sobota, 26 stycznia 2013

Bolszewizm jako powód do dumy.

Zastanawiamy się pewnie często nad tym, jak można tak swobodnie głosić przeciwstawne poglądy, nie przejmując się wcale niebezpieczeństwem kompromitacji. Jak można w jednym momencie twierdzić, że "tylko facet, który nie ma prawa jazdy, może wydawać pieniądze na fotoradary", by jako premier latając prawie wszędzie samolotem twierdzić, że nie zgadza się "z tymi wszystkimi, którzy twierdzą, że fotoradary to są pułapki na kierowców. Fotoradary to jest egzekucja prawa". Jedni nazywają to hipokryzją, inni elastycznym otwarciem na argumenty. Jedni tłumaczą to sobie oportunizmem, inni schizofrenią... Prawda jednak jest inna.

Partyjny kolega premiera Tuska, były vice-przewodniczący jego partii, jest najlepszym dostarczycielem takich sprzecznych komunikatów. Założył partię Ruch Poparcia Swojego Nazwiska, ale myliłby się ten, kto by sądził, że to efekt jakiejś "kłótni w rodzinie". To tylko kolejne partyjne zadanie.

O ile w 2010 roku wygłaszał zdania w rodzaju:
„Jeśli Tusk na plakatach w całej Polsce mówi, że nie chce uprawiać polityki, to takiej lepperiady sam Lepper by nie urządził. Nawet Lepper nie zrobiłby takiej błazenady jak Tusk (…) Tusk jest złodziejem politycznym. Tusk jest też kłamcą politycznym”
O tyle w 2012 roku bez cienia zażenowania opowiada:
"Może z moich partyjnych pozycji to, co powiem, jest mało polityczne, ale Tusk jest niewątpliwie najwybitniejszym politykiem 20-lecia (…) Oczywiście są zasługi Wałęsy, ale to inna kategoria, bardziej historyczna. Wszyscy inni, łącznie z Kwaśniewskim, nie są politykami formatu Tuska”
Można by próbować zrzucić to na karb podpuszczenia przez dziennikarza (jak robił to swego czasu Maciej Stuhr tłumacząc się z przywiązanych do tarcz dzieci pod Cedynią), ale na autorskim blogu wspomnianego współpracownika premiera Tuska można przeczytać tak sprzeczne zdania:

W 2009 roku:
„Kościół w Polsce był zawsze bowiem po stronie ludu i po stronie polskości.”
W 2013 roku:
„Obalmy w końcu dogmat, że Kościół Katolicki stał zawsze po stronie Polski.”
Nie jest to przejaw ani oportunizmu, ani schizofrenii. To klasyczny wręcz przypadek zjawiska, które ma swoją nazwę. Jak często się to zdarza, najlepszych opisów nie dostarczają ośrodki akademickie, lecz literatura. Oto jak w powieści Wladimira Volkoffa pod tytułem "Werbunek", komunista Igor Popow tłumaczy swojej rozmówczyni istotę tego zjawiska, tej formacji, która od kilkudziesięciu lat w zasadzie nieprzerwanie rządzi nie tylko Polską, ale olbrzymią częścią całego świata:
"Czy zastanawiała się pani kiedyś nad słowem „bolszewik"? Historycznie rzecz biorąc, oznacza ono „członka partii większościowej na kongresie demokratycznym 1903 roku", ale pomijając fakt, że owa większość została, szczęśliwie zresztą, zmanipulowana, trzeba poszukać głębiej. Stalin powiedział: „Bolszewizm i leninizm to jedno i to samo". [...]

Bolszewik to nie ten, który ma większość, ale ten, który wciąż chce więcej. Więcej większości i innych rzeczy. Gdy dociera do punktu B, już chce dojść do C, i tak dalej. Niektórzy kretyni twierdzą, że zmieniamy oblicze jak rękawiczki. Nie rozumieją, że nasze oblicze to właśnie zmienność. Bołszak to udeptany gościniec, a bolszewik to ten, który wędruje gościńcem. Oskarżają nas o oportunizm. To tak jakby oskarżać słońce o to, że świeci. Kiedy idziemy, pejzaż musi się zmieniać. Właśnie dlatego Lenin jest największym geniuszem wszechczasów. Bo tak naprawdę nie istnieje coś takiego jak leninizm. Marks zamknięty jest w marksizmie, Engels w dialektyce. Można ich prześcignąć. Lenin jest jak wiatr - wieje tam, gdzie chce. Napisał „Państwo a Rewolucja", ale zorganizował także terror oraz stworzył Nową Politykę Ekonomiczną. Prawda to to, że nie ma prawdy. Trudno ją zrozumieć, ciężko strawić, ale gdy raz się pojmie, to coś naprawdę wspaniałego. Prawda to to, co znajduję w dzisiejszej gazecie. Wczorajsza zawsze kłamie. Dzisiejsza zawsze mówi prawdę. To dlatego gazeta "Prawda" nosi tytuł "Prawda". Prawda to nasz bolszewicki chleb powszedni i podobnie jak wy nie zjadacie wczorajszych resztek, my odmawiamy spożywania spleśniałego chleba historii. Jeśli nie ma prawdy, możemy narzucić własną. Popełniono błąd, usuwając słowo „bolszewik" z nazwy partii. Przez to niektórzy sądzą, że bolszewizm jest jakąś formą marksizmu, podczas gdy jest dokładnie odwrotnie."
Tak, drodzy Państwo. Warto nazywać rzeczy po imieniu i jasno je definiować - pozwoli to uniknąć wielu rozczarowań i zaskoczeń...

wtorek, 8 stycznia 2013

Partia Zwalczania Przedsiębiorczości Rodzimej

W warszawskim Ratuszu kupcy z Dworca Centralnego przypięli się łańcuchami do mebli. Szczegóły relacji można przeczytać na portalu TVN Warszawa, czego serdecznie żałuję, ale co zrobić, gdy wszystkie źródła odsyłają właśnie tam... Warto odświeżyć sobie informacje z frontu walki z polską przedsiębiorczością, bo zasada jest podobna do likwidacji KDT. Nigdzie nie znalazłem odpowiedzi na stawiane niegdyś pytania do rządzącej Stolicą HGW. Jedyną interpretacją braku odpowiedzi na te pytania, jaka przychodzi mi na myśl jest uznanie, że inicjały Pani Prezydent są wystarczającą odpowiedzią.

