna czy szkaradna, podoba się czy nie podoba, pomstują na nią czy nawet protestują przeciwko niej (a zdarza się, że wykpiwają) - koniec końców, wszyscy się jej podporządkowują.

Oczywiście,  przeważająca większość ludzkości jest nastawiona przeciw roszczeniom  sowieckim, przeciw bolszewizmowi w ogóle. Ale zarazem, w jakiś niepojęty sposób, wystarczy, by Moskwa wymyśliła jakieś hasło, a natychmiast upowszechnia się ono nie tylko wśród zwolenników bolszewizmu, ale i wśród jego przeciwników. Tak ma się rzecz, na przykład,  z osławionym "antyfaszyzmem", z powszechnym równaniem "w lewo", z walką "o pokój" i innymi niezliczonymi sloganami. We wszystkich krajach ludzie wyłażą dziś ze skóry, żeby pokazać, że są największymi antyfaszystami, najprawdziwszymi socjalistami, najgorętszymi zwolennikami pokoju itd., itd. Byłych "SS" wsadzają do więzienia, choćby ci wyrzekali się swojej przeszłości, gdy tymczasem, odwrotnie, być byłym bolszewikiem jest raczej wygodnie w zachodnim społeczeństwie, jak gdyby nie było wiadomo, że nazizm był tylko krótkotrwałą i nieudaną próbą naśladowania bolszewizmu. Ludzie, którzy otwarcie mówią, jak szkodzili własnej ojczyźnie, będąc w przeszłości na usługach Moskwy, są teraz darzeni szacunkiem, a zarazem znam na przykład przypadek niedopuszczenia pisarki, która spędziła lata w sowieckich łagrach koncentracyjnych, do kręgu działaczy antysowieckich z jednego jedynego powodu, że mąż jej był kiedyś urzędnikiem policji, zresztą bestialsko zamordowanym przez bolszewików. Współpraca z bolszewikami i pomoc, okazywana armii czerwonej w minionej wojnie, stanowią wciąż jeszcze pewnego rodzaju dyplom politycznej prawomyślności, a tylko na mocy tego dyplomu pozwala się osobom mogącym go przedłożyć na wiele rzeczy, które są zabronione innym.

Utkwiła mi w pamięci publiczna wypowiedź marszałka Mannerheima po wojnie. Człowiek, którego imieniem nazwano pierwszą w Europie linię obrony od bolszewizmu, w latach 1939-40 nieomal bożyszcze słabych i bezbronnych narodów Europy Wschodniej, uznał za wskazane opowiadać o swoich kłótniach z Hitlerem, o swojej wrogości wobec Niemców, prawie słowem nie wspominając ani o swojej bohaterskiej wojnie z bolszewikami, ani o bolszewickim zagrożeniu. Z powodu małoduszności, czy dla dogodzenia panującej modzie? Powiadają "tego wymagała taktyka polityczna". Od tamtych czasów dużo się zmieniło, ale cóż, rok mija za rokiem, a nowej polityki nie widać zza starej taktyki, tak jak bywa, że nie widać lasu zza drzew!

Nadszedł czas, by wyjść z błędnego koła, zakreślonego przez drugą wojnę światową. Nie wiem, czy nastąpi trzecia, ale w każdym razie przyszłość zażąda nowych pozycji wyjściowych. Czas odrzucić modne okulary, za którymi cały świat udaje, że nie widzi i nie wie, kto pierwszy stworzył obozy koncentracyjne, gdy jeszcze o Dachau i Oświęcimiach mowy być nie mogło, oraz potworne jarzmo, w którym jęczą narody Europy Wschodniej, a które zagraża wszystkim narodom świata.

Charakteryzując zatem "zawód" antybolszewika jako jeden z najbardziej na świecie sprzyjających człowiekowi i prawdzie, wskazane byłoby dodać do jego zalet odwagę realizacji. Wydaje się, że odwaga nie jest czymś aż tak trudnym, jak sądzą niektórzy. W każdym razie - nie w naszych warunkach, gdzie przecież nie ma ani Gestapo, ani MGB. Wystarczy tylko mniej oglądać się na tłum, mniej bać się tego tłumu politycznych frantów, ubranych według wciąż jeszcze obowiązującej, ale przestarzałej mody.

Frankfurt nad Menem, 1951

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Józef Mackiewicz - Dym bez ognia

Tekst poniższy Józef Mackiewicz opublikował w roku 1952, w Dzienniku Polskim wydawanym w Detroit. Tekst nie tylko nadal jest aktualny, ale pozwala sobie uzmysłowić siłę woli, która wydaje się być niepokonana, gdy postanowi nie przyjmować do wiadomości pewnych aspektów rzeczywistości. Opisywany wynalazek stosowany jest przecież do dzisiaj, zarówno w Gruzji 2008, na Ukrainie, a w mniejszej skali także przez naszych rodzimy bolszewików grzmiących o "pełzającym totalitaryzmie" i "niszczeniu demokracji".

Józef Mackiewicz
Dym bez ognia

Nie może być większego błędu w polityce, jak fałszywa ocena wroga. Wszelkie wpadanie w szablon, łatwizny, mierzenie przestarzałą miarą, jest błędem nie tylko w stosunku do chwili bieżącej, ale stanowi niebezpieczeństwo dla dorastającego pokolenia, przez narzucanie mu skostniałej "szkoły politycznej", zdezaktualizowanej już dawno.

Podobnie ma się rzecz, gdy z maniackim uporem chcemy we współczesnym bolszewizmie widzieć wyłącznie przejawy starego, rosyjskiego imperializmu, a nie chcemy dostrzegać form i metod zupełnie nowych, jakimi się ten bolszewizm posługuje.

Tymczasem dokonał on szeregu, po prostu ciekawych wynalazków w dziedzinie psycho-politycznej, o jakich się nie śniło nawet naszym ojcom i dziadom, o jakich nie śmiał marzyć żaden z dotychczas znanych samowładnych, autokratycznych czy nawet totalitarnych policyjnych ustrojów.

Z tego szeregu chciałbym wymienić tu jeden, może najbardziej charakterystyczny. Jest to wynalazek, który można nazwać "dymem bez ognia". Znane jest bowiem powszechnie przysłowie "nie ma dymu bez ognia". Przysłowie to ma znaczyć, że jeżeli się coś dzieje, coś mówi o kimś, czy o czymś, powtarza uparcie i to nawet w wypadku, jeżeli rzecz okazuje się w końcu nieprawdziwa, można się doszukać jakiejś przyczyny, jakiegoś powodu, czy chociażby małej w tym cząsteczki prawdy, właśnie tego ognia, tlejącego może nikłym płomieniem, ale stanowiącego źródło - dymu, który się rozpowszechnia. Przysłowie jest stare i bardzo znane, co świadczy, że dotychczas ludzie nie mogli istotnie doszukać się dymu bez ognia.

Otóż bolszewicy tego wynalazku dokonali

W dotychczasowej praktyce, gdy ktoś chciał dopuścić się jakiegoś politycznego czynu, bazowanego na stuprocentowym łgarstwie, uciekał się do tzw. prowokacji. Prowokacja jest rzeczą starą jak świat. Prowokacja była dotychczas niezbędna dla stwarzania tego właśnie "ognia", gdzie go nie było, czyli ognia sztucznego, ażeby można było następnie rozdmuchać zeń dym w oczy. Taką metodą prowokacji posługiwały się najczęściej państwa o policyjnym reżymie starego typu. Hitler, który z całym swym totalizmem nie dorósł nawet do pępka totalizmowi sowieckiemu, też nie potrafił wydostać się ponad stare formy. Na przykład, gdy przygotowywał napaść na Polskę, uzbrajał jakichś drabów, przebierał w mundury polskie, kazał im strzelać i hałasować na granicy, a nawet "wdzierać się na terytorium niemieckie", jak to miało miejsce na przykład z rzekomym napadem na niemiecką radiostację w Gliwicach, itd. Jednym słowem, prowokacja wymaga pewnego trudu, zabiegów, starań, mniej więcej sprytnie obmyślonej akcji, opłaconych agentów itp. pozorów

Otóż wydaje mi się, że gdy używamy często zresztą zwrotu "prowokacja sowiecka", nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, co mówimy. Sowiety doszły do takiego stopnia totalitarnego rozwoju, w którym prowokacja staje się zbędna. To znaczy, doszły do zupełnego zlekceważenia pozorów. W Sowietach, gdy chcą kogoś aresztować, deportować masowo, dokonać jakiejś presji, bynajmniej nie potrzeba używać agenta, który by na przykład zaczął prowokacyjnie strzelać. Po raz ostatni zastosowano ten przestarzały system, gdy zamordowano Kirowa, i pod tym pretekstem, pod tym pozorem rozpoczęto straszliwą czystkę. Dziś sowiecki system doszedł do przekonania, że nawet pojedynczy strzał jest zupełnie niepotrzebny. Wystarczy tylko powiedzieć, oświadczyć, że ktoś strzelił. Pozory są zupełnie zbędne. Kłamstwo w Sowietach doprowadzone jest do tego stopnia rozwoju i rozpowszechnienia, że i tak nie ma najmniejszego znaczenia najmniejszy pozór prawdy, gdyż nikt go nie będzie śmiał sprawdzać. Więc po co? Po co on potrzebny? Cokolwiek zdecyduje się na Kremlu, staje się nienaruszalnym kanonem. Cokolwiek się powie, jest święte. W takich warunkach uciekanie się do starych, "burżuazyjnych" metod prowokacji jest pozbawione celu.

Wydaje się, że jest to trochę za proste, by stać się godnym miana wynalazku. Właśnie najgenialniejsze wynalazki są najprostsze. Legendarne "jajko Kolumba" tylko dlatego przetrwało wieki, że było - takie proste. Podobnie prawie genialny jest wynalazek, który nagle olśnił panów z Politbiura moskiewskiego: "przecież w naszym systemie możemy powiedzieć wszystko!" Tak jest, wszystko, cokolwiek się zechce.

W roku 1939 powiedziano, że mała trzymilionowa Finlandia dokonała agresji i napadła na 200-milionowy Związek Sowiecki... No i cóż? I - nic. W sześć miesięcy później powiedziano, że trzy maleńkie, bezbronne państwa bałtyckie szykują napaść na Związek Sowiecki... Nie uciekano się przy tym do żadnej prowokacji. Po prostu powiedziano i koniec. To wystarczyło. To jest niesłychanie proste. Na tej samej podstawie odbywają się wszystkie procesy: mówi się oskarżonemu, co ma mówić i ten, pod wpływem takiej czy innej metody do niego zastosowanej, mówi. Mówi wszystko, co trzeba, aby było powiedziane.

Naturalnie na Zachodzie, ludziom, którzy nie znają, którzy nie widzieli nigdy systemu sowieckiego, trudno jest zrozumieć działanie tego idealnie uproszczonego mechanizmu. Mogę ich zapewnić, że działa bezbłędnie.

Niedawno wyszła nowa encyklopedia sowiecka i prasa angielska zastanawia się: "Czyżby to było możliwe, żeby czytelnik sowiecki mógł wierzyć w to wszystko, co tam napisano o Anglii?!..." Zastanawiając się w ten sposób, prasa angielska nie rozumie, że to nie ma żadnego znaczenia, czy on wierzy, czy nie wierzy, podobnie jak trzynaście lat temu nie miało żadnego znaczenia, czy kto na globie ziemskim uwierzy, że Finlandia dokonała agresji na Sowiety...

