wtorek, 15 listopada 2016

Marsz jako radosna afirmacja Niepodległości

W kontekście kolejnego Święta Niepodległości proponuję zadać sobie kilka pytań.
  • Co sprawia że najliczniejsza manifestacja niepodległościowa w stolicy to manifestacja faszystów, ksenofobów, szowinistów i rasistów?
  • Co sprawia, że jest ona przynajmniej 7 razy liczniejsza niż jakakolwiek inna?
  • Czy faktycznie spoiwem tej największej manifestacji są szowinistyczne i rasistowskie hasła?
  • Czy to możliwe aby w polskiej kulturze tolerancji i pluralizmu (wszak gdzie 2 Polaków tam 3 zdania przecież) aż taką popularność zdobyły totalitarne hasła oparte na nienawiści? Czy może jednak istnieje jakieś pęknięcie komunikacyjne i prawdziwe przyczyny są jednak inne?
  • A może to właśnie sprzeciw wobec szowinizmu i rasizmu establishmentu jest źródłem tak wielkiej popularności tego marszu?

Tymczasem zarówno w publikacjach jak i w dyskusjach między znajomymi, zamiast pytań i prób odpowiedzi, mamy tradycyjne już obelgi i plemienne "odżegnywanie się od":

"Bieg niepodległości - TAK. Marsz nacjonalistów - NIE."

Taki komunikat umieścił pod swoim zdjęciem pewien znajomy, dumnie prezentując medal ukończenia biegu. Ktoś inny zapytał, jak by określić kogoś, kto by napisał "Marsz Niepodległości - TAK. Marsz bolszewików - NIE", ale pytanie pozostało bez odpowiedzi...

Często powraca ten motyw niewybrednego akcentowania odcinania się od największej manifestacji w dniu Święta Niepodległości. Odcinanie, które przecież  nie jest dziwne, wszak w demokracji normalne są różne stanowiska, które w różny sposób ze sobą dyskutują, wypracowując consensus. Dziwne w tych płomiennych deklaracjach zwolenników wolności i demokracji są tęsknoty za czasami panowania różnego rodzaju totalitaryzmów. Kwintesencją ich jest fragment tekstu innego znajomego:

"Marzy mi się 11 listopada jako to święto, które łączy cały Naród a nie dzieli nas sztucznie na plemiona wg przynależności partyjnej, wyznaniowej, czy sympatii do tej czy innej stacji telewizyjnej."

I w komentarzu podczas dyskusji pod wpisem stwierdza kategorycznie:

"Kwestii, której zaakceptować nie mogę, to że wspomniany marsz współorganizuje ONR, z którego rasistowskimi hasłami i programem nie mogę się zgodzić. Dla mnie uczestniczenie w tym konkretnym marszu jest w jakimś sensie wsparciem dla ONR"

Po roku nowej władzy nie mam wątpliwości, że dzisiaj podstawowe wolności są naprawdę realne i nieskrępowane. Różne grupy mają dostęp do różnych mediów. Na legalne manifestacje nie są nasyłani policyjni tajniacy w kominiarkach rzucający kamieniami. Nikt nie pali policyjnych budek strażniczych. Opozycyjne manifestacje trwają sobie bez policyjnych szykan i bez aresztowania organizatorów wracających wieczorem do domu. Za poprzednich rządów była to norma, jednak to istnienie ONR jest, wtedy i obecnie, jedną z głównych bolączek i źródeł trosk nowoczesnego i postępowego inteligenta.

Nie chcę wchodzić w rozważania na ile rasistowska czy faszystowska jest deklaracja ideowa ONR, tym bardziej, że byłoby to przystąpieniem do nurtu, który Slavoj Żiżek nazywa "przemieszczonym rasizmem". Muszę jednak stwierdzić, że zarzut organizowania Marszu Niepodległości przez m.in. ONR jest cokolwiek nietrafiony. Po pierwsze każdemu marszowi można zarzucić udział sił czy to bolszewicko-agenturalnych (KOD) czy wręcz terrorystycznych (antifa), zatem czepianie się akurat ONR trąci o hipokryzję. Po drugie nawet jeśli ONR ma w programie elementy trudne do zaakceptowania, to rozciąganie zarzutów na całość zjawiska, jakim jest coroczny Marsz Niepodległości, jest po prostu nieuczciwe.

Być może formuła Marszu Niepodległości jest właśnie propozycją najbardziej szeroką i najbardziej łączącą tak wiele różnych i czasem wręcz przeciwstawnych środowisk. Formuła radośnie jednocząca wokół niepodległości, czego nie są w stanie zakłócić nawet wyskoki przypisywane następnie "faszystom z ONR". (Podobnie zresztą nie są wstanie zakłócić radosności alternatywnych zgromadzeń transparenty o strzelaniu do Kaczora, czy bicie bejsbolami samotnych chłopców z polskimi flagami przez bojówki antify.) Formuła Marszu Niepodległości okazuje się na tyle atrakcyjna, że niepokoi nawet międzynarodowe gremia "postępowych demokratów i liberałów" które postęp, demokrację i liberalizm mają tylko w nazwie (jak od zarania różne organizacje komunistyczne w nazwie walczące o te wartości plus jeszcze oczywiście o "światowy pokój").