Przypomnijmy trzy z pytań:
  1. Po co tak stanowczo usuwano siłą kupców, skoro następnego dnia po usunięciu nie rozpoczęła się rozbiórka Hali, a po rozbiórce natychmiast nie ruszyły żadne prace?
  2. Czy nie jest niegospodarnością pozbawienie miasta dochodu za wynajem powierzchni przez okres co najmniej roku? Nawet biorąc pod uwagę czas potrzebny do zlikwidowania Hali, spokojnie można było czerpać pożytki z jej istnienia co najmniej do lipca 2010 roku. Są to przecież zarówno opłaty za wynajem powierzchni jak i podatki odprowadzane przez kupców.
  3. Kto skorzystał na pozbawieniu miasta wyżej opisanych dochodów?
Pytanie o korzyści z walki z przedsiębiorcami z przejść podziemnych w okolicach Dworca Centralnego nasuwają same. Dla dopełnienia obrazu warto też zajrzeć do rejestru umów zawartych w ostatnim czasie przez Stolicę. Nie twierdzę, że miasto nie powinno organizować sylwestrowej zabawy, ale koszt tego jednego wydatku to prawie równowartość likwidacji nocnych przejazdów metra. Zasadność emisji spotu w programach TVN i TVN 24 w ramach kampanii Zakochaj się w Warszawie na Święta niewątpliwie nie podlega dyskusji. Po dofinansowaniu remontu stadionu Legii firmie ITI, marne 600 tys. z budżetu miasta to naprawdę drobiazg. Nocne metro to zupełnie co innego.

Poparcie mieszkańców Warszawy dla pani Holera Go Wie (pisownia zgodna z ortografią prezydencką) wydaje się utrzymywać na ciągle przyzwoitym poziomie, co może świadczyć tylko o jednym. Dominująca w Stolicy wykształcona i nowoczesna grupa jest świadoma ogromu prac, jakie konieczne są do podźwignięcia tego miasta z ruiny, do jakiej doprowadziły rządy nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zniszczony wizerunek mogą odbudować jedynie sprawne akcje promocyjne i huczne imprezy, z których wspólne powroty rozkopanymi ulicami miasta, przywołujące klimat czasów wojennych barykad, skutecznie zintegrują towarzystwo w oporze wobec warchołów i wichrzycieli.

Zwieranie szeregów jest bardzo ważne, zwłaszcza wobec silnych złodziejskich tradycji naszego kraju, które to tradycje według redaktora Lisa były głównym motorem protestów przeciwko ACTA. Mam co prawda wrażenie, że tradycje te są charakterystyczne nie dla naszego kraju, tylko dla formacji ideowej redaktora Lisa, o której wspominał niegdyś Rymkiewicz, ale oczywiście mogę się mylić.

Trzeba jednak uważać. Można bowiem przeoczyć tę granicę, której przekroczyć nie wolno i nawoływaniem do pokoju zacząć zagrażać porządkowi publicznemu. Dobitnie pokazuje to przykład Sebastiana Wasiaka, którego uwięziono po ostatnim Marszu Niepodległości. O sprawie na razie ciągle jest cicho, a niewątpliwie warto ją śledzić. Szczególnie polecam zainteresowanie młodym wykształconym wracającym nocną porą po radosnej balandze: nie należy przesadzać z okazywaniem miłości służbom porządkowym!


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Kamyczek do ordynacji wyborczej

Zmarł niedawno wielki orędownik wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych, prof. Jerzy Przystawa. Z hasłem wprowadzenia JOW jeździ od niedawna po kraju Paweł Kukiz. W moim odczuciu JOW jest warunkiem wstępnym do rozpoczęcia naprawy klasy politycznej w Polsce, ale wbrew temu, co bezmyślnie powtarzają przeciwnicy tego rozwiązania, nie jest żadnym panaceum. JOW jest jak powietrze: umożliwia konieczne do życia oddychanie, ale nie wyleczy żadnej choroby, ani nie zbuduje domów.

Warto jednak zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt ordynacji wyborczej. W 2010 roku powstała obywatelska inicjatywa, która przeszła zupełnie bez echa: Akcja: Twój głos ma znaczenie! Chodzi o zareklamowanie osobom deklarującym niechęć do pójścia na wybory możliwości oddania nieważnego głosu. Masowe oddawanie nieważnego głosu byłoby informacją negującą nihilistyczne interpretacje na temat biernych obojętnych ludzi. Jak można przeczytać na stronie akcji:
Prawie 60% wyborców nie chodzi na wybory. Mając do wyboru kłamcę albo kłamcę, nie wybierają nikogo. Jednak politycy i media przekonują nas, że te 60% wyborców to zobojętniali egoiści, dla których Polska nic nie znaczy i chodzi im tylko o to, by mieć co włożyć do garnka. Czy to jest prawda?

Nie wiemy tego, my Wyborcy, my Obywatele, a także Wy dziennikarze i Wy politycy, jak jest naprawdę. Jakimi pobudkami kierują się ludzie zostając w dniu wyborów w domu. Czy podyktowane jest to brakiem zgody na niszczenie godności Polski? Czy podyktowane jest to brakiem zainteresowania i lenistwem? Nie wiemy tego. Czy tak musi być?
Znajomi, z którymi dyskutowałem o tym pomyśle, nawet jeśli nie oskarżali mnie absurdalnie o odciąganie ludzi od ich partii, to wskazywali, że pomysł z reklamowaniem oddawania nieważnego głosu to ułatwienie wyborczych fałszerstw. Zawsze można powiedzieć, że masowo pojawiające się nieważne głosy to efekt społecznej kampanii.