Identycznie ma się dziś rzecz z "zarzutem", że Amerykanie bombardują Koreę bombami bakteriologicznymi. Zarzut jest więcej niż śmieszny, jest zwykłym nonsensem. Nie wierzy temu w ogóle nikt. Ale tylko ktoś, kto nie zna systemu sowieckiego, stanie zdumiony, gdy się przed nim rozłoży gazety sowieckie wszystkich języków, w tej liczbie wychodzące po polsku w Warszawie: "Zbrodniarzy pod sąd narodów świata!" - "Pod pręgierz amerykańskich morderców!" - "Położyć kres zbrodniom!" itd. Oto są mniej więcej tytuły pokrywające pierwsze stronice tych gazet. "Hańba imperialistycznym ludobójcom. Potężny wiec protestacyjny w Warszawie!" - A dalej: "Napływają protesty: najróżniejsze prezydia związków, uczonych, Ligi Kobiet, muzyków, aktorów, straży ogniowej itd." Jednocześnie ani jeden strażak, ani jeden aktor i ani jeden uczony nie wierzy, żeby to była prawda!

Ja osobiście nie wierzę również, aby bolszewicy w Korei rzucili chociaż jedną bombę bakteriologiczną, dla upozorowania tego niesłychanego oszczerstwa. Po prostu: powiedzieli i - koniec. Przecież i tak nikt ze Szczecina, Torunia czy Warszawy nie pojedzie sprawdzać. Nie pojedzie też w tym celu nikt z Moskwy. Ba, nie pojedzie też nikt z Pekinu! Nikt taki, kto mógłby obiektywnie sprawdzić. A więc...

A więc pewnego dnia równie dobrze Sowiety mogą postawić "zarzut", że na przykład Prezydent Stanów Zjednoczonych jada na obiad kotlety z ludzkiego mięsa... I tak samo prasa sowiecka od Władywostoku po Berlin, od Szanghaju po Murmańsk będzie to powtarzać na pierwszych stronicach. Dlaczego tego już nie piszą? Bo im w tej chwili nie jest potrzebne. Jutro mogą napisać. Dlatego wszelkie tłumaczenie się, wyznaczanie komisji, odpieranie zarzutów itp. jest rzeczą nie tylko zbędną, ale, moim skromnym zdaniem, nawet szkodliwą. Kto się tłumaczy, ten się oskarża... Ludzie na Zachodzie nie znający jeszcze wynalazku "dymu bez ognia" mogą przypuszczać, że jednak... może... cośkolwiek... przypadkiem... ale "coś" w tym musi być prawdy.

Nie ma nic.

W Paryżu toczy się w tej chwili proces, wytoczony przez szereg działaczy emigracyjnych różnych narodów komunistycznemu pismu o oszczerstwo. Z polskiej strony występuje płk Kowalewski. Powołał on kilku świadków, między innymi gen. Bór-Komorowskiego itd. Prasa reżymowa przy tej okazji nie nazywa gen. Bora inaczej jak "zdrajcą", "agentem Gestapo". Nie należę osobiście do wielbicieli gen. Bora, raczej przeciwnie. Ale wyczytanie steku połajanek, ordynarnych bzdur, fantastycznych oskarżeń na najniższym poziomie, nie tylko nie ma żadnego celu, ale przede wszystkim - nudzi. Adwokaci komunistyczni "zarzucają" gen. Borowi, że był wrogiem Sowietów. A on, przeciwnie, "broni się", przytaczając niezbite fakty, że dopomagał w czasie wojny Sowietom do zwycięstwa. To nie ma żadnego sensu. Z bolszewikami nie można się licytować, bo ich się nie przelicytuje. A po drugie - nie ma się też czym chwalić... Już czas najwyższy odżegnać się od starych błędów. Inaczej zatchniemy się wszyscy w sowieckim... dymie.

Dziennik Polski (Detroit) 1952 nr 81

wtorek, 15 listopada 2016

Marsz jako radosna afirmacja Niepodległości

W kontekście kolejnego Święta Niepodległości proponuję zadać sobie kilka pytań.
  • Co sprawia że najliczniejsza manifestacja niepodległościowa w stolicy to manifestacja faszystów, ksenofobów, szowinistów i rasistów?
  • Co sprawia, że jest ona przynajmniej 7 razy liczniejsza niż jakakolwiek inna?
  • Czy faktycznie spoiwem tej największej manifestacji są szowinistyczne i rasistowskie hasła?
  • Czy to możliwe aby w polskiej kulturze tolerancji i pluralizmu (wszak gdzie 2 Polaków tam 3 zdania przecież) aż taką popularność zdobyły totalitarne hasła oparte na nienawiści? Czy może jednak istnieje jakieś pęknięcie komunikacyjne i prawdziwe przyczyny są jednak inne?
  • A może to właśnie sprzeciw wobec szowinizmu i rasizmu establishmentu jest źródłem tak wielkiej popularności tego marszu?

Tymczasem zarówno w publikacjach jak i w dyskusjach między znajomymi, zamiast pytań i prób odpowiedzi, mamy tradycyjne już obelgi i plemienne "odżegnywanie się od":

"Bieg niepodległości - TAK. Marsz nacjonalistów - NIE."

Taki komunikat umieścił pod swoim zdjęciem pewien znajomy, dumnie prezentując medal ukończenia biegu. Ktoś inny zapytał, jak by określić kogoś, kto by napisał "Marsz Niepodległości - TAK. Marsz bolszewików - NIE", ale pytanie pozostało bez odpowiedzi...

Często powraca ten motyw niewybrednego akcentowania odcinania się od największej manifestacji w dniu Święta Niepodległości. Odcinanie, które przecież  nie jest dziwne, wszak w demokracji normalne są różne stanowiska, które w różny sposób ze sobą dyskutują, wypracowując consensus. Dziwne w tych płomiennych deklaracjach zwolenników wolności i demokracji są tęsknoty za czasami panowania różnego rodzaju totalitaryzmów. Kwintesencją ich jest fragment tekstu innego znajomego:

"Marzy mi się 11 listopada jako to święto, które łączy cały Naród a nie dzieli nas sztucznie na plemiona wg przynależności partyjnej, wyznaniowej, czy sympatii do tej czy innej stacji telewizyjnej."

I w komentarzu podczas dyskusji pod wpisem stwierdza kategorycznie:

"Kwestii, której zaakceptować nie mogę, to że wspomniany marsz współorganizuje ONR, z którego rasistowskimi hasłami i programem nie mogę się zgodzić. Dla mnie uczestniczenie w tym konkretnym marszu jest w jakimś sensie wsparciem dla ONR"

Po roku nowej władzy nie mam wątpliwości, że dzisiaj podstawowe wolności są naprawdę realne i nieskrępowane. Różne grupy mają dostęp do różnych mediów. Na legalne manifestacje nie są nasyłani policyjni tajniacy w kominiarkach rzucający kamieniami. Nikt nie pali policyjnych budek strażniczych. Opozycyjne manifestacje trwają sobie bez policyjnych szykan i bez aresztowania organizatorów wracających wieczorem do domu. Za poprzednich rządów była to norma, jednak to istnienie ONR jest, wtedy i obecnie, jedną z głównych bolączek i źródeł trosk nowoczesnego i postępowego inteligenta.

Nie chcę wchodzić w rozważania na ile rasistowska czy faszystowska jest deklaracja ideowa ONR, tym bardziej, że byłoby to przystąpieniem do nurtu, który Slavoj Żiżek nazywa "przemieszczonym rasizmem". Muszę jednak stwierdzić, że zarzut organizowania Marszu Niepodległości przez m.in. ONR jest cokolwiek nietrafiony. Po pierwsze każdemu marszowi można zarzucić udział sił czy to bolszewicko-agenturalnych (KOD) czy wręcz terrorystycznych (antifa), zatem czepianie się akurat ONR trąci o hipokryzję. Po drugie nawet jeśli ONR ma w programie elementy trudne do zaakceptowania, to rozciąganie zarzutów na całość zjawiska, jakim jest coroczny Marsz Niepodległości, jest po prostu nieuczciwe.

Być może formuła Marszu Niepodległości jest właśnie propozycją najbardziej szeroką i najbardziej łączącą tak wiele różnych i czasem wręcz przeciwstawnych środowisk. Formuła radośnie jednocząca wokół niepodległości, czego nie są w stanie zakłócić nawet wyskoki przypisywane następnie "faszystom z ONR". (Podobnie zresztą nie są wstanie zakłócić radosności alternatywnych zgromadzeń transparenty o strzelaniu do Kaczora, czy bicie bejsbolami samotnych chłopców z polskimi flagami przez bojówki antify.) Formuła Marszu Niepodległości okazuje się na tyle atrakcyjna, że niepokoi nawet międzynarodowe gremia "postępowych demokratów i liberałów" które postęp, demokrację i liberalizm mają tylko w nazwie (jak od zarania różne organizacje komunistyczne w nazwie walczące o te wartości plus jeszcze oczywiście o "światowy pokój").

Nie wiem doprawdy dlaczego te dziesiątki organizacji, stowarzyszeń i grup znajomych idąc pod hasłami w rodzaju "Polacy dla Polski", czy "Polska bastionem Europy" mieli by być traktowani jako wspierający przedwojenne getta ławkowe tylko dlatego, że w pracy organizacyjnej biorą udział osoby należące do stowarzyszenia o nazwie nawiązującej do przedwojennego ONR. To nie jest marsz ONR czy Młodzieży Wszechpolskiej, to jest Marsz wszystkich Polaków afirmujących niepodległość swojego państwa. I ta afirmacja jest jego spoiwem. Popularność tego konkretnego marszu nie jest przejawem poparcia dla ONR lecz raczej efektem ideologicznego zamknięcia propozycji alternatywnych.

Nie sądzę, aby fanatyczni zwolennicy imprez organizowanych podczas Święta Niepodległości w kontrze do tego największego Marszu uświadomili sobie realny charakter swojego nastawienia i przyczyny popularności zjawiska, które ich "martwi i niepokoi". Warto jednak by pozostali, zarówno zaangażowani uczestnicy jak i postronni obserwatorzy, umieli nazwać to zjawisko wspólnie przeżywanej radości z odzyskanej niepodległości.

poniedziałek, 21 września 2015

Petra Laszlo czyli dziennikarskie standardy

8 września 2015 roku Petra Laszlo, węgierska dziennikarka podczas starć pomiędzy węgierską policją a uchodźcami niedaleko miejscowości Roeszke na południu kraju zaczęła kopać biegnących uchodźców. Kopnęła też mężczyznę z dzieckiem na ręku, który stracił równowagę i upadł na trawę.

Za chwilę wydawałoby się, że wszystko jest jasne: dziennikarka pracowała dla prawicowej telewizji N1TV. To bardzo ważny zlepek: na faszystowskich Węgrzech prawicowi dziennikarze nie tylko nie są obiektywni (co oczywiste), ale są wręcz agresywni, posuwając się do przemocy, by kreować rzeczywistość.