Nie wiem doprawdy dlaczego te dziesiątki organizacji, stowarzyszeń i grup znajomych idąc pod hasłami w rodzaju "Polacy dla Polski", czy "Polska bastionem Europy" mieli by być traktowani jako wspierający przedwojenne getta ławkowe tylko dlatego, że w pracy organizacyjnej biorą udział osoby należące do stowarzyszenia o nazwie nawiązującej do przedwojennego ONR. To nie jest marsz ONR czy Młodzieży Wszechpolskiej, to jest Marsz wszystkich Polaków afirmujących niepodległość swojego państwa. I ta afirmacja jest jego spoiwem. Popularność tego konkretnego marszu nie jest przejawem poparcia dla ONR lecz raczej efektem ideologicznego zamknięcia propozycji alternatywnych.

Nie sądzę, aby fanatyczni zwolennicy imprez organizowanych podczas Święta Niepodległości w kontrze do tego największego Marszu uświadomili sobie realny charakter swojego nastawienia i przyczyny popularności zjawiska, które ich "martwi i niepokoi". Warto jednak by pozostali, zarówno zaangażowani uczestnicy jak i postronni obserwatorzy, umieli nazwać to zjawisko wspólnie przeżywanej radości z odzyskanej niepodległości.

poniedziałek, 21 września 2015

Petra Laszlo czyli dziennikarskie standardy

8 września 2015 roku Petra Laszlo, węgierska dziennikarka podczas starć pomiędzy węgierską policją a uchodźcami niedaleko miejscowości Roeszke na południu kraju zaczęła kopać biegnących uchodźców. Kopnęła też mężczyznę z dzieckiem na ręku, który stracił równowagę i upadł na trawę.

Za chwilę wydawałoby się, że wszystko jest jasne: dziennikarka pracowała dla prawicowej telewizji N1TV. To bardzo ważny zlepek: na faszystowskich Węgrzech prawicowi dziennikarze nie tylko nie są obiektywni (co oczywiste), ale są wręcz agresywni, posuwając się do przemocy, by kreować rzeczywistość.

Już 10 września można było się dowiedzieć, że kopnięty mężczyzna to
Osama Al-Ghabad, znany w Syrii piłkarz i trener pierwszoligowej drużyny Al-SC Fotuwa z miasta Dajr az-Zaur, członek lokalnych władz syryjskiego Związku Piłki Nożnej. Brał udział w protestach przeciw reżimowi Asada, za co wsadzono go do więzienia, gdzie był torturowany. Gdy jego miasto zajęli bojownicy Państwa Islamskiego, uciekł z żoną i trójką dzieci do Turcji. W tureckim obozie uchodźców wciąż przebywają żona Al-Ghabada i dwójka jego dzieci, w tym ranny w czasie syryjskiej wojny syn. On sam natomiast przedostał się z innym synem na Węgry - i właśnie tu padł ofiarą Petry László. "Uciekł przed przemocą i spotkała go przemoc" - głosi hasło na stronie syryjskich uchodźców na Facebooku.
Jaki piękny obrazek, chyba wszyscy widzieli zdjęcia uśmiechniętego trenera ze słodko wyglądającym dzieckiem. Pan znalazł schronienie w Hiszpanii, fotografuje się z Cristiano Ronaldo, tymczasem informacja podana 20 września przechodzi na razie bez echa:
Syryjski imigrant, który został podcięty przez węgierską operatorkę kamery, zaangażowany w wymordowanie Kurdów w powstaniu w Qamishlo" - poinformował na Twitterze "Duhokpost" z Kurdystanu. - Kurdyjskie źródła mówią, że był on również członkiem Frontu Al Nusra (syryjski odłam Al-Kaidy) przed opuszczeniem Syrii.

Na portalu gazeta.pl czy tvn24.pl brak oczywiście jakichkolwiek informacji na temat tego fragmentu życiorysu pierwszoligowego syryjskiego trenera, choć terrorystyczne zaangażowanie danej osoby ma jednak wpływ na ocenę faktu swobodnego przebywania w Europie. Na portalu niezalezna.pl brak informacji, że Syryjczyka skopała prawicowa dziennikarka... Jeśli jednak ktoś miałby ochotę podnieść to drugie przemilczenie jako zarzut albo usprawiedliwienie przemilczenia pierwszego, to po pierwsze przemoc jest przemocą i nie ma znaczenia jakie sympatie ma agresor, czyż nie? Po drugie jest jeden mały szkopuł: w przeciwieństwie do kierownictwa np. Polsatu, kierownictwo stacji N1TV natychmiast jeszcze tego samego dnia zwolniło dziennikarkę zaznaczając że takie zachowania są niedopuszczalne.

sobota, 15 marca 2014

Rozmontowanie Galacji

Czy chcesz, żebym ci przedstawił mój scenariusz?

—    Bądź tak dobry.

Rozmawiali, jak w czasach szkolnych, śmieszną mieszanką rosyjskiego i francuskiego. Divo bawił się wymawianiem słów francuskich jak gdyby były to słowa rosyjskie i na odwrót.

—    To ma być, rozumiesz, fikcja polityczna. Załóżmy, że istnieje sobie pewien kraj, a w nim Konfederacja Nieokreślonych Komun, KNK, która pragnie uszczęśliwić cały świat własnym programem politycznym. Załóżmy teraz inny kraj, zajmujący ważną pozycję strategiczną, bez którego nie da się zrealizować tamtych planów. To, powiedzmy, Galacja. Na przestrzeni pięćdziesięciu lat KNK finansuje, faworyzuje i obsypuje komplementami partię konfederatów Galacji, popychają i tak dalej. Galaci jednak, chociaż lekkomyślni, nigdy nie oddają na konfederatów w wyborach więcej niż 15% głosów. Także i inne czynniki sprawiają, że ich popularność spada z roku na rok.

—    Jakie czynniki?