W 2010 roku dałem się niemal przekonać, że ta akcja to nie najszczęśliwszy pomysł. Jednak ostatnio wpadła mi w ręce cienka książeczka, będąca klasyczną pozycją w temacie masowej komunikacji. Mowa o zbiorze różnych tekstów pod redakcją Vladimira Volkoffa "Dezinformacja. Oręż wojny". W artykule R. Mucchielli'ego, będącego fragmentem książki "La Subversion" wydanej w 1971 roku jest taki fragment:
Neutralizacja głosu wyborców. Bojkot każdej formy wolnych wyborów

Jest takie hasło, głoszone przez aktywistów wojny psychologicznej w krajach zachodnich, które budzi wielkie zdziwienie partii demokratycznych i związków zawodowych (zażartych obrońców głosowania powszechnego). To antydemo­kratyczne hasło brzmi: „Wybory, to oszustwo".

Luis Mercier Vega w swej książce Technika anty-państwa przytacza teksty proklamacji rewolucjonistów południowoamerykańskich. Podobne teksty, „przykrojone" do języka każdego narodu, spotykamy we wszystkich pro­klamacjach i ulotkach lewaków we wszystkich krajach, w których istnieje wolność słowa.

W roku 1962 w Wenezueli Front Rewolucyjny potępia „farsę wyboczą" (przewidziane na grudzień wybory do parlamentu i wybory następcy Betancourta na stanowisko prezydenta kraju) i uroczyście oświadcza, że ją uniemożliwi.

Camillo Torres zapewniał w 1966 roku Kolumbijczyków: „Lud wie, że legalne drogi prowadzą donikąd. Lud wie, że pozostała tylko droga walki zbrojnej."

W lipcu 1966 Ruch Rewolucyjnej Lewicy oznajmiał Peruwiańczykom: "Jako ruch autentycznie rewolucyjny, odrzuciliśmy drogę kompromisu i poro­zumienia z wyzyskiwaczami, odrzuciliśmy burżuazyjny system wyborczy..."

Widzieliśmy już wyżej, że ta nieufność do głosowania powszechnego, racjonalizowana za pomocą najróżniejszych argumentów, jest logicznym następstwem woluntarystycznej koncepcji rewolucji.

Przy okazji należy rozprawić się z chybionym zarzutem, jaki opozycyjne par­tie demokratyczne wysuwają pod adresem lewaków, oskarżając ich o "obiek­tywne dopomaganie rządowi", ponieważ wyborcy, zaniepokojeni ich działaniami wywrotowymi z użyciem siły, skłonni są masowo głosować na istniejące władze. Jest to zarzut chybiony z dwóch powodów:

— z jednej strony, zawarte w domyśle oskarżenie posłów większości — "zostaliście wybrani dzięki powszechnemu strachowi, a więc w nienormal­nych okolicznościach i nie jesteście reprezentatywni" — osiąga cel zamierzony przez wrogów systemu, podważając go. Reprezentanci większości mają kom­pleks winy i nie odważają się podejmować żadnych radykalnych kroków w obronie państwa. Nie przychodzi im do głowy, że ich wybór w takich właśnie warunkach był swoistym ogólnonarodowym referendum na rzecz zachowania dotychczasowego porządku;

— z drugiej strony, udział w wyborach, mimo warunków, w jakich przebiegały, świadczy wymownie, że grupki rewolucyjne stanowiące emanację przedsięwzięcia destabilizacyjnego nie zdołały zastraszyć głosujących. Organi­zując lepiej destabilizację i terror, rzeczywiście uniemożliwią wybory, jak to obiecywał Front Rewolucyjny w Wenezueli, sparaliżują masy i większość stanie się definitywnie milcząca.
Nieco wcześniej ten sam autor zauważa:
Skonstatować należy, że społeczno-ekonomiczne uwarunkowania rewolucji (wyzysk, nędza, bezrobocie, wyalienowanie władzy troszczącej się jedynie o interesy uprzywilejowanej mniejszości, itd.), a nawet uwarunkowania polity­czne (pozbawienie praw politycznych, terror, narzucona ideologia, pozbawienie praw obywatelskich, itp.) stają się motorem rewolucji tylko wtedy, gdy istnieją rewolucyjne nastroje, wola walki. To właśnie "stan umysłów" wywołuje rewolucję; w przeciwnym razie mamy do czynienia z rezygnacją płynącą ze strachu lub poszanowania władzy.[...]

Wiele się mówiło i nadal mówi o "milczącej większości", to znaczy przytłaczającej większości obywateli każdego z krajów „obrabianych" przez dywersję, i dziwi się jej obojętności. Stanowi ona mityczną nadzieję rządów wystawionych na próby destabilizacji.

Tymczasem milcząca większość jest wytworem dywersji. Jednym bo­wiem z celów i działań dywersyjnych jest właśnie sparaliżowanie i spowodowa­nie zobojętnienia mas. Jeśli czytelnik uważnie zapoznał się z omówionymi przez nas koncepcjami woluntarystycznych rewolucjonistów, niewątpliwie wydedukuje z nich "logikę" neutralizacji przytłaczającej większości obywateli przez dywersję: w przeciwieństwie do realistycznej koncepcji rewolucji, koncepcja woluntarystyczna nie potrzebuje — jak widzieliśmy — ani powszechnego powstania, ani aktywnego udziału "ludu". Zdobycie władzy będzie dziełem małej grupki, nielicznej mniejszości, tej, która wie, czego chce i co robi (nawiasem mówiąc — tylko ona jedna to wie). Sprawą zasadniczej wagi jest więc, żeby w momencie przejmowania władzy nie doszło do żadnej przeciwstaw­nej interwencji. Co za tym idzie, działania wywrotowe implikują narzucenie większości milczenia; milczenia równoznacznego z apatią, a nie deza­probatą dla wywrotowców, jak się to zbyt często pochopnie sądzi.
Co jest zatem bardziej niebezpieczne dla demokracji? Kilka głosów dorzuconych do urny przez nadgorliwego i nie rozumiejącego zasad członka wyborczej komisji? Czy obojętność mas przyzwalających swoją nieobecnością w lokalu wyborczym na niszczenie autorytetu państwa przez niekompetentnych jego funkcjonariuszy? Czy gdyby frekwencja skoczyła do 70% przy liczbie nieważnych głosów 30% to by świadczyło o fałszerstwach, czy raczej o skorzystaniu z tej formy zakomunikowania własnej obywatelskiej aktywności i gotowości do minimalnego chociaż działania?