Już 10 września można było się dowiedzieć, że kopnięty mężczyzna to
Osama Al-Ghabad, znany w Syrii piłkarz i trener pierwszoligowej drużyny Al-SC Fotuwa z miasta Dajr az-Zaur, członek lokalnych władz syryjskiego Związku Piłki Nożnej. Brał udział w protestach przeciw reżimowi Asada, za co wsadzono go do więzienia, gdzie był torturowany. Gdy jego miasto zajęli bojownicy Państwa Islamskiego, uciekł z żoną i trójką dzieci do Turcji. W tureckim obozie uchodźców wciąż przebywają żona Al-Ghabada i dwójka jego dzieci, w tym ranny w czasie syryjskiej wojny syn. On sam natomiast przedostał się z innym synem na Węgry - i właśnie tu padł ofiarą Petry László. "Uciekł przed przemocą i spotkała go przemoc" - głosi hasło na stronie syryjskich uchodźców na Facebooku.
Jaki piękny obrazek, chyba wszyscy widzieli zdjęcia uśmiechniętego trenera ze słodko wyglądającym dzieckiem. Pan znalazł schronienie w Hiszpanii, fotografuje się z Cristiano Ronaldo, tymczasem informacja podana 20 września przechodzi na razie bez echa:
Syryjski imigrant, który został podcięty przez węgierską operatorkę kamery, zaangażowany w wymordowanie Kurdów w powstaniu w Qamishlo" - poinformował na Twitterze "Duhokpost" z Kurdystanu. - Kurdyjskie źródła mówią, że był on również członkiem Frontu Al Nusra (syryjski odłam Al-Kaidy) przed opuszczeniem Syrii.

Na portalu gazeta.pl czy tvn24.pl brak oczywiście jakichkolwiek informacji na temat tego fragmentu życiorysu pierwszoligowego syryjskiego trenera, choć terrorystyczne zaangażowanie danej osoby ma jednak wpływ na ocenę faktu swobodnego przebywania w Europie. Na portalu niezalezna.pl brak informacji, że Syryjczyka skopała prawicowa dziennikarka... Jeśli jednak ktoś miałby ochotę podnieść to drugie przemilczenie jako zarzut albo usprawiedliwienie przemilczenia pierwszego, to po pierwsze przemoc jest przemocą i nie ma znaczenia jakie sympatie ma agresor, czyż nie? Po drugie jest jeden mały szkopuł: w przeciwieństwie do kierownictwa np. Polsatu, kierownictwo stacji N1TV natychmiast jeszcze tego samego dnia zwolniło dziennikarkę zaznaczając że takie zachowania są niedopuszczalne.

sobota, 15 marca 2014

Rozmontowanie Galacji

Czy chcesz, żebym ci przedstawił mój scenariusz?

—    Bądź tak dobry.

Rozmawiali, jak w czasach szkolnych, śmieszną mieszanką rosyjskiego i francuskiego. Divo bawił się wymawianiem słów francuskich jak gdyby były to słowa rosyjskie i na odwrót.

—    To ma być, rozumiesz, fikcja polityczna. Załóżmy, że istnieje sobie pewien kraj, a w nim Konfederacja Nieokreślonych Komun, KNK, która pragnie uszczęśliwić cały świat własnym programem politycznym. Załóżmy teraz inny kraj, zajmujący ważną pozycję strategiczną, bez którego nie da się zrealizować tamtych planów. To, powiedzmy, Galacja. Na przestrzeni pięćdziesięciu lat KNK finansuje, faworyzuje i obsypuje komplementami partię konfederatów Galacji, popychają i tak dalej. Galaci jednak, chociaż lekkomyślni, nigdy nie oddają na konfederatów w wyborach więcej niż 15% głosów. Także i inne czynniki sprawiają, że ich popularność spada z roku na rok.

—    Jakie czynniki?

—    Usunięty z KNK pisarz ujawnia zbrodnie panującego tam reżimu. Prawdę mówiąc nie obwieszcza niczego nowego, ale udaje mu się znaleźć posłuch, i to się liczy. Pewna grupa filozofów, do niedawna konfederackich, przechodzi z lewa na prawo. Sytuacja międzynarodowa zmusza KNK do interwencji zbrojnych w wielu punktach kuli ziemskiej, co szokuje głupców. A głupcy zawsze są w większości. Krótko mówiąc z 15% spada się do 14%, do 13%. Przywódcy KNK zdają sobie sprawę, że konfederaci nie odniosą nigdy sukcesu w Galacji, jeśli będą funkcjonowały mechanizmy demokratyczne.

—    Co wtedy?

—    Wtedy mądre głowy w KNK przygotowują takie oto posunięcie. Stawiają na czele partii konfederatów w Galacji kogoś, kto przypomina klowna w ataku złości i kto po każdym występie w telewizji jeszcze bardziej nadwyrężą popularność swojej kliki. Jesteśmy już przy 12%, przy 11, przy 10 i pół. Efekt jest podwójny. Z jednej strony burżuje, którzy do niedawna drżeli ze strachu przed konfederatami, teraz śmieją się z nich. Z drugiej strony gwałtownie zwyżkują akcje innej partii lewicowej, nazwijmy ją synkretyczną. Jak wiesz, w psychologii myślenie w kategoriach nieokreślonych, konfuzyjnych, stanowi pewien gatunek myśli synkretycznej. Zbliżają się wybory. By mieć całkowitą pewność, że odchodzący prezydent nie zostanie ponownie wybrany, KNK ogłasza, iż popiera jego kandydaturę. Wprowadza to zamieszanie i kandydat synkretystów triumfalnie obejmuje władzę.

Powiedzmy, że nazywa się Puszkin, ten nowy prezydent. To awanturnik średniego szczebla. Mało o nim wiadomo poza tym, że od czasu do czasu finguje zamachy przeciwko sobie. Gdy tylko obejmuje swój urząd, co czyni? Ułaskawia zabójcę policjanta. Naiwniaczki z prawicy zacierają ręce: Puszkin wszedł w konflikt z policją. Nie rozumieją jednak, że każda zniżka morale policji destabilizuje republikę i przez to jest na rękę wywrotowcom. Druga akcja Puszkina — wymieniam je w kolejności, w jakiej przychodzą mi na myśl, nie według żadnej hierarchii — w sytuacji, gdy synkretyści dysponują większością absolutną, a konfederaci dostali minimalną ilość głosów, polega na zaproszeniu do gabinetu czterech ministrów konfederackich. W ten sposób, pod pretekstem, że uciszy to konfederatów, ich partia zostaje zrehabilitowana. Myślę, że doceniasz elegancję tego posunięcia.

Oto ugrupowanie polityczne, które dotychczas uchodziło za jednocześnie poważne i bardzo groźne, zostało ośmieszone, tak że straciło obie te właściwości. Tymczasem Puszkin przywrócił mu pierwszą z nich, lekceważąc wolę 90% Galatów. Niech żyje demokracja. Puszkin posuwa się jeszcze dalej: uderza w tony patriotyczne i doprowadza do znacznego ochłodzenia stosunków z KNK. Nie myśl jednak, że stanowiska w rządzie, które ofiarował konfederatom, były kluczowe, sprawy wojskowe czy wewnętrzne, nie, to by przecież zaalarmowało opinię publiczną. Nie, nie, portfele ministerialne, które im się dostały całkiem niewinne, tyle że znalazło się pośród nich Ministerstwo Transportu, a wiadomo, że podczas kryzysu transport ma decydujące znaczenie.

Także i trzecie z kolei posunięcie Puszkina wydało mi się bardzo znamienne, chociaż dotyczyło jedynie terminologii. Widzisz, Galacja posiadała wydajny system administracyjny, który składał się z powszechnie szanowanych urzędników zwanych pretorami. I oto Puszkin nie tylko ogranicza ich uprawnienia, co już sprzyja destabilizacji kraju, ale także nadaje im inny tytuł, typowo konfederacki i nie lubiany przez społeczeństwo. Będą się odtąd nazywali inkwizytorami.

Dalej, w sytuacji gdy dwie trzecie Galatów domagają się utrzymania kary śmierci, synkretysta Puszkin znosi ją, gwałcąc otwarcie wolę ludu. Jaki z tego pożytek? Osłabienie autorytetu władzy. Nikt tego nie widzi, gdyż Puszkin sam reprezentuje władzę, a przynajmniej w pewnym przejściowym okresie.

Akcja numer pięć, jeśli dobrze liczę. Od dawna istniał w Galacji trybunał ścigający przestępstwa przeciwko państwu, to jest przeciwko społeczeństwu. Łatwo zgadnąć, że nic nie wydawało się Puszkinowi pilniejsze niż zniesienie tej instytucji.

Numer sześć: galetka, pieniądz Galatów, osiągnęła godną pozazdroszczenia stabilność. Oczywiście, Puszkin dewaluuje ją, wbrew interesom Galatów i konwencjom, zawartym z sąsiadami.

Numer siódmy i na razie ostatni... Ach, to posunięcie najbardziej może zapłodnić wyobraźnię pisarza. Puszkin rozmyślnie sabotuje galacki przemysł nuklearny i to nie dlatego, żeby rozbroić naród, jako że otwarte wojny stały się niemożliwe, ale po to, by wydać Galację na łaskę i niełaskę KNK. Jednocześnie KNK widzi korzyści w sprzedaży Galacji nadwyżek swego gazu i raduje ją fakt, że będzie mogła przykręcać kurek energii kraju, o którego strategicznym położeniu w skali światowej już ci wspomniałem. To ostatnie posunięcie, mój drogi — Divo powiedział: mój drogi — można śmiało uznać za przyczynę ostateczną, jak to nazywali filozofowie, całego tego manewru.

No i jak, Alek, chociaż ty nie jesteś Alioszą, a ja troszkę zostałem Iwanem, jak ci się podoba mój projekt powieści?

Aleksander odpowiedział mu cichym głosem:

—    Powieści, w których nie pojawia się bohater, źle się sprzedają, Divo.

Divo wybuchnął śmiechem:

—    Ty nic nie zrozumiałeś! Moim bohaterem jest Puszkin!

Wypijmy za Puszkina! Za Puszkina, którego czytelnik poznaje już w dzieciństwie, w krótkich spodenkach, z którym się utożsamia, o którego się lęka. Odwiedza z nim groby przodków, poznaje jego predylekcje w dziedzinie kwiatów i w dziedzinie seksu, razem z nim przeżywa upokorzenia operacji chirurgii plastycznej i inkasuje niewielkie gratyfikacje pochodzące z byłych kolonii, i wreszcie razem z nim wtrąca Galację w otchłań kiereńszczyzny, z której nie ma wyjścia.

Śmiejąc się i pijąc Divo patrzył jednocześnie w piwne oczy Aleksandra i próbował odczytać ukrytą w nich myśl.

—    Chcesz więc powiedzieć — Aleksander mówił powoli i z namysłem — że Puszkin jest "kretem"?

—    Zdaje się, że we Francji używa się tradycyjnie określenia "łódź podwodna".

Fragment pochodzi z książki:
Vladimir Volkoff, Montaż, Wydawnictwo Christianitas, Warszawa 2006

wtorek, 12 listopada 2013

Marsz Niepodległości 2013 - na gorąco

Do Marszałkowskiej dotarłem Hożą, po ominięciu kilkunastu plutonów policji. Na Marszałkowskiej usłyszałem, że główna kolumna Marszu jeszcze nie nadeszła, ale było tutaj już bardzo dużo ludzi, zaś przy wylocie ulicy Skorupki zobaczyłem pobojowisko. Karetka oblegana przez poszkodowanych, odgłosy petard, nerwowa bieganina. Pytam co się stało? Słucham chaotycznych opowieści o rzucaniu w Marsz kamieniami z dachu. Skorupki odgrodzona kordonem Straży Marszu, w głębi kordon policji. Poszedłem w stronę placu Konstytucji, gdzie zaczekałem na Marsz.