—    Usunięty z KNK pisarz ujawnia zbrodnie panującego tam reżimu. Prawdę mówiąc nie obwieszcza niczego nowego, ale udaje mu się znaleźć posłuch, i to się liczy. Pewna grupa filozofów, do niedawna konfederackich, przechodzi z lewa na prawo. Sytuacja międzynarodowa zmusza KNK do interwencji zbrojnych w wielu punktach kuli ziemskiej, co szokuje głupców. A głupcy zawsze są w większości. Krótko mówiąc z 15% spada się do 14%, do 13%. Przywódcy KNK zdają sobie sprawę, że konfederaci nie odniosą nigdy sukcesu w Galacji, jeśli będą funkcjonowały mechanizmy demokratyczne.

—    Co wtedy?

—    Wtedy mądre głowy w KNK przygotowują takie oto posunięcie. Stawiają na czele partii konfederatów w Galacji kogoś, kto przypomina klowna w ataku złości i kto po każdym występie w telewizji jeszcze bardziej nadwyrężą popularność swojej kliki. Jesteśmy już przy 12%, przy 11, przy 10 i pół. Efekt jest podwójny. Z jednej strony burżuje, którzy do niedawna drżeli ze strachu przed konfederatami, teraz śmieją się z nich. Z drugiej strony gwałtownie zwyżkują akcje innej partii lewicowej, nazwijmy ją synkretyczną. Jak wiesz, w psychologii myślenie w kategoriach nieokreślonych, konfuzyjnych, stanowi pewien gatunek myśli synkretycznej. Zbliżają się wybory. By mieć całkowitą pewność, że odchodzący prezydent nie zostanie ponownie wybrany, KNK ogłasza, iż popiera jego kandydaturę. Wprowadza to zamieszanie i kandydat synkretystów triumfalnie obejmuje władzę.

Powiedzmy, że nazywa się Puszkin, ten nowy prezydent. To awanturnik średniego szczebla. Mało o nim wiadomo poza tym, że od czasu do czasu finguje zamachy przeciwko sobie. Gdy tylko obejmuje swój urząd, co czyni? Ułaskawia zabójcę policjanta. Naiwniaczki z prawicy zacierają ręce: Puszkin wszedł w konflikt z policją. Nie rozumieją jednak, że każda zniżka morale policji destabilizuje republikę i przez to jest na rękę wywrotowcom. Druga akcja Puszkina — wymieniam je w kolejności, w jakiej przychodzą mi na myśl, nie według żadnej hierarchii — w sytuacji, gdy synkretyści dysponują większością absolutną, a konfederaci dostali minimalną ilość głosów, polega na zaproszeniu do gabinetu czterech ministrów konfederackich. W ten sposób, pod pretekstem, że uciszy to konfederatów, ich partia zostaje zrehabilitowana. Myślę, że doceniasz elegancję tego posunięcia.

Oto ugrupowanie polityczne, które dotychczas uchodziło za jednocześnie poważne i bardzo groźne, zostało ośmieszone, tak że straciło obie te właściwości. Tymczasem Puszkin przywrócił mu pierwszą z nich, lekceważąc wolę 90% Galatów. Niech żyje demokracja. Puszkin posuwa się jeszcze dalej: uderza w tony patriotyczne i doprowadza do znacznego ochłodzenia stosunków z KNK. Nie myśl jednak, że stanowiska w rządzie, które ofiarował konfederatom, były kluczowe, sprawy wojskowe czy wewnętrzne, nie, to by przecież zaalarmowało opinię publiczną. Nie, nie, portfele ministerialne, które im się dostały całkiem niewinne, tyle że znalazło się pośród nich Ministerstwo Transportu, a wiadomo, że podczas kryzysu transport ma decydujące znaczenie.

Także i trzecie z kolei posunięcie Puszkina wydało mi się bardzo znamienne, chociaż dotyczyło jedynie terminologii. Widzisz, Galacja posiadała wydajny system administracyjny, który składał się z powszechnie szanowanych urzędników zwanych pretorami. I oto Puszkin nie tylko ogranicza ich uprawnienia, co już sprzyja destabilizacji kraju, ale także nadaje im inny tytuł, typowo konfederacki i nie lubiany przez społeczeństwo. Będą się odtąd nazywali inkwizytorami.

Dalej, w sytuacji gdy dwie trzecie Galatów domagają się utrzymania kary śmierci, synkretysta Puszkin znosi ją, gwałcąc otwarcie wolę ludu. Jaki z tego pożytek? Osłabienie autorytetu władzy. Nikt tego nie widzi, gdyż Puszkin sam reprezentuje władzę, a przynajmniej w pewnym przejściowym okresie.

Akcja numer pięć, jeśli dobrze liczę. Od dawna istniał w Galacji trybunał ścigający przestępstwa przeciwko państwu, to jest przeciwko społeczeństwu. Łatwo zgadnąć, że nic nie wydawało się Puszkinowi pilniejsze niż zniesienie tej instytucji.

Numer sześć: galetka, pieniądz Galatów, osiągnęła godną pozazdroszczenia stabilność. Oczywiście, Puszkin dewaluuje ją, wbrew interesom Galatów i konwencjom, zawartym z sąsiadami.