Podobno na Ukrainie jest możliwość zaznaczenia krzyżykiem opcji wyboru: "ŻADEN". To jest bardziej jednoznaczne, ale w naszej ordynacji wyborczej tej możliwości nie ma. Warto dołączyć ten postulat do żądanych zmian. Tymczasem dla zniesmaczonych jakością całej polskiej sceny politycznej pozostaje nieważny głos. Warto się zastanowić czy może jednak nie spróbować zachęcić zniechęconych do tej formy wyrażenia swojego zniesmaczenia...

wtorek, 4 grudnia 2012

Odwrócić negatywne tendencje

Krzysztof Rybiński poruszył bardzo istotny problem wyludniania się Polski. Minimalny przyrost naturalny trzymający populacje mieszkających w Polsce Polaków został zahamowany. Na to zjawisko nałożyła się gigantyczna emigracja zarobkowa, która wydrenowała Polskę z 2 000 000 młodych obywateli. Sytuacja wymaga zdecydowanych działań, ale najpierw wymaga rzetelnej diagnozy. Bez tego narażeni jesteśmy na kolejne symboliczne lecz mało skuteczne gesty jak słynne becikowe.

Nie chcę podawać tu ani żadnych diagnoz, ani konstruktywnych propozycji. O tym rozmawiali m.in. uczestnicy konferencji „Bariery ograniczające dzietność w Polsce”, która odbyła się w gmachu Senatu RP. Chcę zwrócić uwagę na podobne zjawiska w naszym międzynarodowym otoczeniu.

Delikatnie ujemny przyrost naturalny jest typowy dla rozwiniętych społeczeństw Zachodu. Drastycznie ujemny przyrost naturalny cechuje, a raczej cechował największe państwo świata, czyli Rosję. Portal www.stosunkimiedzynarodowe.info przytoczył w 2010 roku raport ONZ na temat populacji Rosji: "Populacja Rosji zmniejszyła się o 6,6 miliona od 1993 roku, pomimo dużego napływu imigrantów, który uczynił Rosję drugą najpopularniejszą destynacją dla pracowników-migrantów na świecie po USA. ONZ szacuje, że Rosja może stracić dalsze 11 milionów osób do 2025 roku." Rosja, oprócz kampanii wspierających rodzinę, dostrzega także zdrowotne źródło problemu, którym jest powszechny alkoholizm. Jak wiadomo nadużywany alkohol to świetny środek na zmniejszenie ilości urodzin oraz długości i jakości życia. Dlatego "Miedwiediew jako pierwszy od czasów Gorbaczowa ostatnio wezwał do wprowadzenia środków antyalkoholowych."

Niedawno można było przeczytać o ograniczeniach dla reklamy alkoholu, informację, że "od 1 stycznia 2013 r. minimalna cena detaliczna wódki w Rosji ma wzrosnąć o ponad jedną trzecią." oraz że "do 2020 roku średnia cena detaliczna półlitrowej butelki wódki w Rosji może wzrosnąć ponad trzykrotnie. Jest to celowe działanie rosyjskich władz, które w ten sposób chcą zmniejszyć spożycie alkoholu w kraju – podała rosyjska agencja informacji gospodarczej Prime."

Wygląda na to że działania te zaczynają przynosić efekt, bo z kolei portal Kresy.pl opublikował przedruk artykułu informującego, że "od stycznia do października 2012 roku populacja Rosji wzrosła dzięki przyrostowi naturalnemu. W porównaniu z tym samym okresem w 2011 roku liczba urodzeń zwiększyła się o 6,5% a liczba zgonów zmniejszyła o 1,5%." Kwestią otwartą oczywiście pozostaje, czy to tendencja trwała czy incydentalna, ale warto wiedzieć, że "jeszcze w 2004 roku populacja kurczyła się samoistnie o 800,000 ludzi rocznie a teraz rośnie o 800. To ogromna zmiana na lepsze!"

Dlaczego przytaczam te informacje? Nie, nie dlatego, że cieszy mnie zatrzymanie wymierania naszego sąsiada, który razem z Białorusią organizuje manewry wojskowe symulujące atak na nasze terytorium. Warto dostrzec, że nawet w Rosji możliwe jest zatrzymanie negatywnych tendencji społecznych i że prognozy nie stanowią wyroczni, ale powinny być sygnałem do poszukiwania rozwiązań eliminujących przyczyny danego zjawiska. Nie jesteśmy skazani na wymarcie, jak ostrzega nas Rybiński. Tendencje można odwrócić. Ale do tego potrzeba rzetelnych analiz, by dostrzec rzeczywiste przyczyny. Warto zdawać sobie sprawę, że jako Naród mamy do tego zarówno techniczne środki, jak i intelektualne możliwości. Dlatego trzeba jak najszybciej wymienić decydentów: zamiast tych, którzy rozemocjonowanymi okrzykami tłumią prawdę i mamią nas kłamstwami, dać możliwość decyzji tym, którzy słuchają racjonalnych argumentów i twardo stąpają po ziemi.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Marsz Niepodległości 2012

W zeszłym roku udało mi się pokrążyć między różnymi grupkami i poobserwować wypadki z różnych stron barykady. W tym roku dotarłem na Marsz z opóźnieniem i niestety okoliczności nie pozwoliły mi odwiedzić pozostałych imprez. Ale trochę widziałem i ku pamięci notuję.