Z ulicy Skorupki zaczęły dobiegać odgłosy salw petard, które rozświetlały na biało ściany kamienic. Wyglądało to z daleka jak regularna strzelanina. Podszedłem bliżej, Straż Marszu przez megafon nawoływała, aby się nie zatrzymywać i przechodzić dalej. Za pojedynczym kordonem Straży widać było latające w kierunku kordonu policyjnego czerwone race. Mnóstwo chętnych do zadymy. W pewnym momencie zaczęła się dłuższa salwa petard, tłum rzucił się do ucieczki, opróżnione w ten sposób z zadymiarzy miejsce oddzielił podwójny tym razem kordon Straży Marszu i zadymiarze zrozumieli, że w tym miejscu to koniec.

Poszedłem z tłumem. Z placu Konstytucji widać było płonącą na placu Zbawiciela tęczę. Gdy dotarłem na miejsce, wyglądające jakby były zrobione z peerelowskiej krepiny kwiatki już się wypaliły. Mokotowską dotarłem do ronda Jazdy Polskiej, gdzie znowu połączyłem się z Marszem. Obserwowałem mijanych ludzi. Proporcje były odwrotne do zeszłorocznego Marszu. O ile poprzednio miałem poczucie, że "umundurowani narodowcy", czyli na czarno obrani szalikowcy stanowili jakieś 20% składu Marszu, o tyle teraz 20% stanowili ludzie ubrani tak, jak większość codziennie spotykanych przechodniów. Jednak i tak liczni byli rodzice z małymi dziećmi, często w wózkach, osoby niepełnosprawne, a także kombatanci i wiele osób w zaawansowanym wieku. Generalnie pełny przekrój osób od 5 do 80 roku życia.

Na Spacerowej zaczęły oprócz wyzwisk lecieć na rosyjską ambasadę petardy i race. Grupka zapaleńców zaczęła szarpać bramę, która wyglądała jakby miała się zaraz wyrwać z zawiasów. Poszły szyby w budce strażniczej stojącej na trawniku przed bramą. Nie było w okolicy Straży Marszu ani policji, więc rozzuchwaleni zadymiarze zaczęli kołysać budką i w końcu ją przewrócili. Ja poszedłem dalej, ale pewnie ktoś wrzucił do plastikowego wraku racę, co wystarczyło, byśmy mogli w telewizjach oglądać kolejny malowniczy pożar przy płocie rosyjskiej ambasady.

Czoło Marszu dotarło do Belwederskiej cały czas zabezpieczane jego Strażnikami, którzy nie pozwalali nikomu tego czoła wyprzedzać. Przed czołem jechała kolumna motorów i maszerowała niewielka grupa rekonstrukcyjna. Kręciło się też sporo luźnych osób, pomiędzy którymi czujnie rozglądali się Strażnicy, wyłapując i cofając do głównej kolumny większość awanturniczo nastawionych i zamaskowanych kominiarkami osobników.

Zatrzymałem się przy skrzyżowaniu z ulicą Sulkiewicza, bo z góry Belwederskiej schodził oddział kilkuset policjantów. W tym miejscu ulica biegnie między wysokimi płotami ambasady rosyjskiej i Belwederu, więc wiedziałem, że jeśli zrobią tam blokadę, to tłum nie będzie miał jak wyjść, a jeśli tłum ulegnie prowokacji i zacznie się zadyma, też nie będzie jak uciec. Postanowiłem z wysokiego parkanu obserwować rozwój wypadków.

Kolumna Marszu jednak weszła w zwężającą się Belwederską, więc tłum zaczął gęstnieć. Z samochodu nagłośnieniowego padła informacja, że Marsz został rozwiązany ale i tak musimy dojść na Agrykolę. Z tego miejsca i tak nie żadnego wyjścia. Boczne uliczki zostały zablokowane przez oddziały policji, zaś za kolumna Marszową posuwało się kolejnych kilkuset policjantów, z trzema armatkami wodnymi i powtarzanymi do znudzenia prośbami o opuszczenie zgromadzenia przez posłów, senatorów, kobiety i dzieci, bo zaraz będzie użyta siła. Komunikaty o tyle absurdalne, że nie było jak opuścić tego "zgromadzenia".

Gdy koniec Marszu dotarł do miejsca w którym stałem, podano że czoło Marszu jest już na Rozdrożu. Jednak apele, aby przesuwać się do przodu były całkowicie jałowe, bo tłum był na tyle gęsty, że po prostu nie było jak się ruszyć. Trzeba było cierpliwie zaczekać, tymczasem od tyłu zaczęły nadchodzić kolejne plutony prewencji, którym ktoś wydał idiotyczny rozkaz, aby wypchnąć ludzi w górę Belwederskiej. Apele ekipy nagłośnieniowej o trzymanie dystansu przez policję wobec całkowicie spokojnego tłumu nie przynosiły najmniejszego skutku. Zdezorientowani dowódcy plutonów byli besztani przez przełożonych za niesubordynację i zmuszani do wypychania całkowicie spokojnego, choć coraz bardziej nerwowego tłumu. Napięcie było duże ale chyba ktoś w końcu poszedł po rozum do głowy i policja odpuściła. Marsz w końcu wyszedł z przewężenia Belwederskiej i część plutonów się wycofała a część podążyła za Marszem.

Na Rozdrożu, w przeciwieństwie do lat poprzednich, nie było widać policji w ogóle. Organizatorzy zapraszali wszystkich na Agrykolę, gdzie miały nastąpić przemówienia i ostrzegali, że zaraz tu będzie policja, która będzie oczyszczać plac z nielegalnego zgromadzenia.

*

Kilka refleksji na gorąco po Marszu.

1) Nie zgadzam się z negatywnymi ocenami Straży Marszu. Dzięki wycofaniu policji z pierwszego planu było w tym roku o wiele spokojniej. Akcja na ulicy Skorupki paradoksalnie związała kilkudziesięciu zadymiarzy i pozwoliła kilkudziesięciu tysiącom pozostałych uczestników w miarę spokojnie dojść na Agrykolę. W zeszłym roku zalążki Straży Marszu to były jakieś chaotycznie działające nieopierzone nastolatki kompletnie nie radzące sobie ani z zadymiarzami ani ze sterowaniem tłumem. Tegoroczna Straż była po pierwsze znacznie bardziej widoczna, po drugie znacznie skuteczniejsza. Naprawdę widać ogrom włożonej pracy.

2) Podpalenie tęczy na pl. Zbawiciela było kolejnym już aktem wobec tego tworu, który miał miejsce nie tylko przy okazji jakiś manifestacji. Wyglądająca jak peerelowska instalacja z krepiny, tęcza z jakichś powodów nie zyskuje akceptacji Warszawiaków. Przykład innej kontrowersyjnej estetycznie "instalacji" jakim jest palma na Rondzie de Gaulle'a (niszczona z kolei jedynie przez swoich twórców) pokazuje, że chodzi może o coś więcej niż zwykły akt wandalizmu? Być może ta tęcza mniej jest symbolem radości i tolerancji, a bardziej jest symbolem odczuwanej przez sporą grupę społeczeństwa opresyjności, jaką cechuje cała ideologia politycznej poprawności? Może warto się zastanowić zatem czy jest sens wykładać kolejne publiczne pieniądze na remont czegoś spotykającego się z takim społecznym oporem?

3) Podpalenie plastikowej budki przed płotem rosyjskiej ambasady trudno mi uznać za atak na autonomię terytorialną tejże. Był to akt wandalizmu, jednak może tak jak w przypadku tęczy z placu Zbawiciela warto zastanowić się jakie społeczne emocje w tym akcie zostały zamanifestowane? Czy aby nie jest tak, że ta agresja spowodowana jest coraz silniejszą frustracją wynikającą z powrotu zasady podległości w stosunkach między Polską i Rosją? Mam wrażenie, że mógłby na ten temat powiedzieć coś więcej poseł Niesiołowski, który swego czasu chciał podpalać muzea i wysadzać pomniki byłego przywódcy ówczesnego ościennego państwa. Oczekiwanie, że policja, czy jakkolwiek wyszkolona straż obywatelska, będzie w stanie zapobiec tego typu sytuacjom jest naiwne. Czynnikiem zapobiegającym będzie jedynie podejmowanie takich działań i prowadzenie takiej polityki, która nie będzie powodować narastania różnego rodzaju społecznej frustracji.

4) Priorytetem nowej władzy powinna być natychmiastowa wymiana kierownictwa policji, podejmującego decyzje w kwestiach ulicznych manifestacji. Sytuacja z ulicy Belwederskiej, gdy policja naciskała na zablokowany tłum, była kolejną w ostatnich latach akcją bardzo poważnie narażającą zdrowie i życie obywateli, mających konstytucją zagwarantowane prawo do manifestowania swoich poglądów. Choć trzeba odnotować, że ustalenia sprzed Marszu o trzymaniu się policji na dystans od manifestacji w dużej mierze zostały dotrzymane.

5) Przemówienia na Agrykoli utwierdziły mnie w przekonaniu, że poza często prawidłowo zdiagnozowanymi przyczynami społecznej frustracji nie ma na razie w tym środowisku ani adekwatnych propozycji ani szerszego grona sensownych liderów, którzy byliby w stanie wyartykułować coś więcej poza oklepanymi pustymi sloganami, w formie przypominającymi jako żywo peerelowskie szkolne akademie. Niestety nie widzę polskiego Nigela Farage'a, a jeden często sensownie gadający Krzysztof Bosak jest kreowany na kolejnego eksperta od wszystkiego, czym rozwadnia swoją moc oddziaływania. Nie widzę kadr świadomych mechanizmów funkcjonowania państwa, widzę natomiast narodowych ideologów, którym do klarowności i intelektualnej kondensacji Dmowskiego jest jeszcze bardzo daleko. Co prawda, jak pokazała Straż Marszu, znaczący skok jakościowy można wykonać nawet przez rok. Pytanie czy ten skok jakościowy będzie na tyle duży, że będzie można kiedyś zobaczyć kandydatów przygotowanych do rządzenia dużym europejskim państwem? Ja na razie ich nie widzę.

6) Powyższy punkt nie zmienia faktu, że tegoroczny Marsz Niepodległości odniósł niezaprzeczalny sukces. Liczebność Marszu była porównywalna z zeszłorocznym, pomimo że część środowisk się od niego odcięła. Widać olbrzymi wzrost  zaangażowania tzw. antysystemowej młodzieży, co pokazuje proces wychodzenia niej z poczucia beznadziei i życiowej bierności. Pomimo wielu subkulturowych hooligańskich okrzyków ta kilkudziesięciotysięczna rzesza, rzekomo nieokrzesanych, ludzi nie dała się sprowokować, zaś chuligańskie wybryki były udziałem naprawdę niewielkiego odsetka zadymiarzy. Pokazuje to choćby liczba zatrzymanych - 67 osób (na moment pisania tego tekstu, wobec 176 w zeszłym roku). I to pomimo absurdalnej akcji łapankowej na Rozdrożu, być może zrobionej właśnie dla nabicia statystyk.

7) Na temat rzetelności mediów - które winą za burdy kilkudziesięciu bandyckich zadymiarzy w kilkudziesięciotysięcznym tłumie osób w wieku od lat 5 do 80 obarczają organizatorów Marszu - nie będę się wypowiadał.