Numer siódmy i na razie ostatni... Ach, to posunięcie najbardziej może zapłodnić wyobraźnię pisarza. Puszkin rozmyślnie sabotuje galacki przemysł nuklearny i to nie dlatego, żeby rozbroić naród, jako że otwarte wojny stały się niemożliwe, ale po to, by wydać Galację na łaskę i niełaskę KNK. Jednocześnie KNK widzi korzyści w sprzedaży Galacji nadwyżek swego gazu i raduje ją fakt, że będzie mogła przykręcać kurek energii kraju, o którego strategicznym położeniu w skali światowej już ci wspomniałem. To ostatnie posunięcie, mój drogi — Divo powiedział: mój drogi — można śmiało uznać za przyczynę ostateczną, jak to nazywali filozofowie, całego tego manewru.

No i jak, Alek, chociaż ty nie jesteś Alioszą, a ja troszkę zostałem Iwanem, jak ci się podoba mój projekt powieści?

Aleksander odpowiedział mu cichym głosem:

—    Powieści, w których nie pojawia się bohater, źle się sprzedają, Divo.

Divo wybuchnął śmiechem:

—    Ty nic nie zrozumiałeś! Moim bohaterem jest Puszkin!

Wypijmy za Puszkina! Za Puszkina, którego czytelnik poznaje już w dzieciństwie, w krótkich spodenkach, z którym się utożsamia, o którego się lęka. Odwiedza z nim groby przodków, poznaje jego predylekcje w dziedzinie kwiatów i w dziedzinie seksu, razem z nim przeżywa upokorzenia operacji chirurgii plastycznej i inkasuje niewielkie gratyfikacje pochodzące z byłych kolonii, i wreszcie razem z nim wtrąca Galację w otchłań kiereńszczyzny, z której nie ma wyjścia.

Śmiejąc się i pijąc Divo patrzył jednocześnie w piwne oczy Aleksandra i próbował odczytać ukrytą w nich myśl.

—    Chcesz więc powiedzieć — Aleksander mówił powoli i z namysłem — że Puszkin jest "kretem"?

—    Zdaje się, że we Francji używa się tradycyjnie określenia "łódź podwodna".

Fragment pochodzi z książki:
Vladimir Volkoff, Montaż, Wydawnictwo Christianitas, Warszawa 2006

wtorek, 12 listopada 2013

Marsz Niepodległości 2013 - na gorąco

Do Marszałkowskiej dotarłem Hożą, po ominięciu kilkunastu plutonów policji. Na Marszałkowskiej usłyszałem, że główna kolumna Marszu jeszcze nie nadeszła, ale było tutaj już bardzo dużo ludzi, zaś przy wylocie ulicy Skorupki zobaczyłem pobojowisko. Karetka oblegana przez poszkodowanych, odgłosy petard, nerwowa bieganina. Pytam co się stało? Słucham chaotycznych opowieści o rzucaniu w Marsz kamieniami z dachu. Skorupki odgrodzona kordonem Straży Marszu, w głębi kordon policji. Poszedłem w stronę placu Konstytucji, gdzie zaczekałem na Marsz.

Z ulicy Skorupki zaczęły dobiegać odgłosy salw petard, które rozświetlały na biało ściany kamienic. Wyglądało to z daleka jak regularna strzelanina. Podszedłem bliżej, Straż Marszu przez megafon nawoływała, aby się nie zatrzymywać i przechodzić dalej. Za pojedynczym kordonem Straży widać było latające w kierunku kordonu policyjnego czerwone race. Mnóstwo chętnych do zadymy. W pewnym momencie zaczęła się dłuższa salwa petard, tłum rzucił się do ucieczki, opróżnione w ten sposób z zadymiarzy miejsce oddzielił podwójny tym razem kordon Straży Marszu i zadymiarze zrozumieli, że w tym miejscu to koniec.

Poszedłem z tłumem. Z placu Konstytucji widać było płonącą na placu Zbawiciela tęczę. Gdy dotarłem na miejsce, wyglądające jakby były zrobione z peerelowskiej krepiny kwiatki już się wypaliły. Mokotowską dotarłem do ronda Jazdy Polskiej, gdzie znowu połączyłem się z Marszem. Obserwowałem mijanych ludzi. Proporcje były odwrotne do zeszłorocznego Marszu. O ile poprzednio miałem poczucie, że "umundurowani narodowcy", czyli na czarno obrani szalikowcy stanowili jakieś 20% składu Marszu, o tyle teraz 20% stanowili ludzie ubrani tak, jak większość codziennie spotykanych przechodniów. Jednak i tak liczni byli rodzice z małymi dziećmi, często w wózkach, osoby niepełnosprawne, a także kombatanci i wiele osób w zaawansowanym wieku. Generalnie pełny przekrój osób od 5 do 80 roku życia.

Na Spacerowej zaczęły oprócz wyzwisk lecieć na rosyjską ambasadę petardy i race. Grupka zapaleńców zaczęła szarpać bramę, która wyglądała jakby miała się zaraz wyrwać z zawiasów. Poszły szyby w budce strażniczej stojącej na trawniku przed bramą. Nie było w okolicy Straży Marszu ani policji, więc rozzuchwaleni zadymiarze zaczęli kołysać budką i w końcu ją przewrócili. Ja poszedłem dalej, ale pewnie ktoś wrzucił do plastikowego wraku racę, co wystarczyło, byśmy mogli w telewizjach oglądać kolejny malowniczy pożar przy płocie rosyjskiej ambasady.

Czoło Marszu dotarło do Belwederskiej cały czas zabezpieczane jego Strażnikami, którzy nie pozwalali nikomu tego czoła wyprzedzać. Przed czołem jechała kolumna motorów i maszerowała niewielka grupa rekonstrukcyjna. Kręciło się też sporo luźnych osób, pomiędzy którymi czujnie rozglądali się Strażnicy, wyłapując i cofając do głównej kolumny większość awanturniczo nastawionych i zamaskowanych kominiarkami osobników.