W Alejach Jerozolimskich zobaczyłem marsz Kolorowej Niepodległej pod czarno-czerwonymi sztandarami. Choć moim zdaniem barwy sztandarów powinny być raczej czarno-białe, biorąc pod uwagę, że kolumna marszowa składała się w głównej mierze z czarno umundurowanych policjantów zwieńczonych białymi kaskami. Niemniej robiła wrażenie ta "kilkudziesięciotysięczna" manifestacja w kontekście "kilkuset" uczestników Marszu Niepodległości ;-)

Aleje Jerozolimskie były zablokowane przy ulicy Kruczej. Skręciłem zatem z Kruczej w Żurawią i gdy doszedłem do Marszałkowskiej, powitał mnie huk petard i zobaczyłem fruwające w zadymionym powietrzu czerwone flary. Nagle zaroiło się od biegających we wszystkich kierunkach ubranych na czarno ludzi w kominiarkach oraz zaczęły dochodzić standardowe wezwania policji do zachowania zgodnego z prawem. Nikt nie wiedział co się dzieje, kto kogo atakuje i w którą stronę uciekać.

Gdy trochę się uspokoiło wyszedłem na środek luźniejszej ziemi niczyjej. Policja stała, zaś rzucających kamienie ludzi w kominiarkach próbowały powstrzymać służby porządkowe Marszu. Na skierowane do konkretnej osoby krzyknięcie żeby przestać rzucać, delikwent opuszczał z reguły rękę, ale były i takie osoby, które rzuciły się na mnie, krzycząc "ty agorowy prowokatorze! to my bronimy cię przed przed Michnikiem!" Na szczęście nie byłem jedyną osobą, która spontanicznie próbowała powstrzymać tę zorganizowaną akcję i napastnicy szybko się wycofali.

Z samochodu organizatorów, stojącego między Cepelią a Forum, dały się słyszeć uspakajające wezwania organizatorów do wycofania się na punkt startu, czyli na rondo Dmowskiego. Tłum zaczyna się wycofywać, ale robi się coraz ciaśniej i w końcu pada informacja od organizatorów, żeby stanąć w miejscu, bo tył też jest zablokowany przez policję. W zasadzie wszystkie wyjścia są zablokowane, a na czoło ciągle napiera tyraliera wzywająca tłum do rozejścia. Sytuacja patowa. Organizator zarządza śpiewanie hymnu narodowego, co uniemożliwia rzucanie kamieni w policję przez prowokatorów: rzucanie zamiast śpiewania w postawie zasadniczej natychmiast demaskuje intencje. Marszowe służby porządkowe opanowują sytuację, rozpoczynają się negocjacje z policją co dalej.

W końcu policja, widząc że prowokacja się nie uda, ustępuje i Marsz już bez większych przeszkód dochodzi aż na Agrykolę.

Szczegóły prowokacji można przeczytać i obejrzeć np. tu:



Kilka słów komentarza.

Tegoroczny Marsz Niepodległości okazał się kolejnym sukcesem. Konstruktywnym sukcesem organizacyjnym i edukacyjnym. Utrzymanie kilkudziesięcio-tysięcznego tłumu w ryzach, w sytuacji skrajnego napięcia, gdy policja bez większych powodów zaczyna strzelać z broni gładkolufowej do tłumu, w którym znajdują się nie tylko weterani zamieszek z policją, ale także kobiety i dzieci, gdy wezwania do rozejścia się połączone są z blokadą wszystkich wyjść z zamkniętego terenu - w takich warunkach opanowanie emocji i doprowadzenie do pokojowego zakończenia jest naprawdę wielkim osiągnięciem!

Edukacja na temat charakteru i metod policyjnych prowokacji, których celem jest osiągnięcie określonego medialno-politycznego celu przynosi piorunujące efekty. Społeczeństwo pokazało, że potrafi bardzo szybko się uczyć, pomimo totalnego opanowania większości mediów przez funkcjonariuszy jednokierunkowej propagandy. Władza dzięki temu wie, że żadne totalne metody nie zadziałają na dłuższą metę w społeczeństwie przez dziesiątki lat wytrenowanym do funkcjonowania w niesprzyjającym środowisku. Zeszłoroczny i tegoroczny Marsz pokazał, że tradycje demokratyczne i obywatelska odpowiedzialność są pieczołowicie kultywowane, przekazywane pomimo różnych fałszywych pseudo-obywatelskich akcji, które de-facto nakierowane są na dyskryminację obywatelskiej większości.

Tradycje państwowe i demokratyczne są na tyle głęboko zakorzenione w społeczeństwie, że żadna antypolska oikofobiczna propaganda nie jest w stanie zepsuć polskiej umiejętności manifestowania wspólnotowych demokratycznych wartości. Wyrastający ze starosłowiańskiej tradycji wiecowej demokratyczny instrument manifestacji jest tak mocno osadzony w zbiorowej świadomości, że nie trzeba długo tłumaczyć, czemu takie zgromadzenie służy i co jest dla takiego zgromadzenia szkodliwe.

Sukces w realizacji tego celu, pomimo niesprzyjających medialnych warunków udowadnia, że wpajana nam od lat opinia jakobyśmy niedorośli do demokracji, jest z gruntu fałszywa, bo demokracja to nasz naturalny odwieczny ustrój. Demokracja, w której każdy ma prawo do demonstrowania swoich poglądów. Każdy, to znaczy nie tylko Arianin, Kalwin czy Żyd, ale również Polak, Litwin czy Kozak. Polska tolerancja dla odmienności idzie w parze z przywiązaniem do warunków tęże tolerancję umożliwiających. Dlatego taki opór wzbudzają inicjatywy zmierzające do blokowania innym demonstrowania swoich poglądów.