Tyle na gorąco.

poniedziałek, 16 września 2013

Recepta Mackiewicza

"A co jest główną intencją działań Jarosława Kaczyńskiego - pytała Monika Olejnik. Więzienie dla Pana i dla Donalda Tuska? - pytała. - Chyba taka jest intencja. To jest główny cel Jarosława Kaczyńskiego. To nie jest dobra motywacja w demokratycznym porządku – odpowiedział Sikorski. - Insynuacja jest główną metodą polityczną Jarosława Kaczyńskiego."

[źródło] oraz [link do zapisu audio audycji (od 13 minuty)]

Europejska kultura filozofii, dialogu, dyskusji jest możliwa tylko na płaszczyźnie zgody wobec faktów. Dyskusja ma sens jeśli spór dotyczy oceny faktów i dalszego z nimi postępowania. Bolszewizm nie należy do tej tradycji. Bolszewizm jest antykulturą, jego głównym celem jest zniszczenie kultury. Kilka lat wcześniej Józef Mackiewicz, adwersarz przedwojennego komunisty jakim był Aleksander Wat, także zauważył tę charakterystyczną cechę bolszewizmu, który przekuwał i przekuwa nasze dusze za pomocą manipulacji znaczeniem pojęć. Józef Mackiewicz stał na stanowisku, że z antykulturą, która za cel stawia sobie zniszczenie kultury, nie można dyskutować, bo trzeba się po prostu bronić, jak przed bandytą w ciemnej bramie:

– W głowie zaczyna się kręcić. Jakaż może być dyskusja, gdy wszystko postawione jest właśnie do góry nogami. Słowa mają tu znaczenie odwrotne, albo nie mają żadnego. Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami. To jest w swej prostocie tak genialne, jak to zrobił Pan Bóg, gdy chciał sparaliżować akcję zbuntowanych ludzi, budujących wieżę Babel: pomieszał im języki.
– Więc jakiż jest, twoim zdaniem, sposób przełamania tego zbiorowego paraliżu, wywołanego hipnozą kłamstwa?
– W każdym razie nie można go szukać na drodze polemiki. Sam fakt bowiem polemiki wciąga w orbitę i przenosi nas w płaszczyznę bolszewickiego absurdu.
– Więc jaki? Powiedz.
– Należy go szukać na drodze równie prostych odruchów psychicznych: strzelać! [...]
– Jak to, strzelać? Do kogo?
– Zwyczajnie. Po prostu. Do bolszewików.


Józef Mackiewicz, "Droga donikąd"

Od siebie dodam, że nie trzeba do wróbli od razu strzelać z armat. Czasem wystarczy strzelić w pysk, by przywrócić do pionu pospolitego awanturnika. Tymczasem okazuje się, że chamstwo na salonach jest już tak osadzone, że stało się przezroczyste i zamiast ludzkich odruchów wywołuje jedynie wzruszenie ramion. A nikt nas nie będzie szanował, jeśli sami się szanować nie będziemy.

poniedziałek, 9 września 2013

Aleksander Wat objaśnia rzeczywistość

Rozmowa Aleksandra Wata z Czesławem Miłoszem dostarcza wielu kluczy do zrozumienia współczesności. Pozwala sobie uzmysłowić, że czas bolszewickiej metody podejścia do języka, do pojęć, do całej europejskiej tradycji logiczno-filozoficznej, nie minął, lecz trwa w najlepsze. I nie chodzi tu o terrorystyczne metody komunistycznych śledczych z okresów największego terroru, lecz o podejście do samego języka i konstrukcji pojęciowych. Oto przykład:

Nasz marynarz był malowniczym okazem kojarzenia aforystyki diamatu z typowymi paralogizmami ludowymi. Znał na pamięć tuzin aforyzmów w rodzaju: "ilość przechodzi w jakość", "byt określa świadomość", i robił z nich najbardziej fantastyczny użytek. Nie pamiętam próbek jego dialektyki, ale mogę ich typologię zrekonstruować, bo nasłuchałem się ich dosyć w latach późniejszych, w Polsce Bierutowej, szczególnie gdy np. wiecowym mówcą był ktoś z awansu społecznego.

Oto krótki ich rejestr. Na dołach: 5 marca 1953 roku, w dniu śmierci Stalina, leżałem po zawale móżdżkowym na neurologii Akademii Medycznej (dawniejszego Szpitala Dzieciątka Jezus). Z rana na łóżku moim przysiadła tęga, stara salowa - renomowana szpiclówka, załamała ręce: "Jezu, mój Jezu, taki inicjał! I też umarł! No i niech mi pan powie, po co żyć. Jezu, Jezu". Na szczycie: pięknoduch, odpowiedzialny za literaturę oraz za bezpiekę (naturalna symbioza), na naradzie z literatami w Radzie Państwa w 1950 roku wołał: "Każdy z was powinien czuć fluid z milionowych mas, który stuka do sumienia literackiego" (w tym momencie nie do sumienia, ale do nosa mojego "zastukał" fluid miliona maszerujących nóg).

To próbka leksykonu. A teraz składnia myśli. W roku 1955 leżałem na internie tegoż Szpitala Dzieciątka Jezus z sekretarzyną organizacji partyjnej, POP-u, jakiejś fabryki w Pruszkowie, trzydziestopięcioletnim towarzyszem Tarnowskim. "Oka nie zmrużyłem — skarży się Tarnowski pielęgniarce. — Ta stara (z przeciwległej sali) całą noc ryczała". "Chora ryczała — tłumaczy pielęgniarka — bo była nieprzytomna". "Nieprzytomna, nieprzytomna, a rano rozmawiała z doktorem". "Rano była przytomna, a w nocy nieprzytomna. Co pan Stasio do niej chce, biedna staruszka". "Staruszka, staruszka, a waży sto dziesięć kilo". Innym razem ciężko chory nasz sąsiad, stary metalowiec, chce spać, a Tarnowski głośno gwiżdże. Pielęgniarka do Tarnowskiego: "Niech pan przestanie. Widzi pan, chory chce spać". "A czy to ja mu przeszkadzam! Czy to jago szturcham!" "Ale pan gwiżdże!" "Ja gwiżdżę dla siebie, nie dla niego". "Ale on nie może zasnąć, kiedy mu ktoś gwiżdże nad uchem". "Ale to już jego sprawa, że nie może. Ja na to nie poradzę". I wszystko to bez cienia złośliwości!

Tarnowski po prostu nie dopuszczał myśli, że kto w nocy był nieprzytomny, bywa nazajutrz ni stąd, ni zowąd przytomny; w jego osobistych stereotypach (może miał chudą babkę) starość nie godzi się z otyłością; nie umie dopatrzyć się związku przyczynowego (między swoim gwizdaniem a niemożliwością zaśnięcia sąsiada) tam, gdzie nie wskazują na taki związek expressis verbis stereotypy uświęcone. Ta sama pani, pielęgniarka, pani Janina, w nocy: "A pan znowu nie śpi! Skaranie boskie z panem! Wszyscy śpią, tylko on wciąż nie śpi!" "Nikt już nie śpi — mówię — bo siostra wszystkich obudziła". "Niech mnie pan nie uczy! Dosyć jestem uczona! Wiem, co robię! Spać!" Cząsteczka charyzmatu władzy, w którą została wyposażona, upoważnia umysły prymitywne do odwracania logiki. Siostra Janina postępowała dokładnie tak samo jak ministrowie kultury. "Niech mnie pan nie uczy, sam jestem uczony!" — krzyczał na mnie minister Sokorski w roku 1951 na zebraniu, gdy wytknąłem illogizmy Festiwalu Teatralnego. - "Wat musiałby długo dojrzewać do naszych pozycji, intelektualnie i moralnie". [...]

Kiedy na Zamarstynowie mój pierwszy sledowatiel lżył mnie od takich siakich Żydów, przypomniałem mu depeszę Stalina z 1931 bodaj roku do Żydów amerykańskich opublikowaną w "Prawdzie" w 1936 roku: "Antysemityzm jest reliktem kanibalizmu i karany jest w ZSRR śmiercią!" Sledowatiel odpowiedział spontanicznie, podnosząc na mnie pięść: "To dlaczego nie szanujesz (nie uważajesz) Stalina!" Godzi się tu przypomnieć kapitalne wytłumaczenie rzezi budapeszteńskiej przez Chruszczowa (bodaj w roku 1963): Rosyjskie wojska za Mikołaja I stłumiły w Budapeszcie rewolucję 1848 roku. Więc musieliśmy zmyć tę hańbę z naszego honoru i stłumić w Budapeszcie kontrrewolucję! Nie dopatruję się w tym leninowskiej sofistyki i złej wiary. Brzmiały w tym niepodrobione akcenty szczerości (tym gorzej!): po prostu jego zdrowy chłopski rozsądek, gdy sięgał w wyższe, historiozoficzne rejony, ulegał z miejsca czarom paralogiki prymitywnej. Mickiewicz w wykładach paryskich opowiada, że gdy Czyngis-chan zarządził masakrę stu tysięcy obywateli Buchary, która się przecież poddała dobrowolnie, rzekł do starszych miasta: "Musieliście ciężko zgrzeszyć przeciw Bogu, skoro zesłał na was Czyngis-chana..." Musieliście ciężko zgrzeszyć przeciw Bogu, Rosjanie, skoro zesłał na was Stalina - mówił sobie być może Stalin w ciszy własnego sumienia. O ile je miał. (T.2, s.60-63)


Na gnoisku Zamarstynowa wychowałem w sobie nienawiść i wstręt do polityki, do wszelkiej. Zobaczyliśmy jej dziobatą gębę, przyszła do starego wyrafinowanego miasta Lwowa z bolszewickich stepów, z moskiewskich nizin, sprawczyni naszych bied. Między modłami i pieniami "Od moru, ognia, wojny wybaw nas, Panie", lżyliśmy ją, politykę naszego własnego państwa, politykę demokratycznego Zachodu, uwikłaną w tysiącu małostkowych intryg, jakie rozdzierały Italię czasu Machiavellego, wzbudzającą swoją słabością dwie monstrualne fale barbarii. Nigdy nie zabrakło alarmu czujnych; już Joseph de Maistre ostrzegał przed Pugaczowem z uniwersytetu; w 1848 Donoso Cortes wskazywał: La lettera disangre entra! ale luminarze myśli i akcji uspokajali społeczeństwo: „Mówicie, że barbarzyńcy są wśród nas? Mais ce sont des barbares vieux, plus uses que nous" (Eutyphrion w Dialogach filozoficznych Taine'a). Słabość intelektualistów, słabość polityków, słabość powszechna apelowała do barbarzyńców, wytworzyła nostalgie, wytworzyła ody i mity barbarzyńskie. Już Novalis napisał słowa, które trafiają w samą pestkę dzisiejszych Aragonów i Sartre'ów: "W naszych czasach zdziczałej kultury, maksimum barbarzyństwa znajduje najgorętszych wielbicieli wśród największych słabeuszy... Ideał ten przekształca człowieka w bestię-ducha (Tier-Geist), hybrydę, której brutalny paradoks (Witz) fascynuje właśnie słabeuszy" (Philosophische Fragmente). W naszych czasach odpowiedział mu ostatni wielki poeta rosyjski, Aleksander Błok: "Przyglądaliśmy się wam (Zachodowi)... okiem życzliwym, póki mieliście twarz. A na gębę waszą popatrzymy naszym chytrym skośnym wzrokiem... Staniemy się Azjatami i zaleje was Wschód"... I zalał. (T.2, s.76)

Aleksander Wat, "Mój wiek"

piątek, 12 lipca 2013

Kogo sie boi władza?