Zatrzymałem się przy skrzyżowaniu z ulicą Sulkiewicza, bo z góry Belwederskiej schodził oddział kilkuset policjantów. W tym miejscu ulica biegnie między wysokimi płotami ambasady rosyjskiej i Belwederu, więc wiedziałem, że jeśli zrobią tam blokadę, to tłum nie będzie miał jak wyjść, a jeśli tłum ulegnie prowokacji i zacznie się zadyma, też nie będzie jak uciec. Postanowiłem z wysokiego parkanu obserwować rozwój wypadków.

Kolumna Marszu jednak weszła w zwężającą się Belwederską, więc tłum zaczął gęstnieć. Z samochodu nagłośnieniowego padła informacja, że Marsz został rozwiązany ale i tak musimy dojść na Agrykolę. Z tego miejsca i tak nie żadnego wyjścia. Boczne uliczki zostały zablokowane przez oddziały policji, zaś za kolumna Marszową posuwało się kolejnych kilkuset policjantów, z trzema armatkami wodnymi i powtarzanymi do znudzenia prośbami o opuszczenie zgromadzenia przez posłów, senatorów, kobiety i dzieci, bo zaraz będzie użyta siła. Komunikaty o tyle absurdalne, że nie było jak opuścić tego "zgromadzenia".

Gdy koniec Marszu dotarł do miejsca w którym stałem, podano że czoło Marszu jest już na Rozdrożu. Jednak apele, aby przesuwać się do przodu były całkowicie jałowe, bo tłum był na tyle gęsty, że po prostu nie było jak się ruszyć. Trzeba było cierpliwie zaczekać, tymczasem od tyłu zaczęły nadchodzić kolejne plutony prewencji, którym ktoś wydał idiotyczny rozkaz, aby wypchnąć ludzi w górę Belwederskiej. Apele ekipy nagłośnieniowej o trzymanie dystansu przez policję wobec całkowicie spokojnego tłumu nie przynosiły najmniejszego skutku. Zdezorientowani dowódcy plutonów byli besztani przez przełożonych za niesubordynację i zmuszani do wypychania całkowicie spokojnego, choć coraz bardziej nerwowego tłumu. Napięcie było duże ale chyba ktoś w końcu poszedł po rozum do głowy i policja odpuściła. Marsz w końcu wyszedł z przewężenia Belwederskiej i część plutonów się wycofała a część podążyła za Marszem.

Na Rozdrożu, w przeciwieństwie do lat poprzednich, nie było widać policji w ogóle. Organizatorzy zapraszali wszystkich na Agrykolę, gdzie miały nastąpić przemówienia i ostrzegali, że zaraz tu będzie policja, która będzie oczyszczać plac z nielegalnego zgromadzenia.

*

Kilka refleksji na gorąco po Marszu.

1) Nie zgadzam się z negatywnymi ocenami Straży Marszu. Dzięki wycofaniu policji z pierwszego planu było w tym roku o wiele spokojniej. Akcja na ulicy Skorupki paradoksalnie związała kilkudziesięciu zadymiarzy i pozwoliła kilkudziesięciu tysiącom pozostałych uczestników w miarę spokojnie dojść na Agrykolę. W zeszłym roku zalążki Straży Marszu to były jakieś chaotycznie działające nieopierzone nastolatki kompletnie nie radzące sobie ani z zadymiarzami ani ze sterowaniem tłumem. Tegoroczna Straż była po pierwsze znacznie bardziej widoczna, po drugie znacznie skuteczniejsza. Naprawdę widać ogrom włożonej pracy.

2) Podpalenie tęczy na pl. Zbawiciela było kolejnym już aktem wobec tego tworu, który miał miejsce nie tylko przy okazji jakiś manifestacji. Wyglądająca jak peerelowska instalacja z krepiny, tęcza z jakichś powodów nie zyskuje akceptacji Warszawiaków. Przykład innej kontrowersyjnej estetycznie "instalacji" jakim jest palma na Rondzie de Gaulle'a (niszczona z kolei jedynie przez swoich twórców) pokazuje, że chodzi może o coś więcej niż zwykły akt wandalizmu? Być może ta tęcza mniej jest symbolem radości i tolerancji, a bardziej jest symbolem odczuwanej przez sporą grupę społeczeństwa opresyjności, jaką cechuje cała ideologia politycznej poprawności? Może warto się zastanowić zatem czy jest sens wykładać kolejne publiczne pieniądze na remont czegoś spotykającego się z takim społecznym oporem?

3) Podpalenie plastikowej budki przed płotem rosyjskiej ambasady trudno mi uznać za atak na autonomię terytorialną tejże. Był to akt wandalizmu, jednak może tak jak w przypadku tęczy z placu Zbawiciela warto zastanowić się jakie społeczne emocje w tym akcie zostały zamanifestowane? Czy aby nie jest tak, że ta agresja spowodowana jest coraz silniejszą frustracją wynikającą z powrotu zasady podległości w stosunkach między Polską i Rosją? Mam wrażenie, że mógłby na ten temat powiedzieć coś więcej poseł Niesiołowski, który swego czasu chciał podpalać muzea i wysadzać pomniki byłego przywódcy ówczesnego ościennego państwa. Oczekiwanie, że policja, czy jakkolwiek wyszkolona straż obywatelska, będzie w stanie zapobiec tego typu sytuacjom jest naiwne. Czynnikiem zapobiegającym będzie jedynie podejmowanie takich działań i prowadzenie takiej polityki, która nie będzie powodować narastania różnego rodzaju społecznej frustracji.