Parada gejowska, Kolorowa Niepodległa, Marsz Bronka, czy jakikolwiek inny marsz nie był i nie jest blokowany przez inne czynniki niż policja. Jedynie Marsz Niepodległości ktoś usilnie chce zablokować i to pragnienie między innymi także leży u źródeł jego sukcesu.

To przywiązanie do tradycji demokratycznej tolerancji i sprzeciw wobec totalizujących tendencji obecnej władzy, manifestujące się masowym uczestnictwem w różnego rodzaju demonstracjach jest na tyle mocnym i skutecznym znakiem obywatelskiej samoorganizacji, że władza w tym roku zamiast rozdawać rękami swoich propagandystów gwizdki, postanowiła zorganizować własny marsz, zaś toporna prowokacja policji nie przyniosła oczekiwanych rezultatów.

Warto mieć świadomość tego sukcesu zadającego kłam propagandzie rzekomo polskiej nieudolności i niesamodzielności.

Jako obywatel wolnego i demokratycznego kraju będę chciał wiedzieć kto odpowiada za wydanie rozkazu do idiotycznych, nieskoordynowanych i nieadekwatnych do sytuacji interwencji polskiej policji. Dotyczy to wypadków zarówno w tym jak i w zeszłym roku. Tymczasem na razie wniosek prokuratora, stwierdzającego małą szkodliwość społeczną haniebnego czynu policjanta na służbie, kopiącego w twarz nie stawiającego oporu przechodnia jest jasnym znakiem, że obecne państwo nie jest ani demokratyczne ani sprawiedliwe. Jednak żaden totalizm i niewola nie może trwać w Polsce wiecznie, bo Polacy to naród jak żaden inny przywiązany do takich wartości jak wolność, demokracja i tolerancja.

sobota, 15 września 2012

Autostrady zgodnie z planem?

Kilka dni temu pojawiła się informacja, że Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad oraz irlandzkie konsorcjum z firmą SRB Civil Engineering zrezygnowały z budowy trzech odcinków autostrady A1 od Torunia do Kowala. Zatem zgodnie z przewidywaniami pesymistycznych sceptyków wybudowanie jedynej autostrady w osi północ-południe nie jest już opóźnione do końca tego roku, ale zdecydowanie odsuwa się na kolejne lata.

Informacja nie wzbudziła szerszego zainteresowania, bo przecież przyzwyczailiśmy się do rzekomej nieudolności instytucji zarządzających publicznymi projektami oraz do tego, że uwaga mediów skupiona jest raczej na analizach premiera, czy dziennikarz prowokujący sędziego do pokazania prawdziwej twarzy zachowuje się moralnie czy nie.

Nieudolność instytucji państwa jest tylko pozorna, ponieważ już przy odrobinie chęci nie da się nie zauważyć konsekwentnej realizacji określonych strategii. Autostrada A4 dotarła z Niemiec do Krakowa w zasadzie bez przeszkód i posuwa się już nieco oporniej dalej na wschód. Żeby powstała autostrada z Berlina do Warszawy stanięto na głowie sprowadzając, w ostatniej przed Euro2012 chwili, specjalne maszyny, które przyspieszyły prace.

Tymczasem autostrada z Gdańska do południowej granicy istnieje w krótkich odcinkach, poprzedzielanych obszarami z siecią wąskich korkujących się lokalnych dróg. Podobnie zresztą gdańska linia kolejowa, która od kilku lat jest remontowana i o ile podróż z Krakowa do Warszawy trwa obecnie niecałe 3 godziny, o tyle podróż z Warszawy do leżącego niewiele dalej Gdańska, trwa dzisiaj w najlepszym wypadku ponad 6 godzin. A przecież konieczność istnienia sprawnej komunikacji na linii północ-południe jest rozpoznana od co najmniej lat 30-tych XX wieku.

Eugeniusz Kwiatkowski, twórca przedwojennych koncepcji gospodarczych, inicjator powstania portu w Gdyni oraz Centralnego Okręgu Przemysłowego rozumiał doskonale na czym polega waga gospodarczej niezależności i wpuszczenia naszego handlu w kanały komunikacyjne niezależne od rosyjskiej i niemieckiej potęgi. Dlatego obok nie należącego do Polski portu w Gdańsku powstał POLSKI port w Gdyni. Dlatego rozpoczęto zagospodarowywanie zaniedbanych przemysłowo terenów centralnej Polski. Niestety nie udało się stworzyć kanałów sprawnej komunikacji umożliwiającej terenom południa na sprawne dotarcie do nadbałtyckiego portu.

W przemówienia wygłoszonym 5 lutego 1937 r. w trakcie obrad Komisji Budżetowej Sejmu RP podczas debaty nad ustawami inwestycyjnymi, Eugeniusz Kwiatkowski mówił:
Mogą Panowie przestudiować mapę, która wyraża syntezę sieci komunikacyjnej Polski z roku 1918. Sieć ta składa się z 6 równoległych arterii, atakujących z zachodu granice Polski, i z kompleksu, który w formie promieni wypływa z Warszawy na wschód, jak gdyby dla łatwej ewakuacji. Moglibyśmy stwierdzić, że prawie do ostatnich lat usiłowaliśmy – nieświadomie – wzmocnić niektóre założenia komunikacyjne zaborcze, a słabo rozbudowaliśmy własne, które dadzą się ściśle wydedukować z potrzeb gospodarstwa polskiego.
Dziś jak widać robi się wszystko, aby koncepcja skomunikowania silnie uprzemysłowionego Śląska z portowym wybrzeżem Bałtyku, czy północnymi nadbałtyckimi sąsiadami nie została zrealizowana. Port morski nie ma szansy funkcjonować bez towarzyszącej lądowej infrastruktury transportowej. To jest jedna z ważniejszych przyczyn, dla której polskie porty nie mają większych szans na skuteczną konkurencję w przepływie towarów w regionie.