Sejm nie chce nazwać wołyńskiego ludobójstwa po imieniu, ale myliłby się ten, kto by uważał że stało się tak ze strachu posłów, zaniepokojonych możliwością zmarszczenia brwi przez naszego wschodniego sąsiada. Posłowie niewątpliwie boją się różnych rzeczy, jak każdy zdrowy na umyśle człowiek, ale nie sądzę aby bali się akurat wschodnich sąsiadów.

Czego boją się posłowie partii rządzącej z gmachu przy ulicy Wiejskiej ujawniają różne czyny ich kierownictwa oraz instytucji temuż kierownictwu podlegających. Ich strachy demaskują różne pomysły wybudowania wysokiego płotu wokół Sejmu, ograniczenia w dostępie do informacji publicznej, czy rozszerzenie uprawnień i tak wysokiego poziomu inwigilacji polskich obywateli.

Ale najdobitniejszym dowodem kogo się boi a kogo się nie boi władza polskiego państwa jest porównanie poziomu ochrony polskiego prezydenta na smoleńskim lotnisku 10 kwietnia 2010 roku z poziomem ochrony kongresu partii rządzącej, który odbył się w Chorzowie 26 czerwca 2013 roku.

Od razu staje się jasne, że o władzy formacji o nazwie Platforma Obywatelska można różne rzeczy powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest to władza działająca w interesie polskiego społeczeństwa. Zagrożenie bowiem dla władzy największe jest zawsze z tej strony, której interesy ta władza najbardziej narusza. Jak widać zagrożenie ze strony Rosji było i jest szacowane na dużo niższym poziomie niż zagrożenie ze strony polskiego społeczeństwa.

sobota, 29 czerwca 2013

Co łączy ZDF i Szczygła z Baumanem?

W pamiętnym filmie Machulskiego "Seksmisja" jest pod koniec filmu scena, gdy Albercik niosąc przyduszoną funkcjonariuszkę niezbyt przekonująco zarzeka się, że on "tylko niesie pomoc". Zarówno widz, jak i Maks wiedzą do czego to zmierza i jak się skończy, ale Albercik twardo powtarza, nie wiadomo, bardziej sobie czy parterowi, że on "tylko niesie pomoc".

Podobne wrażenie mam czytając zapewnienia niemieckich twórców filmu "Nazi matki, nazi ojcowie", że oni nie mieli zamiaru nikogo obrażać. Trudno powiedzieć cokolwiek o ich zamiarach, natomiast mniej trudno przewidzieć konsekwencje tego filmu rozpowszechnionego już w tej chwili do 60 krajów.

Pusty śmiech człowieka ogarnia także, gdy czyta zapewnienia Mariusza Szczygła, autora głośnego reportażu o nauczycielce, która 30 lat temu zakatowała własne dziecko na śmierć, że "ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzył, aby ktokolwiek mścił się na mojej bohaterce. [...] jeśli ktokolwiek miałby chęć wytropić Ewę T., żeby zadać jej fizyczny ból lub poniżyć, niewiele będzie się od niej różnił." Już w dzieciństwie słyszymy setki przypowieści o bawieniu się zapałkami, o tym, że kto wiatr sieje ten burzę zbiera, a pan Mariusz Szczygieł pisząc reportaż o osobie która pracuje dzisiaj w miejscu w którym absolutnie nie powinna pracować, stwierdza po wydrukowaniu, że "ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzył to...."

Mariusz Szczygieł deklaruje także na swoim blogu iż napisał "ten tekst po to, żeby po raz kolejny pokazać, co wpływa na tworzenie się osobowości autorytarnej. Ponieważ my Polacy często mamy tendencje do autorytaryzmu, ale sami przed sobą to ukrywamy. Nowy Hitler może pojawić się zawsze." Tak, to poniekąd wyjaśnia skąd, użyta oczywiście w celu zatarcia ścieżek odnalezienia bohaterki, zamiana jej specjalizacji z nauczycielki fizyki na katechetkę.W końcu Polska to kraj, którego pokłosiem jest Dzierżyński, stodoła z Jedwabnego, pogrom kielecki czy antysemickie czystki po 1968 roku. Trzeba dbać, by jakiś nowy Hitler się nad tą przeklętą Wisłą nie pojawił. Tym bardziej że znowu faszyzm podnosi głowę pod białoczerwonymi banderami.

O swoich czystych intencjach z przeszłości zapewnia nas także inny bohater ostatnich dni, uznany na świecie intelektualista, profesor Zygmunt Bauman. Twierdzi on, że w KBW zajmował się głównie pisaniem ulotek i pewnie ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzył było przyczynienie się do zabicia jakiegokolwiek polskiego żołnierza. Niestety, jego dowódcy zostawili inne informacje na temat jego działalności, zaświadczając, że jako Szef Wydziału Pol-Wych operacji brał udział w walce z bandami, przez 20 dni dowodził grupą, która wyróżniła się schwytaniem wielkiej ilości bandytów, za co został odznaczony Krzyżem Walecznych. Cóż, nie można mieć przecież pretensji do 88-letniego profesora, że jego ulotki okazały się tak skuteczne.

Po wrocławskim wystąpieniu profesora Baumana (który jednak w przeciwieństwie do pana Bartoszewskiego profesorem jednak jest) karierę w sieci robi także przypomnienie jego słów z wywiadu dla Guardiana z 2007 roku, w którym porównał on działania bolszewickich służb bezpieczeństwa w latach 40-tych i 50-tych XX wieku na terenach Polski do do tego, co współcześnie nazywa się wojną z terroryzmem.

Mało kto zwrócił uwagę, że bardzo dużo mówi to o charakterze współczesnej tzw. wojny z terroryzmem. Znając historię bolszewickich zbrodni i prowokacji oraz następujących po nich propagandowych kłamstw, można dzięki tej deklaracji szanowanego na całym świecie socjologa, znaleźć potwierdzenie nie wprost, teorii o wspomaganiu przez zaniechanie, różnych akcji terrorystycznych.

O ile znana jest powszechnie bolszewicka narracja dotycząca zbrodni katyńskiej, która obowiązywała do momentu tzw. upadku komunizmu, o tyle mniej powszechnie znana jest historia przygotowania, przeprowadzenia i celowości prowokacji kieleckiej z 1946 roku, której celem było spacyfikowanie polskich dążeń do prawdy o Katyniu w trakcie norymberskich rozpraw poprzez skompromitowanie Polski rzekomym faszystowskim antysemityzmem jej mieszkańców. Antysemicka czystka po 1968 była wewnętrzną partyjną rozgrywką, lecz antysemityzm bolszewików, którzy pozbyli się wykorzystanych i wyciśniętych jak cytryna towarzyszy, miał - widać to dzisiaj wyraźnie - konsekwencje idące dużo dalej niż tylko zrobienie miejsca nowym aparatczykom.

Oprócz potwierdzenia przypiętej Polakom w 1946 roku łatki antysemitów, w roku 1968 roku spora grupa ideowych komunistów została desygnowana na systemowych dysydentów i wyeksportowana na Zachód. Część pozostała w kraju utworzyła opozycyjne struktury, z którymi po latach, jako z realnymi przedstawicielami ludu, establishment podzielił się władzą. Część wyeksportowana na Zachód wsparła wysłużoną agenturę wpływu i zastępy ciągle aktywnych pożytecznych idiotów. Major Zygmunt Bauman, sprawdzony w boju komunista, przesunięty w połowie lat 50-tych z działań operacyjnych na działania akademickie, wykładał marksizm na wydziale filozofii, by po październiku 1956 zostać prekursorem socjologii w Polsce.

Jego predyspozycje intelektualne można było lepiej wykorzystać dla propagowania właściwej wizji nowego świata w roli powszechnie szanowanego naukowca, niż w roli oficjalnego propagandowego funkcjonariusza. Wypadki 1968 roku dały mu niezbędne dysydenckie uwiarygodnienie, co przy niewątpliwych intelektualnych zaletach i dużym talencie pisarskim dało mu dzisiejszą pozycję wśród światowych intelektualistów.

Dlatego nie warto lekceważyć tego co mówi człowiek, który od początku swojego życia zajmuje się układaniem słów dokładnie w taki sposób, w jaki zamierza. Po tzw. upadku komunizmu mamy szereg wydarzeń, na temat których przy odpowiedniej wiedzy trudno mieć jednoznaczną opinię. Pytania o zamachy bombowe w Rosji, po których wybuchały kolejne wojny w Czeczenii, czy pytania o niektóre okoliczności zamachów na WTC i Pentagon w 2001 roku znajdują w słowach profesora Baumana potwierdzenie zasadności ich stawiania.

Istnieje jednak także inna możliwość. Być może subtelnym celem tak sformułowanych słów, było zdyskredytowanie amerykańskiej samoobrony przed światowym terroryzmem, poprzez zestawienie tej walki z komunistycznymi zbrodniami?

Narracyjne montaże mogą mieć bardzo skomplikowane i misterne konstrukcje. Przykłady można znaleźć nie tylko w literaturze (polecam zwłaszcza powieść "Montaż" Vladimira Volkoffa), ale także w historii. Zabójstwo Kirowa było przemyślaną i starannie zaplanowaną przez Stalina akcją, która stała się pretekstem i początkiem wielkiego terroru. Prowokacja kielecka w 1946 także była klasycznym agenturalnym montażem o międzynarodowym znaczeniu. Rok 1968 był montażem mającym na celu zmianę ekipy trzymającej władzę, ale na ile był to także pretekst do zalania zachodnich społeczeństw kolejną falą fałszywych dysydentów, mających do wypełnienia ważne misje wpływania na tzw. opinię publiczną? To pytanie do historyków i na razie pozostaje ono otwarte.

W tej perspektywie dzisiejsze wypalenie ekipy Tuska niesie ze sobą duże niebezpieczeństwo kolejnym narracyjnym zwrotem akcji, w którym ktoś musi odegrać klasyczną rolę iskry zapalnej i kozła ofiarnego. Zwraca na to uwagę coraz więcej komentatorów, zaś niewątpliwie idealnym kandydatem na środowiska, które będą celem kolejnych bolszewickich prowokacji są wszelkie tzw. środowiska patriotyczne. Rozhuśtanie emocji to faza pierwsza, po której osobników autentycznie przejętych bezczelnością władzy nikt nie będzie w stanie odróżnić od osobników pokroju Andrzeja Hadacza, który dość skutecznie kompromitował całe środowisko obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu.

Niewątpliwie należy protestować przeciwko zapraszaniu na Uniwersytety ludzi umoczonych w zbrodnicze systemy. Trzeba jednak przy tym uważać, by nie stać się mimowolnym narzędziem sił, które szukają tylko pretekstu do poszerzenia sfery kontroli kosztem naszej wolności, pod pozorem zapewnienia bezpieczeństwa.

sobota, 26 stycznia 2013

Bolszewizm jako powód do dumy.