4) Priorytetem nowej władzy powinna być natychmiastowa wymiana kierownictwa policji, podejmującego decyzje w kwestiach ulicznych manifestacji. Sytuacja z ulicy Belwederskiej, gdy policja naciskała na zablokowany tłum, była kolejną w ostatnich latach akcją bardzo poważnie narażającą zdrowie i życie obywateli, mających konstytucją zagwarantowane prawo do manifestowania swoich poglądów. Choć trzeba odnotować, że ustalenia sprzed Marszu o trzymaniu się policji na dystans od manifestacji w dużej mierze zostały dotrzymane.

5) Przemówienia na Agrykoli utwierdziły mnie w przekonaniu, że poza często prawidłowo zdiagnozowanymi przyczynami społecznej frustracji nie ma na razie w tym środowisku ani adekwatnych propozycji ani szerszego grona sensownych liderów, którzy byliby w stanie wyartykułować coś więcej poza oklepanymi pustymi sloganami, w formie przypominającymi jako żywo peerelowskie szkolne akademie. Niestety nie widzę polskiego Nigela Farage'a, a jeden często sensownie gadający Krzysztof Bosak jest kreowany na kolejnego eksperta od wszystkiego, czym rozwadnia swoją moc oddziaływania. Nie widzę kadr świadomych mechanizmów funkcjonowania państwa, widzę natomiast narodowych ideologów, którym do klarowności i intelektualnej kondensacji Dmowskiego jest jeszcze bardzo daleko. Co prawda, jak pokazała Straż Marszu, znaczący skok jakościowy można wykonać nawet przez rok. Pytanie czy ten skok jakościowy będzie na tyle duży, że będzie można kiedyś zobaczyć kandydatów przygotowanych do rządzenia dużym europejskim państwem? Ja na razie ich nie widzę.

6) Powyższy punkt nie zmienia faktu, że tegoroczny Marsz Niepodległości odniósł niezaprzeczalny sukces. Liczebność Marszu była porównywalna z zeszłorocznym, pomimo że część środowisk się od niego odcięła. Widać olbrzymi wzrost  zaangażowania tzw. antysystemowej młodzieży, co pokazuje proces wychodzenia niej z poczucia beznadziei i życiowej bierności. Pomimo wielu subkulturowych hooligańskich okrzyków ta kilkudziesięciotysięczna rzesza, rzekomo nieokrzesanych, ludzi nie dała się sprowokować, zaś chuligańskie wybryki były udziałem naprawdę niewielkiego odsetka zadymiarzy. Pokazuje to choćby liczba zatrzymanych - 67 osób (na moment pisania tego tekstu, wobec 176 w zeszłym roku). I to pomimo absurdalnej akcji łapankowej na Rozdrożu, być może zrobionej właśnie dla nabicia statystyk.

7) Na temat rzetelności mediów - które winą za burdy kilkudziesięciu bandyckich zadymiarzy w kilkudziesięciotysięcznym tłumie osób w wieku od lat 5 do 80 obarczają organizatorów Marszu - nie będę się wypowiadał.

Tyle na gorąco.

poniedziałek, 16 września 2013

Recepta Mackiewicza

"A co jest główną intencją działań Jarosława Kaczyńskiego - pytała Monika Olejnik. Więzienie dla Pana i dla Donalda Tuska? - pytała. - Chyba taka jest intencja. To jest główny cel Jarosława Kaczyńskiego. To nie jest dobra motywacja w demokratycznym porządku – odpowiedział Sikorski. - Insynuacja jest główną metodą polityczną Jarosława Kaczyńskiego."

[źródło] oraz [link do zapisu audio audycji (od 13 minuty)]

Europejska kultura filozofii, dialogu, dyskusji jest możliwa tylko na płaszczyźnie zgody wobec faktów. Dyskusja ma sens jeśli spór dotyczy oceny faktów i dalszego z nimi postępowania. Bolszewizm nie należy do tej tradycji. Bolszewizm jest antykulturą, jego głównym celem jest zniszczenie kultury. Kilka lat wcześniej Józef Mackiewicz, adwersarz przedwojennego komunisty jakim był Aleksander Wat, także zauważył tę charakterystyczną cechę bolszewizmu, który przekuwał i przekuwa nasze dusze za pomocą manipulacji znaczeniem pojęć. Józef Mackiewicz stał na stanowisku, że z antykulturą, która za cel stawia sobie zniszczenie kultury, nie można dyskutować, bo trzeba się po prostu bronić, jak przed bandytą w ciemnej bramie:

– W głowie zaczyna się kręcić. Jakaż może być dyskusja, gdy wszystko postawione jest właśnie do góry nogami. Słowa mają tu znaczenie odwrotne, albo nie mają żadnego. Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami. To jest w swej prostocie tak genialne, jak to zrobił Pan Bóg, gdy chciał sparaliżować akcję zbuntowanych ludzi, budujących wieżę Babel: pomieszał im języki.
– Więc jakiż jest, twoim zdaniem, sposób przełamania tego zbiorowego paraliżu, wywołanego hipnozą kłamstwa?
– W każdym razie nie można go szukać na drodze polemiki. Sam fakt bowiem polemiki wciąga w orbitę i przenosi nas w płaszczyznę bolszewickiego absurdu.
– Więc jaki? Powiedz.
– Należy go szukać na drodze równie prostych odruchów psychicznych: strzelać! [...]
– Jak to, strzelać? Do kogo?
– Zwyczajnie. Po prostu. Do bolszewików.