Inwestycje infrastrukturalne są nie tylko czaso- i kapitałochłonne, inwestycje te wymagają precyzyjnego przemyślanego planu, sprawnej realizacji i kompetentnego centralnego nadzoru. Nietrafiona albo źle zrealizowana inwestycja oznacza nie tylko marnotrawstwo funduszy publicznych, ale także olbrzymie koszty społeczne w postaci utraconych szans.

Znowu Kwiatkowski w 1937 roku zauważa, iż:
nie byłoby – w nakreślonych warunkach – większego nonsensu, jak dzielenie zmobilizowanych funduszów inwestycyjnych na powiaty czy okręgi, a nawet częściowo i na autonomiczne zagadnienia, przy zastosowaniu szablonowych proporcji czy targów resortowych. Przeciwnie, okazało się z całą wyrazistością, iż na przykład linia kolejowa, zbudowana w okręgach centrowych, a łącząca 2 przerwane arterie na kresach, może oddać nieocenione usługi najdalszym kresom wschodnim, choć terytorialnie nie tam ulokowana będzie dana inwestycja.
Czy sprawna realizacja dużych projektów jest w ogóle możliwa? Ostatnie lata utwierdzać mogą Polaków w głębokim przekonaniu, wyniesionym z czasów poprzedniego ustroju, że „nic-nie-da-się”. Nic bardziej błędnego! Trzeba jedynie dostosować środki do założonych celów.

Jeśli celem jest stworzenie technologicznej pustki na terenach niziny środkowoeuropejskiej służącej jako strefa buforowa między całkowicie odmiennymi cywilizacyjnie potęgami – pielęgnujmy aferami poczucie w tubylcach że „nic-nie-da-się” i budujmy kanały szybkiego transportu wschód-zachód. I ten właśnie cel jest realizowany w Polsce obecnie.

Jeśli celem jest stworzenie warunków do rozwoju społeczeństw środkowej Europy – trzeba wytworzyć komunikacyjną infrastrukturę północ-południe, by uczynić opłacalną wymianę handlową w tej osi, co z kolei umożliwi rozwój tych obszarów. Żeby skutecznie realizować ten cel należy stworzyć warunki dla działania małych specjalistycznych zespołów ludzi, którzy są w stanie skoordynować niezbędne działania. Stworzenie tych warunków natomiast, to nic innego jak wytworzenie w sobie samym przekonania, że „da-się” i okazania wsparcia dla innych podzielających tę opinię. Masowe społeczne poparcie dla formacji politycznych mających nie tylko taki pozytywny program rozwojowy, ale też poczucie konieczności jego realizacji – będzie tylko kwestią czasu.

Na razie dalecy jesteśmy jako społeczeństwo od tego pierwszego kroku, gdyż tkwimy w przerażeniu albo przed postępującym rozkradaniem naszego państwa przez niemal jawnie działające mafie, albo trwamy sparaliżowani strachem przed rzekomym dążeniem do wywołania wojny czy innych kataklizmów. Strach jest naturalną reakcją na sytuację zagrożenia. Odwaga, to nie brak strachu, tylko umiejętność skutecznego działania pomimo strachu. Odważny też się boi, ale potrafi z opresji skutecznie się wydostać.

I jeszcze słowo Kwiatkowskiego o metodzie realizacji infrastrukturalnych działań Państwa:
Wszystkich obaw nie usuniemy i nie pokonamy, gdyż sprawy, które dziś chcemy załatwiać, dotyczą przyszłości. Dlatego projektuję, przynajmniej w odniesieniu do inwestycji o charakterze ściśle gospodarczym, włączyć jeszcze dwa elementy, które korygowałyby stopniowo możliwe błędy: pierwszy – to powołanie do życia małego, ale sprawnego i fachowego komitetu poza biurokratycznego, który by omawiał zasadnicze linie planu, harmonizował poczynania z potrzebami życia gospodarczego i alarmował w razie zauważenia jakichś braków; drugi – to publiczna sprawozdawczość z prac dokonanych.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Amber Gold jako Madzia

Lech Wałęsa słynie z różnych powiedzonek, które z reguły nigdy nie grzeszyły logiką, ale miewały niewątpliwy urok nieoczywistej błyskotliwości. Obecny prezydent wyraźnie próbuje nawiązać do chlubnej tradycji spontanicznych bon motów, ale niestety jak to często z naśladowcami bywa, często brakuje nie tylko logiki, ale i uroku. Choć nie można mu odmówić twórczego rozwinięcia w pewnym określonym kierunku, dzięki czemu do potocznego języka na stałe weszło pojęcie "prezydenckiej ortografii".

Jak wiadomo nie ma reguły bez wyjątków, z wyjątkiem języka esperanto, co tylko potwierdza regułę dotyczącą reguł. Dlatego wyjątkowo muszę zgodzić się z pewną oceną prezydenta Komorowskiego, którą sformułował w zupełnie innym kontekście, jednak w przypadku Amber Gold pasuje jak ulał: w moim przekonaniu sprawa jest w sposób arcybolesny prosta.

Otóż sprawa Amber Gold jest sprawą dla prokuratury. Zostało popełnione przestępstwo, bo istnieje przepis, w myśl którego osoba skazana nie powinna zasiadać we władzach spółki. Zatem Marcin P. jako recydywista z kilkoma wyrokami w zawieszeniu (co jest kolejnym kuriozum tej sprawy) powinien dawno siedzieć w więzieniu i zamykane powinny być kolejne osoby, które umożliwiły mu przebywanie na wolności i prowadzenie przestępczego biznesu.