Zastanawiamy się pewnie często nad tym, jak można tak swobodnie głosić przeciwstawne poglądy, nie przejmując się wcale niebezpieczeństwem kompromitacji. Jak można w jednym momencie twierdzić, że "tylko facet, który nie ma prawa jazdy, może wydawać pieniądze na fotoradary", by jako premier latając prawie wszędzie samolotem twierdzić, że nie zgadza się "z tymi wszystkimi, którzy twierdzą, że fotoradary to są pułapki na kierowców. Fotoradary to jest egzekucja prawa". Jedni nazywają to hipokryzją, inni elastycznym otwarciem na argumenty. Jedni tłumaczą to sobie oportunizmem, inni schizofrenią... Prawda jednak jest inna.

Partyjny kolega premiera Tuska, były vice-przewodniczący jego partii, jest najlepszym dostarczycielem takich sprzecznych komunikatów. Założył partię Ruch Poparcia Swojego Nazwiska, ale myliłby się ten, kto by sądził, że to efekt jakiejś "kłótni w rodzinie". To tylko kolejne partyjne zadanie.

O ile w 2010 roku wygłaszał zdania w rodzaju:
„Jeśli Tusk na plakatach w całej Polsce mówi, że nie chce uprawiać polityki, to takiej lepperiady sam Lepper by nie urządził. Nawet Lepper nie zrobiłby takiej błazenady jak Tusk (…) Tusk jest złodziejem politycznym. Tusk jest też kłamcą politycznym”
O tyle w 2012 roku bez cienia zażenowania opowiada:
"Może z moich partyjnych pozycji to, co powiem, jest mało polityczne, ale Tusk jest niewątpliwie najwybitniejszym politykiem 20-lecia (…) Oczywiście są zasługi Wałęsy, ale to inna kategoria, bardziej historyczna. Wszyscy inni, łącznie z Kwaśniewskim, nie są politykami formatu Tuska”
Można by próbować zrzucić to na karb podpuszczenia przez dziennikarza (jak robił to swego czasu Maciej Stuhr tłumacząc się z przywiązanych do tarcz dzieci pod Cedynią), ale na autorskim blogu wspomnianego współpracownika premiera Tuska można przeczytać tak sprzeczne zdania:

W 2009 roku:
„Kościół w Polsce był zawsze bowiem po stronie ludu i po stronie polskości.”
W 2013 roku:
„Obalmy w końcu dogmat, że Kościół Katolicki stał zawsze po stronie Polski.”
Nie jest to przejaw ani oportunizmu, ani schizofrenii. To klasyczny wręcz przypadek zjawiska, które ma swoją nazwę. Jak często się to zdarza, najlepszych opisów nie dostarczają ośrodki akademickie, lecz literatura. Oto jak w powieści Wladimira Volkoffa pod tytułem "Werbunek", komunista Igor Popow tłumaczy swojej rozmówczyni istotę tego zjawiska, tej formacji, która od kilkudziesięciu lat w zasadzie nieprzerwanie rządzi nie tylko Polską, ale olbrzymią częścią całego świata:
"Czy zastanawiała się pani kiedyś nad słowem „bolszewik"? Historycznie rzecz biorąc, oznacza ono „członka partii większościowej na kongresie demokratycznym 1903 roku", ale pomijając fakt, że owa większość została, szczęśliwie zresztą, zmanipulowana, trzeba poszukać głębiej. Stalin powiedział: „Bolszewizm i leninizm to jedno i to samo". [...]

Bolszewik to nie ten, który ma większość, ale ten, który wciąż chce więcej. Więcej większości i innych rzeczy. Gdy dociera do punktu B, już chce dojść do C, i tak dalej. Niektórzy kretyni twierdzą, że zmieniamy oblicze jak rękawiczki. Nie rozumieją, że nasze oblicze to właśnie zmienność. Bołszak to udeptany gościniec, a bolszewik to ten, który wędruje gościńcem. Oskarżają nas o oportunizm. To tak jakby oskarżać słońce o to, że świeci. Kiedy idziemy, pejzaż musi się zmieniać. Właśnie dlatego Lenin jest największym geniuszem wszechczasów. Bo tak naprawdę nie istnieje coś takiego jak leninizm. Marks zamknięty jest w marksizmie, Engels w dialektyce. Można ich prześcignąć. Lenin jest jak wiatr - wieje tam, gdzie chce. Napisał „Państwo a Rewolucja", ale zorganizował także terror oraz stworzył Nową Politykę Ekonomiczną. Prawda to to, że nie ma prawdy. Trudno ją zrozumieć, ciężko strawić, ale gdy raz się pojmie, to coś naprawdę wspaniałego. Prawda to to, co znajduję w dzisiejszej gazecie. Wczorajsza zawsze kłamie. Dzisiejsza zawsze mówi prawdę. To dlatego gazeta "Prawda" nosi tytuł "Prawda". Prawda to nasz bolszewicki chleb powszedni i podobnie jak wy nie zjadacie wczorajszych resztek, my odmawiamy spożywania spleśniałego chleba historii. Jeśli nie ma prawdy, możemy narzucić własną. Popełniono błąd, usuwając słowo „bolszewik" z nazwy partii. Przez to niektórzy sądzą, że bolszewizm jest jakąś formą marksizmu, podczas gdy jest dokładnie odwrotnie."
Tak, drodzy Państwo. Warto nazywać rzeczy po imieniu i jasno je definiować - pozwoli to uniknąć wielu rozczarowań i zaskoczeń...

wtorek, 8 stycznia 2013

Partia Zwalczania Przedsiębiorczości Rodzimej

W warszawskim Ratuszu kupcy z Dworca Centralnego przypięli się łańcuchami do mebli. Szczegóły relacji można przeczytać na portalu TVN Warszawa, czego serdecznie żałuję, ale co zrobić, gdy wszystkie źródła odsyłają właśnie tam... Warto odświeżyć sobie informacje z frontu walki z polską przedsiębiorczością, bo zasada jest podobna do likwidacji KDT. Nigdzie nie znalazłem odpowiedzi na stawiane niegdyś pytania do rządzącej Stolicą HGW. Jedyną interpretacją braku odpowiedzi na te pytania, jaka przychodzi mi na myśl jest uznanie, że inicjały Pani Prezydent są wystarczającą odpowiedzią.

Przypomnijmy trzy z pytań:
  1. Po co tak stanowczo usuwano siłą kupców, skoro następnego dnia po usunięciu nie rozpoczęła się rozbiórka Hali, a po rozbiórce natychmiast nie ruszyły żadne prace?
  2. Czy nie jest niegospodarnością pozbawienie miasta dochodu za wynajem powierzchni przez okres co najmniej roku? Nawet biorąc pod uwagę czas potrzebny do zlikwidowania Hali, spokojnie można było czerpać pożytki z jej istnienia co najmniej do lipca 2010 roku. Są to przecież zarówno opłaty za wynajem powierzchni jak i podatki odprowadzane przez kupców.
  3. Kto skorzystał na pozbawieniu miasta wyżej opisanych dochodów?
Pytanie o korzyści z walki z przedsiębiorcami z przejść podziemnych w okolicach Dworca Centralnego nasuwają same. Dla dopełnienia obrazu warto też zajrzeć do rejestru umów zawartych w ostatnim czasie przez Stolicę. Nie twierdzę, że miasto nie powinno organizować sylwestrowej zabawy, ale koszt tego jednego wydatku to prawie równowartość likwidacji nocnych przejazdów metra. Zasadność emisji spotu w programach TVN i TVN 24 w ramach kampanii Zakochaj się w Warszawie na Święta niewątpliwie nie podlega dyskusji. Po dofinansowaniu remontu stadionu Legii firmie ITI, marne 600 tys. z budżetu miasta to naprawdę drobiazg. Nocne metro to zupełnie co innego.

Poparcie mieszkańców Warszawy dla pani Holera Go Wie (pisownia zgodna z ortografią prezydencką) wydaje się utrzymywać na ciągle przyzwoitym poziomie, co może świadczyć tylko o jednym. Dominująca w Stolicy wykształcona i nowoczesna grupa jest świadoma ogromu prac, jakie konieczne są do podźwignięcia tego miasta z ruiny, do jakiej doprowadziły rządy nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zniszczony wizerunek mogą odbudować jedynie sprawne akcje promocyjne i huczne imprezy, z których wspólne powroty rozkopanymi ulicami miasta, przywołujące klimat czasów wojennych barykad, skutecznie zintegrują towarzystwo w oporze wobec warchołów i wichrzycieli.

Zwieranie szeregów jest bardzo ważne, zwłaszcza wobec silnych złodziejskich tradycji naszego kraju, które to tradycje według redaktora Lisa były głównym motorem protestów przeciwko ACTA. Mam co prawda wrażenie, że tradycje te są charakterystyczne nie dla naszego kraju, tylko dla formacji ideowej redaktora Lisa, o której wspominał niegdyś Rymkiewicz, ale oczywiście mogę się mylić.

Trzeba jednak uważać. Można bowiem przeoczyć tę granicę, której przekroczyć nie wolno i nawoływaniem do pokoju zacząć zagrażać porządkowi publicznemu. Dobitnie pokazuje to przykład Sebastiana Wasiaka, którego uwięziono po ostatnim Marszu Niepodległości. O sprawie na razie ciągle jest cicho, a niewątpliwie warto ją śledzić. Szczególnie polecam zainteresowanie młodym wykształconym wracającym nocną porą po radosnej balandze: nie należy przesadzać z okazywaniem miłości służbom porządkowym!


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Kamyczek do ordynacji wyborczej

Zmarł niedawno wielki orędownik wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych, prof. Jerzy Przystawa. Z hasłem wprowadzenia JOW jeździ od niedawna po kraju Paweł Kukiz. W moim odczuciu JOW jest warunkiem wstępnym do rozpoczęcia naprawy klasy politycznej w Polsce, ale wbrew temu, co bezmyślnie powtarzają przeciwnicy tego rozwiązania, nie jest żadnym panaceum. JOW jest jak powietrze: umożliwia konieczne do życia oddychanie, ale nie wyleczy żadnej choroby, ani nie zbuduje domów.

Warto jednak zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt ordynacji wyborczej. W 2010 roku powstała obywatelska inicjatywa, która przeszła zupełnie bez echa: Akcja: Twój głos ma znaczenie! Chodzi o zareklamowanie osobom deklarującym niechęć do pójścia na wybory możliwości oddania nieważnego głosu. Masowe oddawanie nieważnego głosu byłoby informacją negującą nihilistyczne interpretacje na temat biernych obojętnych ludzi. Jak można przeczytać na stronie akcji:
Prawie 60% wyborców nie chodzi na wybory. Mając do wyboru kłamcę albo kłamcę, nie wybierają nikogo. Jednak politycy i media przekonują nas, że te 60% wyborców to zobojętniali egoiści, dla których Polska nic nie znaczy i chodzi im tylko o to, by mieć co włożyć do garnka. Czy to jest prawda?

Nie wiemy tego, my Wyborcy, my Obywatele, a także Wy dziennikarze i Wy politycy, jak jest naprawdę. Jakimi pobudkami kierują się ludzie zostając w dniu wyborów w domu. Czy podyktowane jest to brakiem zgody na niszczenie godności Polski? Czy podyktowane jest to brakiem zainteresowania i lenistwem? Nie wiemy tego. Czy tak musi być?
Znajomi, z którymi dyskutowałem o tym pomyśle, nawet jeśli nie oskarżali mnie absurdalnie o odciąganie ludzi od ich partii, to wskazywali, że pomysł z reklamowaniem oddawania nieważnego głosu to ułatwienie wyborczych fałszerstw. Zawsze można powiedzieć, że masowo pojawiające się nieważne głosy to efekt społecznej kampanii.