Józef Mackiewicz, "Droga donikąd"

Od siebie dodam, że nie trzeba do wróbli od razu strzelać z armat. Czasem wystarczy strzelić w pysk, by przywrócić do pionu pospolitego awanturnika. Tymczasem okazuje się, że chamstwo na salonach jest już tak osadzone, że stało się przezroczyste i zamiast ludzkich odruchów wywołuje jedynie wzruszenie ramion. A nikt nas nie będzie szanował, jeśli sami się szanować nie będziemy.

poniedziałek, 9 września 2013

Aleksander Wat objaśnia rzeczywistość

Rozmowa Aleksandra Wata z Czesławem Miłoszem dostarcza wielu kluczy do zrozumienia współczesności. Pozwala sobie uzmysłowić, że czas bolszewickiej metody podejścia do języka, do pojęć, do całej europejskiej tradycji logiczno-filozoficznej, nie minął, lecz trwa w najlepsze. I nie chodzi tu o terrorystyczne metody komunistycznych śledczych z okresów największego terroru, lecz o podejście do samego języka i konstrukcji pojęciowych. Oto przykład:

Nasz marynarz był malowniczym okazem kojarzenia aforystyki diamatu z typowymi paralogizmami ludowymi. Znał na pamięć tuzin aforyzmów w rodzaju: "ilość przechodzi w jakość", "byt określa świadomość", i robił z nich najbardziej fantastyczny użytek. Nie pamiętam próbek jego dialektyki, ale mogę ich typologię zrekonstruować, bo nasłuchałem się ich dosyć w latach późniejszych, w Polsce Bierutowej, szczególnie gdy np. wiecowym mówcą był ktoś z awansu społecznego.

Oto krótki ich rejestr. Na dołach: 5 marca 1953 roku, w dniu śmierci Stalina, leżałem po zawale móżdżkowym na neurologii Akademii Medycznej (dawniejszego Szpitala Dzieciątka Jezus). Z rana na łóżku moim przysiadła tęga, stara salowa - renomowana szpiclówka, załamała ręce: "Jezu, mój Jezu, taki inicjał! I też umarł! No i niech mi pan powie, po co żyć. Jezu, Jezu". Na szczycie: pięknoduch, odpowiedzialny za literaturę oraz za bezpiekę (naturalna symbioza), na naradzie z literatami w Radzie Państwa w 1950 roku wołał: "Każdy z was powinien czuć fluid z milionowych mas, który stuka do sumienia literackiego" (w tym momencie nie do sumienia, ale do nosa mojego "zastukał" fluid miliona maszerujących nóg).

To próbka leksykonu. A teraz składnia myśli. W roku 1955 leżałem na internie tegoż Szpitala Dzieciątka Jezus z sekretarzyną organizacji partyjnej, POP-u, jakiejś fabryki w Pruszkowie, trzydziestopięcioletnim towarzyszem Tarnowskim. "Oka nie zmrużyłem — skarży się Tarnowski pielęgniarce. — Ta stara (z przeciwległej sali) całą noc ryczała". "Chora ryczała — tłumaczy pielęgniarka — bo była nieprzytomna". "Nieprzytomna, nieprzytomna, a rano rozmawiała z doktorem". "Rano była przytomna, a w nocy nieprzytomna. Co pan Stasio do niej chce, biedna staruszka". "Staruszka, staruszka, a waży sto dziesięć kilo". Innym razem ciężko chory nasz sąsiad, stary metalowiec, chce spać, a Tarnowski głośno gwiżdże. Pielęgniarka do Tarnowskiego: "Niech pan przestanie. Widzi pan, chory chce spać". "A czy to ja mu przeszkadzam! Czy to jago szturcham!" "Ale pan gwiżdże!" "Ja gwiżdżę dla siebie, nie dla niego". "Ale on nie może zasnąć, kiedy mu ktoś gwiżdże nad uchem". "Ale to już jego sprawa, że nie może. Ja na to nie poradzę". I wszystko to bez cienia złośliwości!

Tarnowski po prostu nie dopuszczał myśli, że kto w nocy był nieprzytomny, bywa nazajutrz ni stąd, ni zowąd przytomny; w jego osobistych stereotypach (może miał chudą babkę) starość nie godzi się z otyłością; nie umie dopatrzyć się związku przyczynowego (między swoim gwizdaniem a niemożliwością zaśnięcia sąsiada) tam, gdzie nie wskazują na taki związek expressis verbis stereotypy uświęcone. Ta sama pani, pielęgniarka, pani Janina, w nocy: "A pan znowu nie śpi! Skaranie boskie z panem! Wszyscy śpią, tylko on wciąż nie śpi!" "Nikt już nie śpi — mówię — bo siostra wszystkich obudziła". "Niech mnie pan nie uczy! Dosyć jestem uczona! Wiem, co robię! Spać!" Cząsteczka charyzmatu władzy, w którą została wyposażona, upoważnia umysły prymitywne do odwracania logiki. Siostra Janina postępowała dokładnie tak samo jak ministrowie kultury. "Niech mnie pan nie uczy, sam jestem uczony!" — krzyczał na mnie minister Sokorski w roku 1951 na zebraniu, gdy wytknąłem illogizmy Festiwalu Teatralnego. - "Wat musiałby długo dojrzewać do naszych pozycji, intelektualnie i moralnie". [...]