Tymczasem Minister Sprawiedliwości, Jarosław Gowin w rozmowie z Anitą Czupryn przyznaje otwarcie:
Dlaczego Marcin P. przebywa na wolności, to jest pytanie, które mnie nurtuje od momentu, gdy usłyszałem, że prokurator nie wystąpił o areszt dla niego. Nie rozumiem tej decyzji, bo gdzie, jak nie w tej sprawie mamy groźbę mataczenia, pomijając już rangę zarzutów.
Wcześniej w jednym z dzienników telewizyjnych usłyszałem, jak zapytany przez dziennikarzy, dlaczego prezes spółki Amber Gold nie przebywa w areszcie, odpowiedział tylko: "Jako obywatel zadaję sobie dokładnie to samo pytanie."

To ja jako obywatel zadaję sobie pytanie, co ten facet jeszcze robi na stanowisku Ministra Sprawiedliwości i od czego jest cała kierowana przez niego instytucja? Od posiadania nazwy? Piotr Staruchowicz pomówiony przez jakiegoś "świadka" bez podania jakichkolwiek szczegółów okoliczności popełnienia rzekomego przestępstwa siedzi w areszcie bez wyroku od 28 maja br. Natomiast wielokrotnie skazany przestępca oskarżony o wielomilionowe przekręty odpowiada z wolnej stopy? Czy Piotr Staruchowicz także przesiedzi w areszcie tymczasowym 12 lat jak pewien niewinny człowiek oskarżony o morderstwo? Moja wyobraźnia nie musi tego ogarniać, bo nie musi sobie niczego wyobrażać. To się dzieje naprawdę.

Gowin dodaje, że sądy rejestrowe "nie mają obowiązku sprawdzania i weryfikowania, czy ktoś figuruje w rejestrze karnym". Sądy rejestrowe obowiązku takiego może i nie mają, ale istnieje prokuratura, która ma obowiązek reagować w przypadku popełnienia przestępstwa. Gdzie była zatem prokuratura przy kolejnych wyrokach za tego samego rodzaju przestępstwa wydawanych w zawieszeniu???

Miał rację Jacek Żakowski, gdy stwierdził, że "biedny Michał Tusk stał się "Madzią" tego sezonu." Nie tylko Michał Tusk. Dopóki Madzia była poszukiwana przez całą Polskę, to zainteresowanie mediów było całkowicie zrozumiałe - chodziło o życie dziecka. Gdy sprawa znalazła swój tragiczny finał, opinia publiczna powinna być poinformowana jedynie o wysokości wyroku skazującego i koniec. Tymczasem ciągnie się ten brazylijski serial, którego wszyscy mają dosyć, ale który wielu  ogląda w swoim domu próbując zrozumieć, dlaczego to ciągnięcie szopki jest ważniejsze od podjęcia realnych działań przez instytucje państwa? Państwa, które podobno zdało egzamin w obliczu arcybolesnej sprawy.

W przypadku Amber Gold, tej w arcybolesny sposób prostej sprawie, w zasadzie wszystko jest jasne: oszust zrobił "biznes", który nie jest biznesem. Wymiar sprawiedliwości popełnił przestępstwo nie sadzając oszusta do więzienia przy drugim wyroku skazującym. Zamiast tasiemcowego serialu o tym, że klienci Amber Gold powinni być przezorni, odpowiedzialni za zaniechania funkcjonariusze powinni jak najprędzej zostać zawieszeni w pełnieniu obowiązków, a następnie pociągnięci do odpowiedzialności poprzez podzielenie celi z rzeczonym oszustem. O politykach nie wspominam, bo ich odsunąć od władzy powinni obywatele. Ale czy są jeszcze jacyś obywatele w tym państwie kolesiów?

W normalnie funkcjonującym demokratycznym państwie prawa bylibyśmy informowani o głębokich powiązaniach osób, które siedzą w wiezieniu oczekując na towarzystwo kolejnych osób pomagających im w przestępczym procederze. Tymczasem generowana jest dymna zasłona niejasnych sugestii o możliwości mafijnych powiązań z tajnymi służbami i samorządowymi decydentami. Kto ma oczy do patrzenia ten widzi, że ta finansowa piramida zarządzana przez wielokrotnego przestępcę nie mogła by funkcjonować bez cichego przyzwolenia odpowiednich osób blokujących działania kontrolne odpowiednich instytucji.

Tymczasem Minister Sprawiedliwości zajmuje się nurtowaniem. Prokuratorzy zamiast reagować na popełniane przestępstwa odwracają twarze udając, że nic nie widzą. Pomijając nieliczne wyjątki, dziennikarze podgrzewają dymne wrzutki unikając jak ognia głębszych analiz przyczyn zaniechania czynności przez system pilnowania przestrzegania prawa. Klienci Amber Gold, którzy przecież są także Obywatelami zamiast żądać natychmiastowych zdecydowanych działań, wykazują duży poziom zrozumienia, że "sprawa jest tak zawikłana i tak głęboko sięga, że przecież i tak nic się nie da zrobić, więc pozostaje tylko wewnętrzna irytacja, bo polityka to szambo, którego nie warto dotykać".

I tak wszyscy razem, każdy na swoim polu, godzimy się jako społeczeństwo na nowoczesne niewolnictwo, nie reagując już nawet wtedy, gdy okradają nas zupełnie realnie. Wystarczy groźba utraty pracy jeśli nie będziemy cicho, by nie przeszkadzać, a często wręcz wspierać system, w którym dowcip z prezydenta to zbrodnia, zaś kradzież milionów to nie przestępstwo.

Trwajmy dalej, biernie oglądając kolejne seriale, własną aktywność analityczna ograniczając do powtarzania pytań: No jak tak można?! Co to za szuja?! Zamiast "świadczących o skłonnościach do spiskowych teorii" żądań odpowiedzialności winnych zaniechań prokuratorów, sędziów i ministrów, wykazujmy "obywatelską postawę" wyrozumiałości dla polityków, którzy jak minister Gowin wzruszają ramionami. By żyło się lepiej. Kolegom.