W 2010 roku dałem się niemal przekonać, że ta akcja to nie najszczęśliwszy pomysł. Jednak ostatnio wpadła mi w ręce cienka książeczka, będąca klasyczną pozycją w temacie masowej komunikacji. Mowa o zbiorze różnych tekstów pod redakcją Vladimira Volkoffa "Dezinformacja. Oręż wojny". W artykule R. Mucchielli'ego, będącego fragmentem książki "La Subversion" wydanej w 1971 roku jest taki fragment:
Neutralizacja głosu wyborców. Bojkot każdej formy wolnych wyborów

Jest takie hasło, głoszone przez aktywistów wojny psychologicznej w krajach zachodnich, które budzi wielkie zdziwienie partii demokratycznych i związków zawodowych (zażartych obrońców głosowania powszechnego). To antydemo­kratyczne hasło brzmi: „Wybory, to oszustwo".

Luis Mercier Vega w swej książce Technika anty-państwa przytacza teksty proklamacji rewolucjonistów południowoamerykańskich. Podobne teksty, „przykrojone" do języka każdego narodu, spotykamy we wszystkich pro­klamacjach i ulotkach lewaków we wszystkich krajach, w których istnieje wolność słowa.

W roku 1962 w Wenezueli Front Rewolucyjny potępia „farsę wyboczą" (przewidziane na grudzień wybory do parlamentu i wybory następcy Betancourta na stanowisko prezydenta kraju) i uroczyście oświadcza, że ją uniemożliwi.

Camillo Torres zapewniał w 1966 roku Kolumbijczyków: „Lud wie, że legalne drogi prowadzą donikąd. Lud wie, że pozostała tylko droga walki zbrojnej."

W lipcu 1966 Ruch Rewolucyjnej Lewicy oznajmiał Peruwiańczykom: "Jako ruch autentycznie rewolucyjny, odrzuciliśmy drogę kompromisu i poro­zumienia z wyzyskiwaczami, odrzuciliśmy burżuazyjny system wyborczy..."

Widzieliśmy już wyżej, że ta nieufność do głosowania powszechnego, racjonalizowana za pomocą najróżniejszych argumentów, jest logicznym następstwem woluntarystycznej koncepcji rewolucji.

Przy okazji należy rozprawić się z chybionym zarzutem, jaki opozycyjne par­tie demokratyczne wysuwają pod adresem lewaków, oskarżając ich o "obiek­tywne dopomaganie rządowi", ponieważ wyborcy, zaniepokojeni ich działaniami wywrotowymi z użyciem siły, skłonni są masowo głosować na istniejące władze. Jest to zarzut chybiony z dwóch powodów:

— z jednej strony, zawarte w domyśle oskarżenie posłów większości — "zostaliście wybrani dzięki powszechnemu strachowi, a więc w nienormal­nych okolicznościach i nie jesteście reprezentatywni" — osiąga cel zamierzony przez wrogów systemu, podważając go. Reprezentanci większości mają kom­pleks winy i nie odważają się podejmować żadnych radykalnych kroków w obronie państwa. Nie przychodzi im do głowy, że ich wybór w takich właśnie warunkach był swoistym ogólnonarodowym referendum na rzecz zachowania dotychczasowego porządku;

— z drugiej strony, udział w wyborach, mimo warunków, w jakich przebiegały, świadczy wymownie, że grupki rewolucyjne stanowiące emanację przedsięwzięcia destabilizacyjnego nie zdołały zastraszyć głosujących. Organi­zując lepiej destabilizację i terror, rzeczywiście uniemożliwią wybory, jak to obiecywał Front Rewolucyjny w Wenezueli, sparaliżują masy i większość stanie się definitywnie milcząca.
Nieco wcześniej ten sam autor zauważa:
Skonstatować należy, że społeczno-ekonomiczne uwarunkowania rewolucji (wyzysk, nędza, bezrobocie, wyalienowanie władzy troszczącej się jedynie o interesy uprzywilejowanej mniejszości, itd.), a nawet uwarunkowania polity­czne (pozbawienie praw politycznych, terror, narzucona ideologia, pozbawienie praw obywatelskich, itp.) stają się motorem rewolucji tylko wtedy, gdy istnieją rewolucyjne nastroje, wola walki. To właśnie "stan umysłów" wywołuje rewolucję; w przeciwnym razie mamy do czynienia z rezygnacją płynącą ze strachu lub poszanowania władzy.[...]

Wiele się mówiło i nadal mówi o "milczącej większości", to znaczy przytłaczającej większości obywateli każdego z krajów „obrabianych" przez dywersję, i dziwi się jej obojętności. Stanowi ona mityczną nadzieję rządów wystawionych na próby destabilizacji.

Tymczasem milcząca większość jest wytworem dywersji. Jednym bo­wiem z celów i działań dywersyjnych jest właśnie sparaliżowanie i spowodowa­nie zobojętnienia mas. Jeśli czytelnik uważnie zapoznał się z omówionymi przez nas koncepcjami woluntarystycznych rewolucjonistów, niewątpliwie wydedukuje z nich "logikę" neutralizacji przytłaczającej większości obywateli przez dywersję: w przeciwieństwie do realistycznej koncepcji rewolucji, koncepcja woluntarystyczna nie potrzebuje — jak widzieliśmy — ani powszechnego powstania, ani aktywnego udziału "ludu". Zdobycie władzy będzie dziełem małej grupki, nielicznej mniejszości, tej, która wie, czego chce i co robi (nawiasem mówiąc — tylko ona jedna to wie). Sprawą zasadniczej wagi jest więc, żeby w momencie przejmowania władzy nie doszło do żadnej przeciwstaw­nej interwencji. Co za tym idzie, działania wywrotowe implikują narzucenie większości milczenia; milczenia równoznacznego z apatią, a nie deza­probatą dla wywrotowców, jak się to zbyt często pochopnie sądzi.
Co jest zatem bardziej niebezpieczne dla demokracji? Kilka głosów dorzuconych do urny przez nadgorliwego i nie rozumiejącego zasad członka wyborczej komisji? Czy obojętność mas przyzwalających swoją nieobecnością w lokalu wyborczym na niszczenie autorytetu państwa przez niekompetentnych jego funkcjonariuszy? Czy gdyby frekwencja skoczyła do 70% przy liczbie nieważnych głosów 30% to by świadczyło o fałszerstwach, czy raczej o skorzystaniu z tej formy zakomunikowania własnej obywatelskiej aktywności i gotowości do minimalnego chociaż działania?

Podobno na Ukrainie jest możliwość zaznaczenia krzyżykiem opcji wyboru: "ŻADEN". To jest bardziej jednoznaczne, ale w naszej ordynacji wyborczej tej możliwości nie ma. Warto dołączyć ten postulat do żądanych zmian. Tymczasem dla zniesmaczonych jakością całej polskiej sceny politycznej pozostaje nieważny głos. Warto się zastanowić czy może jednak nie spróbować zachęcić zniechęconych do tej formy wyrażenia swojego zniesmaczenia...

wtorek, 4 grudnia 2012

Odwrócić negatywne tendencje

Krzysztof Rybiński poruszył bardzo istotny problem wyludniania się Polski. Minimalny przyrost naturalny trzymający populacje mieszkających w Polsce Polaków został zahamowany. Na to zjawisko nałożyła się gigantyczna emigracja zarobkowa, która wydrenowała Polskę z 2 000 000 młodych obywateli. Sytuacja wymaga zdecydowanych działań, ale najpierw wymaga rzetelnej diagnozy. Bez tego narażeni jesteśmy na kolejne symboliczne lecz mało skuteczne gesty jak słynne becikowe.

Nie chcę podawać tu ani żadnych diagnoz, ani konstruktywnych propozycji. O tym rozmawiali m.in. uczestnicy konferencji „Bariery ograniczające dzietność w Polsce”, która odbyła się w gmachu Senatu RP. Chcę zwrócić uwagę na podobne zjawiska w naszym międzynarodowym otoczeniu.

Delikatnie ujemny przyrost naturalny jest typowy dla rozwiniętych społeczeństw Zachodu. Drastycznie ujemny przyrost naturalny cechuje, a raczej cechował największe państwo świata, czyli Rosję. Portal www.stosunkimiedzynarodowe.info przytoczył w 2010 roku raport ONZ na temat populacji Rosji: "Populacja Rosji zmniejszyła się o 6,6 miliona od 1993 roku, pomimo dużego napływu imigrantów, który uczynił Rosję drugą najpopularniejszą destynacją dla pracowników-migrantów na świecie po USA. ONZ szacuje, że Rosja może stracić dalsze 11 milionów osób do 2025 roku." Rosja, oprócz kampanii wspierających rodzinę, dostrzega także zdrowotne źródło problemu, którym jest powszechny alkoholizm. Jak wiadomo nadużywany alkohol to świetny środek na zmniejszenie ilości urodzin oraz długości i jakości życia. Dlatego "Miedwiediew jako pierwszy od czasów Gorbaczowa ostatnio wezwał do wprowadzenia środków antyalkoholowych."

Niedawno można było przeczytać o ograniczeniach dla reklamy alkoholu, informację, że "od 1 stycznia 2013 r. minimalna cena detaliczna wódki w Rosji ma wzrosnąć o ponad jedną trzecią." oraz że "do 2020 roku średnia cena detaliczna półlitrowej butelki wódki w Rosji może wzrosnąć ponad trzykrotnie. Jest to celowe działanie rosyjskich władz, które w ten sposób chcą zmniejszyć spożycie alkoholu w kraju – podała rosyjska agencja informacji gospodarczej Prime."

Wygląda na to że działania te zaczynają przynosić efekt, bo z kolei portal Kresy.pl opublikował przedruk artykułu informującego, że "od stycznia do października 2012 roku populacja Rosji wzrosła dzięki przyrostowi naturalnemu. W porównaniu z tym samym okresem w 2011 roku liczba urodzeń zwiększyła się o 6,5% a liczba zgonów zmniejszyła o 1,5%." Kwestią otwartą oczywiście pozostaje, czy to tendencja trwała czy incydentalna, ale warto wiedzieć, że "jeszcze w 2004 roku populacja kurczyła się samoistnie o 800,000 ludzi rocznie a teraz rośnie o 800. To ogromna zmiana na lepsze!"

Dlaczego przytaczam te informacje? Nie, nie dlatego, że cieszy mnie zatrzymanie wymierania naszego sąsiada, który razem z Białorusią organizuje manewry wojskowe symulujące atak na nasze terytorium. Warto dostrzec, że nawet w Rosji możliwe jest zatrzymanie negatywnych tendencji społecznych i że prognozy nie stanowią wyroczni, ale powinny być sygnałem do poszukiwania rozwiązań eliminujących przyczyny danego zjawiska. Nie jesteśmy skazani na wymarcie, jak ostrzega nas Rybiński. Tendencje można odwrócić. Ale do tego potrzeba rzetelnych analiz, by dostrzec rzeczywiste przyczyny. Warto zdawać sobie sprawę, że jako Naród mamy do tego zarówno techniczne środki, jak i intelektualne możliwości. Dlatego trzeba jak najszybciej wymienić decydentów: zamiast tych, którzy rozemocjonowanymi okrzykami tłumią prawdę i mamią nas kłamstwami, dać możliwość decyzji tym, którzy słuchają racjonalnych argumentów i twardo stąpają po ziemi.