Kiedy na Zamarstynowie mój pierwszy sledowatiel lżył mnie od takich siakich Żydów, przypomniałem mu depeszę Stalina z 1931 bodaj roku do Żydów amerykańskich opublikowaną w "Prawdzie" w 1936 roku: "Antysemityzm jest reliktem kanibalizmu i karany jest w ZSRR śmiercią!" Sledowatiel odpowiedział spontanicznie, podnosząc na mnie pięść: "To dlaczego nie szanujesz (nie uważajesz) Stalina!" Godzi się tu przypomnieć kapitalne wytłumaczenie rzezi budapeszteńskiej przez Chruszczowa (bodaj w roku 1963): Rosyjskie wojska za Mikołaja I stłumiły w Budapeszcie rewolucję 1848 roku. Więc musieliśmy zmyć tę hańbę z naszego honoru i stłumić w Budapeszcie kontrrewolucję! Nie dopatruję się w tym leninowskiej sofistyki i złej wiary. Brzmiały w tym niepodrobione akcenty szczerości (tym gorzej!): po prostu jego zdrowy chłopski rozsądek, gdy sięgał w wyższe, historiozoficzne rejony, ulegał z miejsca czarom paralogiki prymitywnej. Mickiewicz w wykładach paryskich opowiada, że gdy Czyngis-chan zarządził masakrę stu tysięcy obywateli Buchary, która się przecież poddała dobrowolnie, rzekł do starszych miasta: "Musieliście ciężko zgrzeszyć przeciw Bogu, skoro zesłał na was Czyngis-chana..." Musieliście ciężko zgrzeszyć przeciw Bogu, Rosjanie, skoro zesłał na was Stalina - mówił sobie być może Stalin w ciszy własnego sumienia. O ile je miał. (T.2, s.60-63)


Na gnoisku Zamarstynowa wychowałem w sobie nienawiść i wstręt do polityki, do wszelkiej. Zobaczyliśmy jej dziobatą gębę, przyszła do starego wyrafinowanego miasta Lwowa z bolszewickich stepów, z moskiewskich nizin, sprawczyni naszych bied. Między modłami i pieniami "Od moru, ognia, wojny wybaw nas, Panie", lżyliśmy ją, politykę naszego własnego państwa, politykę demokratycznego Zachodu, uwikłaną w tysiącu małostkowych intryg, jakie rozdzierały Italię czasu Machiavellego, wzbudzającą swoją słabością dwie monstrualne fale barbarii. Nigdy nie zabrakło alarmu czujnych; już Joseph de Maistre ostrzegał przed Pugaczowem z uniwersytetu; w 1848 Donoso Cortes wskazywał: La lettera disangre entra! ale luminarze myśli i akcji uspokajali społeczeństwo: „Mówicie, że barbarzyńcy są wśród nas? Mais ce sont des barbares vieux, plus uses que nous" (Eutyphrion w Dialogach filozoficznych Taine'a). Słabość intelektualistów, słabość polityków, słabość powszechna apelowała do barbarzyńców, wytworzyła nostalgie, wytworzyła ody i mity barbarzyńskie. Już Novalis napisał słowa, które trafiają w samą pestkę dzisiejszych Aragonów i Sartre'ów: "W naszych czasach zdziczałej kultury, maksimum barbarzyństwa znajduje najgorętszych wielbicieli wśród największych słabeuszy... Ideał ten przekształca człowieka w bestię-ducha (Tier-Geist), hybrydę, której brutalny paradoks (Witz) fascynuje właśnie słabeuszy" (Philosophische Fragmente). W naszych czasach odpowiedział mu ostatni wielki poeta rosyjski, Aleksander Błok: "Przyglądaliśmy się wam (Zachodowi)... okiem życzliwym, póki mieliście twarz. A na gębę waszą popatrzymy naszym chytrym skośnym wzrokiem... Staniemy się Azjatami i zaleje was Wschód"... I zalał. (T.2, s.76)

Aleksander Wat, "Mój wiek"

piątek, 12 lipca 2013

Kogo sie boi władza?

Sejm nie chce nazwać wołyńskiego ludobójstwa po imieniu, ale myliłby się ten, kto by uważał że stało się tak ze strachu posłów, zaniepokojonych możliwością zmarszczenia brwi przez naszego wschodniego sąsiada. Posłowie niewątpliwie boją się różnych rzeczy, jak każdy zdrowy na umyśle człowiek, ale nie sądzę aby bali się akurat wschodnich sąsiadów.

Czego boją się posłowie partii rządzącej z gmachu przy ulicy Wiejskiej ujawniają różne czyny ich kierownictwa oraz instytucji temuż kierownictwu podlegających. Ich strachy demaskują różne pomysły wybudowania wysokiego płotu wokół Sejmu, ograniczenia w dostępie do informacji publicznej, czy rozszerzenie uprawnień i tak wysokiego poziomu inwigilacji polskich obywateli.

Ale najdobitniejszym dowodem kogo się boi a kogo się nie boi władza polskiego państwa jest porównanie poziomu ochrony polskiego prezydenta na smoleńskim lotnisku 10 kwietnia 2010 roku z poziomem ochrony kongresu partii rządzącej, który odbył się w Chorzowie 26 czerwca 2013 roku.

Od razu staje się jasne, że o władzy formacji o nazwie Platforma Obywatelska można różne rzeczy powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest to władza działająca w interesie polskiego społeczeństwa. Zagrożenie bowiem dla władzy największe jest zawsze z tej strony, której interesy ta władza najbardziej narusza. Jak widać zagrożenie ze strony Rosji było i jest szacowane na dużo niższym poziomie niż zagrożenie ze strony polskiego społeczeństwa.